• Rodzina jako źródło opresji – „L’etang” Giselle Vienne w Nowym Teatrze

    Miesiąc temu świetny „Habitat” Doris Uhlich w Nowym Teatrze w ramach Festiwalu Nowa Europa. Inne spojrzenie, a teraz „L’etang” (“Staw”) francusko – austriackiej reżyserki Giselle Vienne pokazywany pierwotnie w Theatre Nationale de Bretagne. Spektakl zrealizowany na podstawie młodzieńczej powieści niezwykłego szwajcarskiego pisarza Roberta Walsera, o którym świat przypomniał sobie – i bardzo słusznie – długo po jego śmierci. Pisarz zresztą sprawy nie ułatwiał. Miał na przykład zwyczaj pisania tylko ołówkiem na skrawkach przypadkowo znalezionych papierów, coraz drobniejszymi literami. Deszyfrowanie tych zapisków to z pewnością integralny element walserowskiego przekazu. „Staw” natomiast jest młodzieńczą powieścią Walsera, którą napisał dla swojej siostry Fanny. Opublikowała ona ją dopiero tuż przed swoją śmiercią w 1972 r. Zawiera wątki autobiograficzne. Jest to historia dorastającego chłopca, pozornie zwyczajnego, jedzącego żelki, kłócącego się z siostrą, mającego poczucie humoru, który jednak jest nieszczęśliwy z powodu odrzucenia przez matkę, przemocowego ojca, zazdrość o rodzeństwo. Z tego to powodu pozoruje samobójstwo, utopienie się w stawie, aby ściągnąć na siebie uwagę skupionych na sobie członków rodziny. W centrum uwagi pozostaje napięcie rodzinne, pełne przemocy, odrzucenia, niechęci, przemilczenia oraz życie w tzw porządku i „według zasad”. Postaci zdają się grzęznąc w klaustrofobicznej dusznej atmosferze „reguł”. Klimat ten oddaje minimalistyczna scenografia, białe wysokie ściany przypominające pokój w szpitalu psychiatrycznym albo izolatkę. Biel pomieszczenia kłuje w oczy, czasem zaskakuje nieprzyjemnie neonowymi barwami świateł korelującymi z emocjami postaci na scenie. Walser lubił naruszać porządek linearności narracji. Czasem, czytając „Zbója” trudno uchwycić od razu kto mówi czyim głosem. Tu dialogi kilku postaci też nachodzą na siebie i są rozpisane na 2 osoby. Adèle Haenel mówi głosami dzieci: Fritza, jego siostry Clary, braci, kolegi, w niepokojącej zaś zmysłowości głosy rodziców niesie Ruth Vega Fernandez. Niezwykła precyzja i kunszt Adèle  Haenel pozwalają widzowi szybko złapać te nitki dialogowych współzależności. Każdy najdrobniejszy gest, dźwięk, jaki wydaje – jest tak starannie dopracowany i wyartykułowany, że nie ma się wątpliwości, gdzie przyłożyć ucho. Czemu służą te pozorne komplikacje, zawiłości scenicznych poziomów i narracyjne zmiany planów? Kwestia tego, że rodziny są źródłem różnorakich opresji, nierzadko przemocy i odrzucenia – to stara jak świat prawda. Wszystkie Antygony, Edypowie to są faktory naszego ludzkiego DNA. Powiedzieć cokolwiek odkrywczego na ten temat jest w sumie niezwykle trudno. Pozostają więc poszukiwania formy, która uderzy w nas tak, aby chciało nam się podjąć trud rewizji naszych osobistych odczuć. Strategie inscenizacyjne proponowane przez Giselle Vienne badają modele rodzinnych układów i norm poprzez wybicie postrzegania „realności” na inne poziomy. Miesza się to, co sztuczne i umowne z tym, co „realne”, to, co się myśli, z tym co się mówi i robi. Spektakl jest mroczny, klimatyczny. Vienne pogłębia tę estetykę o grę z pogranicza brzuchomóstwa, nagłaśnia szepty i krzyki, mikroszumy ciał. Wszystko jest tu precyzyjne, znaczące, nieprzypadkowe, dziwaczne i intrygujące. Atmosfera przyprawia o mdłości, czujemy się jak na bagnie i mamy w pamięci zapachowy performance Agnieszki Brzeżańskiegj „Chaszcze” tuż przed spektaklem i ten charakterystyczny zapach starych piwnic, piołunu, butwiejących zbiorników wodnych. Postaci poruszają się wolno, jak owady, które wpadły do jakiejś smolistej substancji, jakby były zaklęte w grząskość bagien ludzkich, rodzinnych relacji. Czasem przybierają spotworniałe pozy, wydobywają z siebie odgłosy jak w Egzorcyście. Jakbyśmy wszyscy musieli wypędzać z siebie demona rodzinnych relacji, które nieustannie zakażąją nasze umysły toksyną. Fritz, który upozorował samobójstwo, mówi do siostry; „Rodziny się nie wybiera, ale można wybrać sposób, w jaki się jej pozbyć.”<To prawda.
  • Kanapki z marzeniami – czyli być influencerem

    Być influencerem. 

    Robota marzenie setek tysięcy nie tylko nastoletnich osób, nie tylko w Polsce, wszędzie. Zrobić se takie konto na insta, YT, tiktoku, żeby ktoś chciał nam płacić za opowiedzenie o produkcie i fajnie sobie z tego żyć, pod palmą, 13 raz na Dominikanie na wakajach, w Tulum w czasie pandemii czy Zanzi w zimie robić se foty z lokalesami chwaląc się, że przywieźliśmy im kredki.To zjawisko nie maleje, narasta, a jednocześnie coraz trudniej w tej kolejce po hajs i fejm się dopchać i zdobyć tyle lajków i followersów, żeby ich sensownie moc zmonetyzować. Tymczasem to, co jeszcze parę lat temu było przejawami jakichś pasji, którymi twórcy dzielili się przez portale społecznościowe typu moda, podróże, gotowanie itp obecnie stanowi moim zdaniem coraz doskonalsze odzwierciedlenie mechanizmów rządzących społeczeństwem oraz klasowości. Obowiązują tu zasady te same jak w środowiskach, z których młodzi adepci influencingu chcą uciec, czyli: ścisły krąg znajomych, znajomości, duzi znajomi, których polecenia i szery zapewniają coraz wyższe pozycjonowanie w algorytmach i widzialności nastręczając tym samym popularności, kręgi kółek wzajemnych adoracji, hermetyczność środowisk, hierarchizacja będąca odzwierciedleniem klasizmu jak w realu. Nie ma mowy, że tzw duży influencer wejdzie w narrację z małym albo z kimś kto ma konto zerowe czyli takie 500-2000 tys follow, nie ma takiej opcji z kilku powodów, m.in dlatego mniejsi są dla większych niewidoczni, giną w planktonie, poza tym i tak duży influencer zalewany propozycjami ofertami nie ma czasu wchodzić w interakcje z każdym kto napisze, a trzecia sprawa – kompletnie mu się to nie opłaca. Wszelkie ankiety, zapytania, czasem screeny odpowiedzi służą tylko wyłącznie podtrzymywaniu wrażenia zaangażowania, żeby na koncie plankton robił ruch, a kaska wyznaczana po zasięgach płynęła nieprzerwanym strumieniem.

    Jako że siedzę w tym i prywatnie i zawodowo wiele lat – nie dziwi mnie wcale popularność kont oferujących innym użytkownikom jakieś sklile, nie wiem, gadanie o przyjaciółkach idiotkach, zajebiste upinanie firanek, oklejanie pudełek, prowadzenie biznesu w social mediach, kont poruszających ważne społeczne sprawy jak wykluczenie, wygląd miast, zdrowie, rynek mieszkaniowy itd itp. Ale nie łudźmy się, większość kont, profili to są materiały o niczym, powielające jakieś systemowe nakazy odnośnie wyglądu i sposobu życia. Ten milionowy zalew tego typu przekazów ogranicza się do multiplikowania haseł – hejka kochani, jakie plany na weekend, bo u mnie słoneczko oraz odpowiednie ustawienia biodra i nóżki na zdjęciu tak spostprodukowanym, że ma się wrażenie obcowania z kartkami Hallmark z odpowiednim cytatem motywującym w stylu – bo życie może być piękne, kiedy mu na to pozwolisz.

    “Fake Famous”

    Po tym przydługim wstępie chcę zachęcić do ciekawych dokumentów właśnie na ten temat. Pierwszy z nich na HBO „Fake famous” jest dokumentem o eksperymencie. Jakaś agencja z Los Angeles postanowiła, że zrobi casting, wybierze 3 małych influ takich z 2000-5000 folllow i zrobi z nich gwiazdy instagrama. Chcieli sprawdzić, udowodnić, że z „nikogo” można stworzyć „kogoś”. Jakie do tego służą narzędzia? Ano nie tzw. „prawda” czy pasje. To nikogo nie interesuje. Służy do tego manipulacja znanymi narzędziami do podbicia popularności – a więc: fejkowe zdjęcia udające pobyt w eksluzywnych spa albo na wypasionych wakacjach, wyrafinowane sesje zdjęciowe ze stylistami, makijażystami, specami od wizerunku no i kupowanie followersów, lajków, botów generujących komentarze w takim czasie, żeby system nie zorientował się, że to bot. I tak oto z przeciętnej aspirującej aktorki pracującej na kasie w H&M zrobiono gwiazdę na 300 tys follow, która po pewnym czasie z tzw. współprac zaczęła juz spokojnie z tego żyć. Z wybranych pozostałych 2 kolesi nie udało im się nic ulepić, bo jeden się przestraszył, że znajomi zdemaskują jego orientację seksualną, a drugi uznał, że pozowanie w udawanym prywatnym samolocie to jest jednak ściema o zbyt wysokim stopniu żenady jak dla niego. Niewiele w sumie nowego dowiedziałam się z tego dokumentu prócz tego, że caryce social mediów w stylu Kim Kardashian jada totalnie na kupowanych follow i botach, na co owner tematu Mark przymyka oko, bo to są po prostu za duże biznesy i zbyt ogromne obopólne korzyści, aby ten fejkowy proceder jakoś tam skrupulatnie ścigać. Jeśli kary dopadają kogoś to oczywiście maluczkich, jak to w życiu.Popykasz se parę razy za dużo i hyc – masz bana.

    “Influencer. W pogoni za lajkami”

    Drugi dokument był smutniejszy. Na platformie vod.mdag.pl jest film „Influencer. W pogoni za lajkami”. Bohater Austyn Tester pochodzi z małego, nudnego, nijakiego miasteczka z Tennessee, miasta typu Radom, Sochaczew czy Grudziądz. Miasto wygląda i jest tak porażająco smutne, że sama byłam zdziwiona, bo skłonna byłam przypuszczać, że wielka smuta tyczy tylko nas, Polaków. Okazuje się, że ludzi żyjących w dysfunkcyjnych rodzinach, w miejscach bez wsparcia, perspektyw jest ocean i ci właśnie ludzie aspirują do karier typu Justin Bieber. Sami kreują się na ten typ i przez potencjalnych agentów są też kreowani na słodkich nastolatków z sąsiedztwa. Austyn żyjący sobie w biedzie i beznadziei wykorzystuje słabe wifi i starego maca do nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi. Buduje swoją markę na innej socialowej typóweczce tj na motywowaniu innych użytkowników frazesami w stylu: jesteś wyjątkowy, nie pozwól innym odebrać sobie marzeń itp. Ponieważ media zaludniają setki tysięcy innych podobnych zagubionych młodych ludzi – Austyn zdobywa jakąś grupkę swoich fanów i zwraca uwagę agencji kreującej influencerow, bo do 4 osób na krzyż gada jakby gadał do tysięcy, z wielkim zaangażowaniem. Spece od karier postanawiają więc zrobić z niego gwiazdę, co łączy się z wyjazdami w tzw trasy, a polegają one na tym, że jest spotkanie w wielkiej hali, przychodzą na nie nastolatki, piszczą i robią sobie z „gwiazdą” selfie. Niestety demoniczny agent wycenia konto Austyna na insta na 3 minus, z dobrym 10% zaangażowaniem, ale zbyt małym pikiem przyrostu follow, aby wejść do jego stajni. Austyn wraca więc do domu…

    Oba dokumenty pokazują, że świat social mediów nie jest taki jednoznaczny jak się wydaje, jednoznacznie głupi, zły czy super. Myślę, że jego mechanizmy skupiają jak w soczewce wszystkie społeczne mechanizmy, bolączki i często mówią o nas ludziach prawdy, do jakich nie lubimy się przyznawać, wyzwalają wiele marzeń bez pokrycia, ale też odruchów, jakie przynoszą zawstydzenie a często nawet hańbę. Ale żyjemy w tym. Klikamy i karmimy system, swojego ego, cudze ego. Jakkolwiek czasem atrakcyjne może wydawać się bycie w tym, tak porażające moim zdaniem jest to, że nie ma od tego całkowitej ucieczki, nawet nie uczestnicząc w tym czynnie poddawani jesteśmy wpływom kształtowanym w internetach, zależymy od uwagi innych na setki różnych sposobów, a zależność ta jest wpisana w system, jaki parę lat temu wydawał się dystopią z Black Mirror, dystopią, która stała się rzeczywistością.

  • „Kalifat”- dlaczego to jest interesujące?

    Tak nie za bardzo miałam ochotę oglądać serial „Kalifat”, w końcu nie ma u nas żadnych bliskowschodnich uchodźców, więc problem zdawałoby się nas nie dotyczy, tak samo terroryzm, bo komu by się chciało podkładać bomby w warszawskiem metrze czy wprowadzać prawo szariatu do kraju, w którym podobne prawo już niemal obowiązuje. No wiem, nieśmieszne. Niemniej problem wydaje się być odległy, lecz okazuje się, że nie jest, że może być nam całkiem bliski i nie tylko ze względu na samą konieczność ustosunkowania się do współżycia z wyznawcami islamu. Obejrzenie serialu może być pożyteczne, bo pokazuje mechanizm rodzenia się ekstremizmu w niczym nie wyróżniających zdawałoby się członkach społeczeństwa.

    o czym to jest?

    Szwedzki serial „Kalifat” myślałam, że będzie raczej o strategiach emancypacyjnych kobiet, którym udało się zbiec z Syrii, ale wciąż uciśnionych przez ekstremistyczne islamskie zwyczaje nawet w praworządnej Szwecji. A tu się właśnie okazało, że nie tylko.

     Rzecz pokazuje losy kilku młodych kobiet, z których każda prowadzi jakąś tam własną krucjatę. Mamy tu grupę młodych Syryjek , licealistek mieszkających w Sztokholmie, młodą matkę i żonę, która wyjechała z kolei ze Szwecji do Rakki za mężem myśląc, że życie w szariacie zapewni im szczęcie i szwedzką tajną agentkę bośniackiego pochodzenia prowadzącą śledztwo w sprawie mającego nastąpić ataku terrorystycznego na ludność cywilną w Szwecji. Na początku trudno nieco zorientować się kto jest kim, ale w okolicy drugiego odcinka łapie się już szybko o co komu chodzi. Pewne działania pozostają do końca niespodzianką, ale nie będę spoilerować.

    Nie będę omawiać losów poszczególnych postaci, chociaż są one rozrysowane bardzo moim zdaniem interesująco, dynamicznie, uwiarygadniając pokazane akcje na tyle, że czasami można odnieść wrażenie, że ogląda się dokument a nie fabułę. Mocno można się wkręcić śledząc losy bohaterek będąc ciekawym czy jedne wyjadą do Rakki – swojej obietnicy życia z Allahem w serduszku, czy druga zdoła z kolei stamtąd się wyrwać i ocalić życie i czy trzecia da radę uratować świat przed zamachami. Tak więc zachęcam, ale nawet nie ze względu na dynamiczną fabułę.

    skąd się biorą fundamentaliści?

    Pomyli się ten, kto założy, że serial niesie prosty przekaz związany z potępieniem szariatu. Nie wdaje się w analizę niuansów wiary, tolerancji wobec odmienności i tym podobnych. Skupia się bardziej na wskazaniu mechanizmu rodzenia się ślepej wiary w zwykłych ludziach, pokazuje skąd biorą się dżihadyści, męczennicy Allaha. I tu taka niespodzianka, oni nie biorą się znikąd, nie są bożymi szaleńcami urodzonymi z jakąś misją, wywodzą się spośród nas, zwykłych ludzi. W serialu widzimy schemat przebiegu werbowania nowych ludzi w szeregi dżihadystów. To nie są działania nawiedzonych szaleńców głoszących prawdy boże na skwerach miast. To są szczegółowo przemyślane, długo i skrupulatnie przygotowywane akcje, w których biorą udział przeszkoleni, dobrze zakamuflowani działacze islamskich, ekstremistycznych ugrupowań. Dostajemy też odpowiedź na pytanie, dlaczego islamistom to się udaje, werbowanie coraz to nowych ludzi, dlaczego udaje im się ich nakłonić do brania udziału w atakach a nawet samowysadzania się czy wychodzenia za mąż w wieku lat 13.

    Otóż ten rodzaj zachowań jest odpowiedzią na nieprzychylny pewnym grupom świat zachodni, który nie ma za bardzo pomysłu na integrację arabskich uchodźców ze światem zachodnim. Państwa takie jak Szwecja dają tym ludziom spokój, ale poza tym są to grupy społeczne socjalnie dość słabo zagospodarowane. Zresztą nie tylko członkowie społeczności arabskich, biała biedota, trash people to także świetny nabytek dla ekstremistów. Świat fake newsów, ogólne zakłamanie mediów i dbałość elit o własne benefity odbija się szeroką niechęcią wśród zwłaszcza młodych ludzi.

    Można oglądając ten serial szybko skonstruować portret psychologiczny przyszłego ekstremisty, separatystycznego nacjonalisty wrogo nastawionego do zdobyczy zachodniej kultury, która za największe dobro uważa wolność jednostki. Dla nich bowiem ta wolność nic nie znaczy, to bycie pozostawionym samemu sobie w pustce duchowej a nierzadko też biedzie. Osoby podatne na każde sekciarskie wpływy to zawsze ludzie w jakimś sensie osamotnieni przez bliskich lub przez system, osoby często nie zanadto – mówiąc oględnie – wyrobione intelektualnie na tyle aby móc zrobić proste rozróżnienie dobra od zła.Często tak pomijane przez system, że widzące w tych werbownikach i polecanych przez nich systemach możliwość wykazania się, zaistnienia bez większej refleksji, jakie to będzie mieć konsekwencje. Takich wykluczonych i podatnych na indoktrynacje ludzi jest całe mnóstwo. Zrozumienie może być chociażby też kluczem do tego, żeby wiedzieć, dlaczego wybory w Polsce uparcie wygrywa władza mocno nawiązująca do praw szariatu. Pustka duchowa, ekonomiczne osamotnienie, coraz większe nierówności klasowe robią ludzi podatnymi na słuchanie tego, że dobre państwo to religijne państwo a Bóg jest jeden i wielki i każe on nieposłusznych. Ja nie widzę różnicy w fundamentalizmie chrześcijańskim a islamskim, może jeszcze u nas nie posuwają się do karania śmiercią za zdradę albo za homoseksualizm. Ale kto wie, jaki Gilead tu przyjdzie nawet bez arabskich uchodźców z ich islamem.

    laicyzacja a nowe krucjaty

    Osobiście uważam, że powstanie religii to efekt zamiaru podporządkowywania i trzymania w ryzach społeczności, to narzędzie władzy i narzędzie do wykorzystywania duchowych potrzeb i słabości ludzi do tego, aby w imię interesów jakiejś grupy patriarchów wiedzących lepiej zaprowadzać porządki za pomocą wbijania w poczucie winy oraz przemocy. Bo do tego prowadzi dowolna i podporządkowana tejże grupie interpretacja wartości typu nie zabijaj, nie zdradzaj, nie krzywdź.

    Paradoksalnie laicyzacja Europy i świata Zachodniego, jak również zmiany ekonomiczne zubażające cyklicznie klasę średnią i coraz większe grupy społeczne skazujące na funkcjonowanie na marginesie wszelkich dóbr, oraz ciągłe konflikty bliskowschodnie sprawiły, że czas mocno sprzyja nowym krucjatom. Według mnie te tendencje nie znikną a będą się zaostrzać.

    Jedna z bohaterek, muzułmanka która dobrowolnie wyjechała ze Szwecji do Syrii, aby żyć tam po bożemu, na własnej skórze szybko przekonała się, jak bardzo zły to był wybór i naiwna jej wiara. Oto ze świata, gdzie problemem dnia mogło być jaką aplikację mindfulnessową wybrać na wieczór albo jak sobie wyróżnić feed na instagramie trafiła do miejsca, w którym co dzień zastanawiała się czy przyjdą po nią czy nie, czy zabiją czy przetrwa ten dzień.

    Niestety, kiedy okazuje się, że organizowanie życia pod zasady religii, poddawanie się ścisłemu sterowaniu przez nie w każdej sferze życia to nie jest coś, co spełnia nasze potrzeby jako ludzi, może okazać się, że jest już za późno. Możemy nie zginąć od zamachu w metrze, ale wizja, kiedy niepostrzeżenie, ale konsekwentnie wejdą w nasze własne życie zasady służące garstce ludzi potrafiących zmanipulować nastroje społeczne i tym samym ścisnąć je za mordę – to też może nie być już czasu deliberacje, nawet jeśli uważamy się za uprzywilejowanych i niegłupich ludzi, których takie manipulacje mogą nie dotyczyć.

    O podobnym temacie, chociaż apropos filmu dokumentalnego o ISIS pisałam wcześniej. Nie jestem ekspertką od spraw bliskowschodnich, ale serio – to wszystko poraża. Nawet ten serial, że to tak właśnie dzieją się sprawy, że gdzieś tam obok nas coś stale drzemie, coś zagrażającego, niezrozumianego. Można podjąć chociaż próbę ogarnięcia tego rozumem.

  • „Zbój” Roberta Walsera, czyli jak zachęcić do lektury zniechęcając?

    Na ogół z pisaniem o jakichś zjawiskach kulturowych bywa tak, że pisząc o nich chce się innych do nich zachęcić albo mocno wręcz odwrotnie. Tymczasem paradoks obecnego tekstu o noweli Roberta Walsera będzie polegać na tym, że chcąc zachęcić do lektury raczej zniechęcę. Dlaczego? Z prostej przyczyny, przyczyny w dzisiejszych czasach często nie do pokonania przez przeciętnego konsumenta treści – otóż trzeba się mocno skupić i przyjąć przy lekturze reguły gry zupełnie odmienne niż te, do których przywykliśmy podczas czytania.

    kim był Robert Walser, ale najpierw dywagacja

    Zanim przejdę do opiewania tych odmiennych reguł, które w ostateczności was zniechęcą, co jednakowoż nie stanowi przeciwskazania dla mnie do opisania ich, kilka słów o Walserze. Otóż jest to uważam postać nadzwyczaj interesująca. Walser – szwajcarski pisarz, był mniej więcej rówieśnikiem Emila Zoli i Roberta Musila – pisarza z kolei austriackiego. Pisał tuż po I wojnie światowej, jego twórczość kompletnie odbiegała od tego co robiły literackie pomniki typu Flaubert, czy szermierz naturalizmu jak Zola, ale za to sporo łączyło bohatera „Zbója” z musilowskim „Człowiekiem bez właściwości”, która to powieść jest moim zdaniem jednym z bardziej imponujących literackich osiągnięć wszech czasów, ale słabo u nas docenianą, bo poziom wychodzenia poza tradycyjną i lubianą narrację jest za duży dla czytelników żądnych prostych akcji, w których na koniec wszystko się wyjaśnia. Bohater Walsera, tytułowy Zbój ( w ogóle uwielbiam te anachronizmy językowe ), podobnie jak bohater 4 tomowej powieści Musila – nie ma właściwości, co oznacza, że mógłby być każdym z nas lub nikim albo wszystkim na raz, i czytelnik nigdy nie wie, jaki naprawdę jest bohater, który raz za razem wymyka się tradycyjnym kwalifikacjom. Ja postrzegam to jako zaletę, jeśli chodzi o konstruowanie świata przedstawionego i bohatera, który jest tego świata elementem. Fajnie jest bowiem mieć świadomość, że nikt z nas nie poddaje się takim jednoznacznym kategoryzacjom, dlatego taki właśnie bohater najlepiej moim zdaniem oddaje prawdę o naturze rzeczy. Że nie ma prawd, tylko opinie i zachcianki.

    Wracając do Walsera.
    Postać to była nie byle jaka. Niezwykle uzdolniony twórca powieści, zresztą u nas mało znanych.  „Zbój” został przetłumaczoy na język polski poraz pierwszy i wydany właśnie teraz! Więc uzdolniony, ale za życia kompletnie nie doceniany, skłócony ze środowiskiem literakim, żyjący na jego obrzeżu, a w dodatku naznaczony chorobą psychiczną, spędził kilka ostatnich lat w szpitalu psychiatrycznym (przytułku jak podają niektóre źródła). Ja nie wiem, może tylko szaleńców stać na taki autentyzm i szczerość wobec siebie, jakie zaprezentowane są w Zbóju. W każdym razie badacze donoszą, że Walser nie pisał Zbója z myślą o wydaniu tego w formie powieści.To, co pozostawił po sobie, to były tzw. mikrogramy – pisane na skrawkach papieru, przypadkowe (pozornie) zapiski powstałe w różnym czasie. Po latach zebrano je w całość i wydano jako nowelę „Zbój”. Więc sama historia powstania wydaje mi się interesująca i niejako determinująca i kształt całej tej noweli jak i jej czytelniczą percepcję.

    w czym jest “problem”?

    I tu pojawia się zapowiadana trudność w odbiorze, która jednocześnie jest silnym elementem mojej rekomendacji tej lektury. Jest to bowiem nowela autotematyczna, czyli – najprościej rzecz ujmując – powieść ujawniająca cały pisarski backstage. Narrator nie występuje tu w roli Wielkiego Reżysera czy demiurga, który wie o bohaterach wszystko. Niemal na każdym kroku zdradza nam nie tylko warsztat,  czy kulisy swojego pisania, jak i pewnego rodzaju nieporadność wobec powołanych do życia bohaterów. W tym momencie przestaje być ważna sama akcja, czyli to, co tam będzie sobie robił tytułowy Zbój i w jakie relacje, z kim wchodził, tylko samo opowiadanie narratora o tym, jak z materią życia postaci się zmaga.

    Bohater jest bez właściwości, „rabuje” skłonności, historyjki a nawet wrażenia krajobrazowe! Nie jest zbyt ceniony przez środowisko, właściwie traktowany protekcjonalnie albo wręcz źle, za to kobieciarz mający o tych kobietach poglądy zgoła nie w duchu feminizmu i ruchu MeToo. Kobiety traktuje przedmiotowo, nie wiadomo dlaczego w jednych się kocha lub ich pożąda a inne pozostają mu obojętne. Ale nie jest to w tej noweli za bardzo istotne. Narrator co raz porzuca tę tzw. „akcję”, aby snuć rozmaite rozmyślania o ludzkiej naturze, o świecie, zachowaniach i relacjach. Robi to z wielkim wdziękiem, ale kłamałabym gdybym stwierdziła, że ułatwia to skupienie się. Nasza uwaga lubi linearność, wszelkie poboczności powodują, że myśl także nam niebezpiecznie zbacza ku rozmyślaniom nie związanym z lekturą, zatem w takich wypadkach skłonni jesteśmy uważać, że lektura jest nudna, a tymczasem nic z tych rzeczy. Jest to na swój sposób fascynujące. Na przykład kiedy narrator nam się ujawnia, jak boski demiurg zza kurtyny:

    Niejedno na tych stronicach wyda się czytelnikowi tajemnicze, i w tym, by tak rzec, cała nadzieja, bo gdyby wszystko leżało już tak jak na dłoni, zaczęliby Państwo ziewać nad treścią niniejszych linijek”.

    „Tak więc w każdym razie panuję nad opowieścią o zbóju. Wierzę w siebie. Zbój nie do końca mi ufa, ale ja nie przywiązuję większej wagi do tego, by we mnie wierzono. Sam muszę w siebie wierzyć”.

    „Ze swobodą recenzenta kontynuuję pisanie i oświadczam ci droga Edith, że jeśli nie jesteś jeszcze sławna, to z czasem będziesz”.
    Tak więc narrator wchodzi w dyskurs nie tylko ze swoim czytelnikiem, czyli z potencjalnymi wami, ale też ze swoimi bohaterami. Pokazuje, jak panuje, czy próbuje panować nad nimi jako swoimi tworami, ale daje do zrozumienia, że ta demiurgiczność wymyka mu się, ale nie robi sobie z tego powodu wielkich wyrzutów. Za to często wtrąca w jakiś narracyjny wątek uwagę – „ale o tym potem”, czytelnik zaś wyczekuje i brnie, aby skonstatować, że to „potem” nie następuje nigdy. Czyż to nie jest fascynujące? Nie jest szczere? Nie jest przejawem największej prawdy o tak zwanym życiu?

    aforyzm do twojego pamiętnika

    Apropos aforyzmów. Otóż te w noweli pojawiają się bardzo często. Biorąc pod uwagę, jak to zostało napisane, że na tych skrawkach papieru otrzymujemy mądrości czy przemyślenia autora jak zapis w formie rozsypanki jego przekonań i obserwacji. A przyznać trzeba, że 47 -letni wtedy autor miał te obserwacje dość uniwersalne i niegłupie. Oczywiście, że każdy ma tam swoje poglądy i my z niczymi nie musimy się utożsamiać, więc absolutnie do tego nie namawiam, ale stwierdzić muszę, że wiele z myśli XX – wiecznego  pisarza ze Szwajcarii, który umarł w zapomnieniu, jest mi bliskich. Mój najbardziej ulubiony wtręt dotyczy wiary w ludzi. Walser pięknie tu obnaża uciążliwość tej pojmowanej za zacną cechę „wiary w ludzi”, pisze on tak:
    Czy taka wiara w kogoś nie jest szczytem wygodnictwa? Wiara bowiem absolutnie nic nie kosztuje. Jest protekcjonalnym gestem, a nie tym, co się przez nią rozumie. (…) sama wiara nie jest wcale zasługą, bo ten, w kogo wierzę ma tylko siebie do pomocy. Po tysiąckroć wolę, aby we mnie nie wierzono, nie kochano mnie, bo to tylko obciążenie. Ma się poczucie, że się coś taszczy.”

    No i sporo dywagacji o byciu człowiekiem:
    „Może wielce pożytecznie jest być niepożytecznym, skoro pożytki tylekroć okazały się szkodliwe?”.
    „Dręczymy się wzajemnie, ponieważ wszyscy jesteśmy czymś udręczeni. Człowiek mści się najchętniej w stanie dyskomfortu, mści się, nie dlatego, że jest zły, ile dlatego, że doświadcza czegoś złego”.
    „Jej oczy miały władczy wyraz. Często bywa, że maluczcy zachowują się władczo, niejako po to, żeby wywołać uśmieszek postronnych.”
    I tak dalej.

    obserwacje i wnioski

    Walser jest nad wyraz bystrym obserwatorem ludzkich zachowań i nie omieszkuje czytelnika o tym powiadamiać, jednak nie robi tego z pozycji Wszechwiedzącego, bardziej faceta siedzącego przy kuflu piwa w knajpie snującego swoje dywagacje, do których nikt nie przywiązuje większej wagi. Pasuje mi takie podejście, nienachalne dzielenie się tym, co zdołało się zaobserwować w zachowaniu ludzi i sprowadzić to do jakichś sensownych wniosków. Z wniosków jednakże powinno coś wynikać. Zatem jak dla mnie – z tych akurat zamieszczonych w „Zbóju” wynika jedno – nie wartka akcja, o której zapomnę szybciej niż mgnienie, tylko wprowadzenie czytelnika w stan zwątpienia. Zwątpienie to polega na tym, że nic co widzi nie jest takie jak przypuszcza. Temu służą te narracyjne zabiegi moim zdaniem, pokazanie, że można o kimś opowiedzieć tak, a można inaczej, można wiedzieć i nie wiedzieć jednocześnie i na tym prawdopodobnie polega sens rzeczy – na mniemaniach i porzucaniu ich, a nawet wyrzekaniu się ich w imię czegoś, co jest niedoścignione, tzw prawdy, prawdy, która nie istnieje.

    Taki mam zysk wyniesiony z tej niewielkiej, trudnej acz uroczej szwajcarskiej noweli, do której – mam nadzieję – udało mi się odpowiednio zniechęcając ostatecznie zachęcić.

  • „Mój rok relaksu i odpoczynku” – czy to może wyjść na dobre?

    „Mój rok relaksu i odpoczynku” Otessy Moshfegh mogłabym w zasadzie zapomnieć tak szybko, jak przeczytałam, choć odtrąbiono, że to objawienie, a Otessa otoczona jest w Stanach czytelniczym kultem.
    Nie ufam oczywiście gazetowym zawezwaniom na temat kolejnego anglosaskiego młodego geniuszu, głosu pokolenia i tym podobnym na wyrost bzdurom, mam do tego stosunek mocno sceptyczny. Jednak do zakupu nakłoniła mnie tematyka powieści. Z grubsza rzecz biorąc o tym, jak młoda, dobrze uposażona Amerykanka mieszkająca w NY  postanawia na rok wyautować się z życia. Temat oczywiście dziś mocno na czasie. Co prawda my sytuację mamy wymuszoną, a ona  – bohaterka, skrzętnie swoją zaplanowała, ale nie zmienia to faktu, że skill w postaci wyciągania benefitu z odosobnienia jest opcją nie mniej pożądaną niż wiedza, jak zapanować nad światem nie wychodząc z domu. I dlatego postanowiłam jednak poświęcić temu więcej czasu w formie, że tak powiem, zachęty do lektury.

    eskapizm jako forma przetrwania

    Nie mogę jednak sobie odmówić na początek rozwinięcia wątku mojego umiłowania do tematu eskapizmu z zastanego świata tak ogólnie. Książkę Otessy też kupiłam tuż przed tym, zanim się dowiedziałam, że jakieś 2 miesiące większość społeczeństwa stanie się domownikami przymuszonymi do izolacji. A samo pożądanie ucieczki w poszukiwaniu czegoś prawdziwszego niż to, co oferuje rzeczywistość, było zawsze podmiotem mojej fascynacji, podziwu i zazdrości dla tych, którzy się na to odważyli. Chęć oderwania się od piekła, jakie gotuje rzeczywistość nie jest wcale wymysłem kapitalizmu i neoliberalizmu robiącego z nas roboty do konsumpcji gówna i robienia z siebie kogoś, kim może wcale nie chcielibyśmy być. Temat stary jest jak świat, gdzieś wyczytałam, że znaki tej ludzkiej aktywności i to w formie pisanej sięgają starożytnych Chin. Zawsze będzie tak, że będzie jakaś rzeczywistość, a w niej grupa, która ochoczo weźmie na siebie jej wyzwania, grupa, która podda jej się biernie, grupa, która będzie ją na wszelki możliwy sposób zwalczać i grupa, która nie będzie chciała po prostu w niej być. Racje tej ostatniej są chyba bardziej kwestią usposobienia, predyspozycji do takich a nie innych możliwości radzenia sobie z tym co jest a nie samych czasów jako takich, bo czasy zawsze są jakie są, ale przeważnie nie takie, jak większość by chciała, więc moim zdaniem jakość zastanej rzeczywistości i jej nieadekwatność do naszych potrzeb jest zjawiskiem stałym.
    Żeby nie być gołosłownym wystarczy przywołać postaci takie jak Alex Supertramp – z filmu „Into the wild”, czy „Człowiek, który śpi” Pereca lub “Samotnika” Ionesco. Nie pisałam o tym przypadkiem. Należę do tej ostatniej grupy, która ma predyspozycje eskapiczne, margines głównego nurtu zawsze był dla mnie bardziej atrakcyjny niż mainstage. Ale nie mogę anulować moich występów jeszcze, ponieważ świat zadbał, żeby móc żonglować moimi groszami i moim czasem – zesłał na mnie kredyt. Każdy z bohaterów tych przywołanych dzieł uciekając ze świata nie został jeszcze uchwycony w tę pułapkę zależności finansowych, zatem generuje chęć osiągnięcia jakiegoś rodzaju prawdziwego kontaktu z samym sobą.

    Tak jest i w przypadku bohaterki powieści Otessy Moshfegh.

    przypadek bohaterki, która chciała to przespać

    A jest ona ładna jak Amber Valetta i posażna, zyskując niemały spadek po nieżyjących rodzicach stała się niezależna finansowo. I teraz, kiedy ma w zasadzie wszystko, czego pożąda współczesny świat, czyli młodość, zdrowie, urodę i pieniądze, to postanawia się z niego wypisać zamiast z niego korzystać lub podbijać. Brzmi niewiarygodnie, a jednak tak właśnie się dzieje. Jeśliby odebrać tę fabułę powierzchownie, można by rzec, że super, super, też bym mogła przespać rok na kanapie w nowojorskim apartamencie z portierem, gdybym miała na to kasę i niezliczoną ilośc lat jeszcze przed sobą. Ale uposażenie bohaterki właśnie w tak fartowny sposób jest celowym zabiegiem. Ucieczka ze świata, który przytłacza poczuciem niemożności czy to finansowej czy społecznej, mogłaby nie być odebrana tak wiarygodnie, jak usunięcie się z niego będąc w tak uprzywilejowanej pozycji jak bohaterka. Przyjaciółka bohaterki i narratorki Reva, która jako jedyna ją odwiedza, nieustająco przypomina jej, że marnuje sobie życie. Reva uosabia te wątki konsumpcyjnego terroru, z których bohaterka chce się wywikłać. Chce zapaść w roczny sen, przerywany tylko czynnościami koniecznymi dla podtrzymania życia, żeby przestać brać udział w niekończącym się maratonie konieczności spełniania cudzych oczekiwań i wystawiania się na wieczne oceny innych, którzy wiedzą lepiej, jak żyć.

    co pomaga się wypisać

    Jej pomysł na to, to nie ucieczka w głuszę na łono natury, ale zamknięcie się w 4 ścianach mieszkania, zapewnienie przepływu pieniędzy na opłaty bez jej udziału, zapewnienie stałego dopływu środków nasennych i praktycznie całodobowy sen z przerwą na jedzenie i fizjologię. Nie jest jednak łatwo tylko spać. Świat jakoś tam puka i dopomina się o swoją ofiarę, ale bohaterka w realizacji swojego celu jest nieugięta. Pomaga jej w tym na pewno swego rodzaju emocjonalna obojętność na innych. będąc ofiarą zimnego chowu w domu, w którym była dla rodziców niezauważalna i w gruncie rzeczy zbędna, podobnie traktuje swoich akolitów w świecie – obojętnie i na zimno, gdzieś tam jednak w duszy pragnąc jakiegoś czułego zespolenia w relacji partnerskiej, co kończyło się co najwyżej quasi pornograficznym seksem i orgią narcystycznych póz wypachnionego partnera wilka z Wall Street. Paradoks sytuacji polegał oczywiście na tym, że twór zimnego chowu, zimna emocjonalnie osoba zawiesza nadzieje na spełnienie swoich uczuciowych potrzeb na równie zimnym partnerze. Te predyspozycje i wszystkie bagaże podbarwione traumą wieloletnich mikroodrzuceń wyniesionych z domu rodzinnego kierują bohaterkę na drogę ucieczki w postaci snu. Upatruje w nim szansę na  swoje odrodzenie i mówi o tym tak:

    „Sen wydawał mi się produktywny. Coś się układało. Wiedziałam, że jeśli prześpię wystarczająco dużo czasu, to będzie ze mną dobrze, wszystkie moje komórki ulegną wymianie. Moja przeszłość snem będzie jeno, a ja zacznę od nowa, bez żalu, wzmocniona błogością i spokojem nagromadzonymi w ciągu mojego roku relaksu i odpoczynku.”

    Sprawa z odrodzeniem kończy się sukcesem. Wszystkie poczynania bohaterki mające na celu minimalizowanie swoich potrzeb stają się misją spełnioną. W procesie wyjścia na powierzchnię pomaga jej fakt, który teoretycznie powinien zepchnąć ją z powrotem na skraj egzystencjalnej rozpaczy. Powieść kończy się bowiem 11 września 2001 roku, atakiem na wieżę World Trade Center. Ale koniec tamtego świata to też symboliczny początek nowego świata bohaterki. Koniec może być początkiem, choć nie do końca możemy wiedzieć czego dokładnie.

    Autorka na zakończenie wywiadu przeprowadzonego z nią w Los Angeles dla kwartalnika „Książki” powiedziała tak: „Życie musi toczyć się dalej. Musisz brać prysznic i karmić ciało. Nie można żyć w ciągłym kryzysie.” I zadbawszy o proces duchowych przemian w tym hardkorowym czasie – trzymajmy się tego stwierdzenia.

  • Czego dowiedziałam się od Pauliny Młynarskiej?

    media a wiara w ich przekaz

    Nigdy dotąd nie kupiłam żadnej książki napisanej czy sygnowanej przez celebrytkę, czy osobę z telewizji, czy jakkolwiek pojętego mainstreamu. Szerokiem łukiem omijam też gwiazdy social mediów z nabitymi kontami, na których głoszą swoje prawdy objawione zyskując poklask, jakiego niejedna Kinga Rusin może pozazdrościć. Z kilku powodów tego nie robię.

    Jestem trochę wymagająca, jeśli chodzi o kontent, podchowana na Elizie Orzeszkowej (sic!) i Romanie Ingardenie oczekuję czegoś więcej od publikacji niż tylko komunały o tym, że możemy wszystko, jak tylko zechcemy albo o bieganiu boso po rosie, a następnie wtulaniu się w sernik i w swoje zmarszczki. Poza tym mam wdrukowaną nieufność do ludzi mediów. Media służą manipulacji, przekazywaniu pewnych tematów w sposób wygodny dla danych grup, służą interesom garstki ludzi, w tym tych, którzy te newsy przekazują. Więc nie mam żadnego powodu, żeby wywody tych ludzi uznawać za wiarygodne czy interesujące. Wprzęgnięci w medialne machiny twarze tychże machin z trudem odklejają ich własne prawdy od tych, które czytają z promterów na codzień, a jeśli już się porwą na jakieś wynurzenia robią to po prostu nieudolnie. Drogie ubrania, co chwila zmieniane fryzury i rozmiary ust, milionowe konta na instagramie, nie robią z nikogo wartościowych twórców ani tym bardziej pisarzy.

    a jednak któregoś dnia kupiłam książkę Pauliny Młynarskiej

    i ją przeczytałam, co więcej, teraz o niej piszę.

    Jeden mój znajomy z instagrama pytał mnie, że dlaczego o niej? że ja jestem bardziej autentyczna niż celebrytka grzejąca sobie dupę w Indiach i mówiąca kobitom jak mają żyć. I ja go rozumiem. Nie lubimy celebrytów. Media tradycyjne i społecznościowe koloryzują rzeczywistość, co nie jest tajemnicą. w TV i w socialach ludzie muszą być lepsi, skrojeni pod target i oglądalność i show, a nie pod prawdę do jakiej doszli, o ile w ogóle im się to udało. 

    A jednak jest klika rzeczy, które skłoniły mnie do zakupu książki „Jesteś spokojem”, do przeczytania jej i do powiedzenia czegoś na temat tego wyboru.

    Kim jest sama Paulina, chyba tłumaczyć nie trzeba, ludzie z grubsza to wiedzą. Młodsza córka Wojciecha Młynarskiego poety, tekściarza, kompozytora, wszechstronnego twórcy, który naznaczył siermiężną epokę socjalizmu jakimś błyskiem inteligentnego humoru. Siostra innej medialnej osoby  – Agaty. Przez wiele lat dziennikarka radiowa i telewizyjna, gospodyni talk show w liczbie dużo, w tym też niegłupich jak Miasto Kobiet, które robiła z Dorotą Wellman. Kiedyś adeptka aktorstwa, osoba zbiegła do Francji w poszukiwaniu lepszego startu w życie, następnie wracająca do obiecanej lepszej Polski  w celu odnalezienia się w dynamicznie zmieniającej się sytuacji, o której bez woalek pisze w tej książce, że srodze takich entuzjastów jak ona wyssała  i wydymała.

    Nie ukrywam, że zawsze mnie jakoś ta Paulina ciekawiła, z czysto plotkarskiego powodu, ta magia 4 mężów, domy w Kościelisku, perypetie, samotne macierzyństwo, ambicje, programy i czasami gdzieniegdzie docierał do mnie jej głos czy to z felietonów, jakie pisała dla onetu czy, coraz częściej, z postów na facebooku, głos zawsze strasznie zadziorny i pyskaty. Nigdy to, co pisała, nie było jakąś sophisticated literaturą czy akademickim esejem, nigdy nie było to też pańciowe pitu pitu jaki świat jest piękny i należy działać, być lepszą wersją siebie. Zawsze były to celne uwagi na temat zastanej rzeczywistości polityczno – społeczno – medialnej, bez tego nieznośnego mizdrzenia się, pisane często ze złością czy w gniewie, zaskakująco celnie punktujące omawiany temat. Oczywiście ostatnimi czasy dziennikarka mogła już sobie na to pozwolić, będąc niezależną twórczynią. Nic nie dzieje się ot tak, bez kozery przecież. To, że ma ten kapitał kulturowy większy niż niejeden z nas, czyni ten jej głos w mediach społecznościowych bardziej słyszalnym, mocniej docierającym i do większej ilości ludzi niż wywody przeciętnej Kowalskiej, czy nam się to podoba, czy nie.

    różne drogi do oświecenia, czyli ja vs Młynarska

    Inne powody, dla których wspominam to nazwisko są takie, że jesteśmy w tym samym wieku i doszłyśmy do pewnych podobnych przemyśleń, a nawet praktyk duchowych, choć kompletnie innymi drogami, i to mnie w jakiś sposób zafascynowało i zachciało mi się wiedzieć, jak tam, gdzie jest teraz, znalazła się Paulina Młynarska.

    W swojej książce jest akurat co do tej drogi bardzo szczera. Nie epatuje czytelnika detalami, szczegółami, pisze w sumie dość ogólnikowo, ale na tyle mocno, że te perypetie zapadają w pamięć. A więc droga dziewczynki z PRL -u, z czasów, kiedy dzieci i ryby nie miały głosu, kobiety były po to, żeby było miło, a nie sensownie, a rządził pan domu. Młynarska decyduje się na opowiedzenie historii dwubiegunowej choroby ojca i jak zmiażdżyła ona rodzinę i psychiki dzieci, mówi też o benefitach, jakie miała ta uprzywilejowana rodzina, o milczeniu na niewygodne tematy, o braku pomocy, samotności, lękach, o chorobliwym parciu na przód. Po latach zmagań z lękami, pracoholizmem, wielkim zmęczeniem na skutek udowadniania sobie, że jest świetna, z borykaniem się z kompleksami na punkcie braku wykształcenia, dociera w końcu do jakiegoś przesilenia, sprzedaje dom rodzinny w Kościelisku ( za co potępiły ją media i matka) i wyjeżdża do Azji praktykować jogę a potem jej uczyć.

    Ktoś powie – no i fajnie, też bym se tak chciała.

    I owszem, to nas zawsze będzie różnić, nas ludzi. Ten nasz kulturowy kapitał. Ten habitus. Pierre Bourdieu w swoich naukowych esejach udowadniał społeczne pochodzenie pól literackich. Pisał właśnie między innymi, że aby stać się artystą trzeba mieć na to środki, nie da rady tworzyć chodząc codziennie do pracy, trzeba być rentierem albo mieć jakiś spadek po krewnym. Nic, od czasów omawianej przez niego w “Regułach sztuki” epoki Flauberta we Francji, się nie zmieniło. Z pewnością zarobione w mediach pieniądze pozwoliły autorce na godne życie, ale to kapitał w postaci zabytkowego domu w modnej lokalizacji okazał się przepustką do zerwania się ze smyczy i dał możliwość wejścia na ścieżkę duchową, jaką ja nigdy nie podążę, i zrobienia z tego biznesu, jakiego ja nigdy nie zrobię.

    Oczywiście medytować i uprawiać jogę mogę sobie w domu, albo na Urysynowie, albo w jakichkolwiek okolicznościach, jak bystrze zauważa Paulina, ale już na jej  tygodniowe warsztaty na grecką wyspę, gdzie mieści się jej mały dom na odludziu mnie nie stać. Ktoś powie – oj tam, wczasy all inclusive też kosztują niemało i się jeździ, więc wiadomo tygodniowy pobyt  z wyżywieniem w Grecji w miłych okolicznościach mindfulnessu z zajęciami prowadzonymi przez autorkę musi kosztować. I ja temu nie przeczę, niemniej dostrzegam pewne bariery materialne w możliwości skorzystania z tej oferty.

    Cieszy mnie oczywiście, że jestem gdzieś w podobnym punkcie samoświadomości, przekonania, że da się osiąść w mądrości swojego umysłu i zdystansowania od tego co codziennie pożera niepotrzebnie terabajty naszej uwagi, emocji. Może doszłam do tego mając to, czego uczą na różnych zajęciach odzyskiwania kobiecości czy tam siebie, zupełnie organicznie. Mam mianowicie niebywałą wprost umiejętność odpuszczania sobie. Jest to chyba jakaś moja cecha wrodzona, nigdy się tego nie uczyłam, bo zawsze instynktownie wiedziałam, z czym się nie szarpać, ku czemu nie przeć i moja flegmatyczna natura zawsze wiedziała, gdzie jest hamulec, nawet nie musiała go mocno cisnąć.

    Nie wiem czy życie wygrywają wiecznie pędzący gdzieś ruchliwi ludzie szukający ciągle nowych challange, wyzwań i możliwości sprawdzania siebie czy ci, którzy kumulują energię i odpuszczają sobie z lubością pielęgnując zawsze swoje prawa do odpoczynku, popatrzenia w niebo, niemyślenia, pozwolenia sobie na bycie takim jakim się jest. I nigdy nie zostanie to rozstrzygnięte.

    Paulina Młynarska pisząc książkę “Jesteś spokojem”, chyba już coś tam ugrała. Podjęła decyzję o zmianie trybu życia, z biegu przeszła do medytacji, pisze, uczy jogi, zarabia, oddycha. Chyba jest spełniona. Dzieli się w tej książce, myślę uczciwie, tym, jaka była jej duchowa droga ku temu i jaki w rzeczywistości kapitał, nie udaje, że spadło jej to z niebo, bo se wizualizowała marzenie, nie robi z siebie guru duchowego ani mistrzyni. Otwarcie mówi o ciągle ponoszonych porażkach i o złości, o małych zwycięstwach, które składają się na duży spokój i miło się to czyta, miło jest mieć świadomość, że pewne praktyki przynoszą wymierne efekty w postaci głebokiej samoświadomości, większej odwagi w byciu tym kim się jest, jakiej płci, w jakim wieku, i niedawaniu innym ludziom prawa do tego, żeby mówili, jakie życie będzie dla nas dobre. Dobrze się czyta wypowiedzi o fałszu środowisk i o tym skąd bierze się fałszowanie własnej rzeczywistości. Czy do poznania tego wszystkiego niezbędna jest do tego książka Pauliny? Nie sądzę. Ale chyba z chęcią poczytam o jej doświadczeniach w samotnych podróżach, bo ja się tego boję na przykład i mnie ciekawi jakie drogi pokonują ludzie, żeby ten lęk przełamać. Sięgnę chyba też po książkę „Zmierzch obleśnego dziada”, bo wątek seksizmu w społeczeństwie i #MeToo jest szalenie nośny teraz i bardzo dobrze. Jest tyle rzeczy, w których żyłyśmy i żyjemy, i z których nie zdajemy sobie sprawy, więc chyba już pora. 

    Zatem przeczytam. Nie dla odkrycia czegoś, o czym bym nie wiedziała, ale dla doświadczenia jedności myśli.

    znowu ten habitus

    Natomiast mam z tyłu głowy coś takiego jak miał Didier Eribon pisząc swój „Powrót do Reims”, kiedy to przyznawał, że nie miał nigdy odwagi napisać książki, bo wydawało mu się, że chłopakowi z nizin społecznych nie wypada nawet o tym myśleć tak, jak kolegom z inteligenckich czy burżuazyjnych rodzin, dla których pewne zachowania propagujące ich myśli i wybory były oczywiste. Dla Pauliny nie posługującej się wcale wyrafinowanym literackim językiem nie ma tej bariery. Przełamuje swój kompleks braku wykształcenia i.. pisze, a różne periodyki to kupują i drukują. I z tym jest mi trochę źle, ale może niezazbytnio się staram, aby do takich mediów się przebić. Może tak być. A może z góry jestem skazana na klęskę w temacie bycia medialną ze swoimi poglądami. Może tak być.

    Niemniej wprawia mnie w rodzaj permanentnej melancholii fakt, że są pewne rzeczy, których nie  da się przeskoczyć i na pewno porównywanie losów swoich i innych jest w sumie bezcelowe, ponieważ nigdy nie osiągnie się absolutnego punktu styczności pewnych współrzędnych, które kiedy się przetną, to zaistnieje kulminacja spełnienia. I to jest też cenna myśl, jaką wyniosłam po lekturze tej książki i po myśleniu ogólnie nad tym wszystkim. Uważam ogólnie, że niegłupio spędziłam czas, nie tylko dzięki tej książce, ale głownie dzięki samej sobie, jako idealnemu medium do absorbcji tego typu zdarzeń, myśli i losów.

  • Jak działać „w imię zasad”, czyli Psy 3

    Może nie to, że czekaliśmy, aby się tego dowiedzieć, bo ta produkcja nie była pewna, ale skoro się pojawiła, to na pewno wielbiciele seksapilu i siły przekonywania Franza Maurera z Psów 1 i 2 byli ciekawi, jak to robić po niemalże 30 latach odkąd twórcy tego filmu zaczęli w temacie bycia w zgodzie z własnymi zasadami dywagować.

    Tak więc, kiedy wieść o Psach 3 się rozeszła, apetyty były spore. Chcieliśmy wiedzieć, jak po 25 latach odsiadki zobaczy dzisiejszą Polskę Franz. „Psy” to wiadomo nie jest kino moralnego niepokoju z wątkami tez z obszaru socjologii, ale nawet kino gangsterskie może w swojej konwencji trafić widza celną obserwacją zastanej rzeczywistości z punktu widzenia bohatera, w tym przypadku – kultowej postaci, jaką był były ubek, potem zdegradowany policjant Franz Maurer grany przez Bogusława. Lindę zresztą.

    Psy 1 jako ikona

    Jak wspomniałam „Psy 1”, jeden z pierwszych po 89’ film tego gatunku i o takiej sile rażenia, nie bez przyczyny zyskał popularność i status bycia icon. Pasikowski pokazał w nim to, co nie było jeszcze takie oczywiste, że polaryzacja postaw komuch – ubek – solidarnościowiec nie jest zero – jedynkowa, nie implikuje prostego podziału na dobrych i na złych jak w westernach. Reżyser pokazał, jak rozmywają się te wartości, że kręgosłup byłego ubeka może mieć solidniejsze usadzenie moralne niż etos solidarnościowca.

    W tamtym klimacie wizerunek Franza Maurera się bronił, bo gość, niezależnie od barw, w jakich występował, swoją postawę wobec zdarzeń prezentował kontrowersyjną, ale wiarygodną. Dlatego znosiliśmy sztuczne miauczenie Andżeli, i podziwialiśmy nowoczesny i nonszalancki outfit Franza, który w swoich jasnych jeansach zapewne levisach 501 popijał sobie whisky siedząc w skórzanym fotelu w swoim domu również nonszalancko nieumeblowanym, z pogardą myślącym o żądnych władzy i krwi „czarnych”. Staliśmy jako widzowie po jego stronie, kiedy zasiadał przed solidarnościową komisją weryfikacyjną, chcieliśmy, żeby „im pokazał”. Pozytywna emocja, jaką widz obdarza teoretycznie „złą” postać w filmie, jest generowana zawsze tylko przez umiejętne poprowadzenie intrygi i wszystkich tych części składowych filmu powodujących, że nie tylko jesteśmy wytrwałymi kibicami „złego” bohatera, ale też zostajemy z pytaniami, rozterkami, a nie dydaktycznym smrodkiem, albo nie daj boże, z nie wiadomo w sumie z czym.

    Kroll i sceny w deszczu

    To zaczęło się jeszcze od „Krolla”, filmu, który Pasikowski zrealizował przed „Psami”. Tam, mówiąc oględnie, w nieprzychylnym środowisku poborowych w wojsku, pokazał skalę przemocy, absurdu i to, co uczynił kanwą „Psów” potem , czyli męskiego braterstwa i lojalności. Ja do „Krolla” mam stosunek przeogromnie sentymentalny, bo niektóre sceny były realizowane w akademiku, w którym wtedy mieszkałam, w II DS Balbina, osiedle Lumumby w Łodzi, kto wie, ten wie. W tymże akademiku szukają dezertera  tytułowego Krolla  – Olafa Lubaszenkę, na naszych akademikowych imprezach. Pamiętam, że nie poszłam na tę aranżowaną imperkę, bo uwaga – uczyłam się, na bank czytałam Ingardena i dziś dużo wiem o fenomenologii;] Ale za to z okna, w nocy, oglądałam już scenę, kiedy w strugach sztucznego, bo z pomp strażaków, deszczu wchodzi do akademika przez moje drzwi Bogusław Linda właśnie szukający dezertera. Pasikowski lubi podkreślać dramatyzm w swoich filmach rzęsiście padającym deszczem. Tak zrobił w Krollu, w “Psach 2”, kiedy Franz też opuszcza więzienie i tak zrobił w „Psach 3”, dokładnie w scenie, kiedy Franz wychodzi z więzienia tym razem po 25 latach. I patrząc na tę scenę właśnie wiedziałam już, że to nie będzie udany film. Dlatego, że usilne trzymanie się konwencji, nie zawsze dobrze współgra. Po pierwsze w scenie tej, dziennej zresztą, widać było prześwitujące słońce, co musi nasuwać skojarzenia, że to jest efekt użyty na siłę, a po drugie, kto w ostatnich latach pamięta, żeby w Polsce padał rzęsisty deszcz? To dało mi do myślenia, że Pasikowski nie zauważył, że w Polsce zmienił się klimat, i że w ogóle wszystko się zmieniło.

    Zresztą nie tylko o ten deszcz chodzi i sztuczne podbijanie dramatyzmu sytuacji tego typu zabiegami, czy też patetyczną muzyką Michała Lorenza, która w 1 się broniła, tutaj mocno trąciła sentymentalnym lamusem.

    gdzie jest #MeToo

    Tak więc o obecnej Polsce, 30 lat po, niewiele Pasikowski widzowi powiedział, prócz tego, że jest słabo, ale przecież zawsze jest jakoś słabo, tylko pod innymi względami. Nie spodziewałam się głębokiej diagnozy czy publicystycznej polemiki, uwzględnienia faktu, że zmienił nam się klimat i zmierzamy ku zagładzie, akcji zero waste, feminizmu czy #MeToo, ale uparte trzymanie się konwencji, że laski przykładowo podają w życiu głównie kawę gościom, albo mając długie nogi czyhają, aż zwróci na nie uwagę producent rajstop z Pabianic albo chociaż przystojny policjant, albo prostytuując się na wylotówkach pielęgnują swój etos – mocno trąci brakiem sklejenia się z rzeczywistością i pytanie – czy reżyser jest mizoginem i celowo pokazuje kobiety jako mocno przygłupie, czy po prostu nie nadążył za zmianami w postrzeganiu kobiet i w kinie i w rzeczywistości?

    Skoro nie wyszło z jakąś namiastką obserwacji dzisiejszej Polski, to chociaż żeby dobra gangsterka była, ale tu też bez powodzenia.

    kiedy chce się wierzyć, a nie może

    Bohaterowie chcą się mścić, w imię zasad oczywiście, ale całość jest uszyta grubymi nićmi, widać fastrygę, nie klei się to, nie uwiarygadnia. Nie wierzymy np. Pazurze. Aktor, który wypłynął na Wiadernym z „Krolla” i Nowym z „Psów” przez długie lata potem umacniał na rynku swoją pozycję w roli komika, przez co jego talent dramatyczny został mocno zblurowany. Dlatego wierzy mu się, kiedy jest fajtłapowatym prezesem działkowców, ale już nie, kiedy rozpacza nad śmiercią syna i zmienia się w bezwzględnego mściciela. Ciągle słychać tu nieadekwatny chichot stand upu.

    Z Lindą nie jest tak źle, ale dość podobnie. Jego cedzone lakonicznie odpowiedzi brzmią w tych warunkach karykaturalnie i nie na miejscu. Kiedy odpowiadał Olowi tuż przed jego zabiciem na pytanie „dlaczego” chce go zabić i że to zadzieje się w imię zasad, czuliśmy dźwięk trąb sprawiedliwości podbitej przez kompozycje Lorenca. Teraz tylko zblazowani dłubiemy sobie w nosie grzebiąc jednocześnie w telefonie. Nie kupujemy już tego. Nie widzimy wiarygodnego pola dla urzeczywistnienia się braterskiego etosu mścicieli na wszystkich oportunistach, serwilistach i zwykłych kurwach życiowych.

    Nie kupujemy sceny, w której do rozgromienia 3 desperatów z bronią policja zwołuje siły na jak na mini wojnę, helikoptery i wozy opancerzone oraz ludzi w ilości mała armia. Nie widzimy tego miejsca w środku obstawionej dziś mieszkalnymi mordorami Woli. W „Psach 1” Franz mógł polować na Ola po dowolnie wybranej pustej fabryce, które pustoszały wtedy w trybie super fast. Dziś nikt nie uwierzy, że takie miejsca na gangsterskie porachunki istnieją jeszcze w środku miasta, a policja dysponuje środkami na organizowanie mini wojen.

    Nie pokuszono się też o eksploatację atrakcyjnego wątku przemijania. Poprzestano tylko na utyskiwaniu z powodu bycia na bocznym torze i utracie koneksji, byciu skazanym na zbędność. A to byłby dobry temat, o tym, że człowiek w wieku 30 lat jest jednak trochę inny niż  wieku lat 60. Można było zadać pytanie – kiedy zmienia się wszystko, gdzie jestem ja? Ale Pasikowski uznał, że 25 lat to jest jak mgnienie i właściwie nic się nie zmienia. Niestety w tym błędnym założeniu tkwi słabość tego filmu.

    A szkoda bardzo. Osieroceni po dawnym Franzu Maurerze mogą zobaczyć, jak ten obecny w outficie miejskiego hipstera sprawnie operuje jeszcze bronią i ostatecznie wychodzi na swoje, oczywiście udając, że ma to w dupie, ale przestał być wiarygodny i nie chce nam się już z nim gadać.

  • Czy wszyscy jesteśmy fotografami?

    Nie jestem przesadną ani sentymentalną apologetką przeszłości, ale zaryzykuję stwierdzenie, że kiedyś było łatwiej.

    Ze względu na ograniczenie technicznymi możliwościami można było się umościć wygodnie w nieprzebodźcowanym świecie, w którym ktoś mądrzejszy od nas albo jakaś zaufana instytucja złożona z rady mądrzejszych ustalała, co jest dobre, co złe, co jest sztuką wysoką, a co opium dla mas, co jest dla koneserów, a co dla średnio zaawansowanych i mało wymagających od otoczenia. No to trochę taki żart, ale serio, wszystko zdawało się być proste i jasne, trudno dostępne, należycie celebrowane i doceniane.

    Nagle wszystko uległo zmianie. Stało się to tak szybko, że upojeni nowymi możliwościami danymi przez rozwój technologii, nie zauważyliśmy, że to, że dziś praktycznie wszyscy mogą wszystko, nie przyniosło zaspokojenia i twórczego spełnienia, ale co gorsza – skutecznie zaciemniło wartość naszych własnych eksploracji na jakimś twórczym polu.
    Bo skoro dziś każdy, kto pisze internetowy pamiętnik, może być pisarzem, każdy kto gotuje – mistrzem kulinarnym, kto poleci do Azji dwa razy i uwieczni się nad basenem w Dubaju – ekspertem od podróży, kto zrobi karaoke na tik toku – piosenkarzem, kto nakręci video o robieniu naleśników – twórcą filmowym, a w końcu, kto popstryka telefonem zachód słońca i ptaka w locie – fotografem – to jak znaleźć odpowiedź na pytanie, co w tym oceanie wszystkiego jest czymś? Jakie uznać kryteria wartości dla jakiegoś wytworu ludzkiego, a konkretnie fotografii, bo to o niej będzie teraz mowa.

    jak ocenić dobre zdjęcie, czyli koniec przydługiego wstępu

    Nie jest to łatwe zadanie. Ale może dlatego mnie tak ono męczy, że zadręczam każdego, kto para się  fotografią w jakikolwiek sposób, żeby o tym ze mną gadał, bo chcę wiedzieć, jakie zdjęcie jest dobre, a jakie nie? co o tym decyduje, że zdjęcie uznawane jest za dobre, co sprawia, że jakieś fotografie znajdą się na wystawie lub w galerii, a inne przemkną nie zauważone, albo zupełnie banalna fotografia zyska miano kultowej lub tysiące polubień na instagramie a intrygujący, inspirujący obraz przejdzie bez echa?

    Niestety, im bardziej o tym myślę, tym więcej mnoży mi się pytań i wątpliwości niż potencjalnych odpowiedzi, ale nie chciałabym odłożyć tego tematu na półkę „relatywizm”, półkę „dobre to, co się komu podoba”, że to kwestia gustu, dlatego, że nie uważam globalnego gustu za miarodajne kryterium. Na pewno warte do zastosowania w celach merkantylnych, ale komercja i schlebianie powszechnym gustom, to ustalmy na początku – nie jest corowy wyznacznik czegoś, co można nazwać  “dziełem”.

    w tym akapicie piszę, że ocenianie to niełatwa sprawa

    Ciężko w ogóle oceniać fotografie. Kryteria ocen są dość ubogie w tym przypadku. Nie znam się na krytyce sztuki, ale podejrzewam, że tam jest więcej tych narzędzi i niektóre przenoszą się do ocen fotografii, jak kryterium użycia czy operowania światłem, kompozycja, dynamika, treść, ale ciężej w przypadku fotografii znaleźć tę niepowtarzalną „kreskę” twórcy, tak jak w przypadku dzieła malarskiego. Z treściami pisanymi też jest łatwiej. Jest mnóstwo narzędzi pozwalających określić, czy dana twórczość jest kiczem, powieleniem czy czymś narracyjnie i formalnie nowatorskim, co jest w stanie przenieść czytelnika w rejon, który dotychczas był dla niego niedostępny. Tak samo środki wyrazu zastosowane w filmie. Tyle musi nałożyć się tam specyficznie dobranych elementów jak montaż, scenariusz, gra, kadrowanie, sposób filmowania, kierowania tym wszystkim co stanowi komponentę obrazu, że nawet niewprawny krytyk filmowy szybko oceni czy film jest dziełem czy produkcyjniakiem obliczonym na tani efekt.

    Z fotografią tak się nie da. I to jest w niej zarazem najfajniejsze i najgorsze.

    problem z fotografią

    Problem z fotografią, z określeniem, co jest dobrym zdjęciem, a co nie, leży też w tym, że fotografowanie jest rzekomo prostą oczywistością. Większość zgodzi się z tym, że żeby coś napisać, trzeba jednak być w posiadaniu jakiejś wiedzy czy umiejętności, co skromniejsi, lub lepiej poinformowani na swój temat, nie odważą się więc pisać i publikować z lęku przed blamażem ( chociaż mam wrażenie, że jest ich ostatnio coraz mniej). Podobnie jest z malowaniem. Ale już chwycić telefon i zrobić zdjęcie tego co za oknem, śpiącego kotka czy wschodu słońca może praktycznie każdy. Ma proste narzędzie i fabrycznie dobre ustawienia do tego, żeby jego odwzorowanie tego co widzi było ok i nie różniło się zasadniczo od miliona innych tego typu fotek, jakie konsumuje się w mediach społecznościowych i w internecie. Nie ma dziś nic bardziej oczywistego niż fotograficzne przetwarzanie rzeczywistości, “zdejmowanie” jej, jak chce źródłosłów.  Akceptuje się je zarówno jako codzienne zajęcie jak i formę sztuki wysokiej. Śpiewać jednak nie każdy może, pisać też nie, rzeźbić czy robić perfomance też niekoniecznie, nawet gotować nie, ale robić zdjęcia, owszem może każdy. Ale niestety kryteria ocen społecznych nie są w stanie podpowiedzieć potencjalnemu twórcy zdjęć, które z jego prac są coś warte, a które to sztampa.

    wybiedzam kryteria ocen

    Może więc w sukurs przyjdzie kryterium techniczne?a więc twierdzenie – do stworzenia dobrego zdjęcia konieczny jest dobry sprzęt fotograficzny, praktyka, umiejętności, skille i trochę talentu, intuicji, umiejętności wyszukiwania tematów, umiejętność dostrzegania pozornie nieistotnych detali.
    Do tego dochodzi kwestia roztrzygnięcia, czy dobre zdjęcie to takie, które doświadczony twórca tworzy w głowie, nosi je a potem czeka i poszukuje w rzeczywistości dopełnienia tego obrazu, czy takie, które powstało przypadkiem? Czy zdanie się na ten twórczy przypadek dyskwalifikuje tak pozyskane zdjęcie z pretendowania do miana sztuki? Czy tylko to wyczekane i technicznie dopieszczone jest wartościowe?

    Okazuje się właśnie, że nie. Że uznane zdjęcia to nie tylko te, które powstawały w pocie czoła i po głębokich namysłach i precyzyjnych ustawieniach. Często dobre zdjęcie bywa dziełem twórczego przypadku. Na ogół dziś bywa właśnie tak, że żadna technika ani jej brak nie dyskwalifikują zdjęcia. To gust wyznacza wartość, klimat, temat, zamysł. Rzadko docenia się zdjęcie tylko z powodów formalnych, Co nam po technicznie doskonałym zdjęciu, skoro nic ono nie wnosi, niczego w nas nie porusza.

    tu dochodzi się do miejsca, w którym należałoby stwierdzić, co w takim razie musi mieć zdjęcie, aby „poruszało”.

    Wracam więc, chcąc nie chcąc, do kwestii gustu, który z samej definicji jest po prostu kwestią względną, mocno uzależnioną od czasów, ogólnych wyznaczników jakie niesie pochodzenie, geografia, kultura, wychowanie i tysiące innych rzeczy. To co dla jednego będzie super, dla innego odbiorcy okaże się nieczytelne lub niestrawne.
    Są oczywiście ogólne wyznaczniki gustu. Dla człowieka Zachodu na pewno w głowie pozostaje grecki wyznacznik piękna ze starożytności, czyli fokus na młode, zdrowe, proporcjonalne a zatem piękne ciała. Kryterium proporcji i harmonii pozostaje wciąż niezmienne i jedynie obowiązujące dla wszystkich, nawet dla tych, którzy w swoim wyrafinowanym umyśle są w stanie podążyć dalej w eksplorowaniu definicji piękna, przełamując tę z góry wyznaczoną ścieżkę fotografując coś, co jest przyjęte za nieciekawe lub brzydkie i pokazując, przetwarzając to tak, że to, co pospolite, nudne zaczyna wydawać się odbiorcy najbardziej interesujące na świecie, a nawet wręcz ładne.

    Tak ja sama sobie tłumaczę moje własne zamiłowanie do rzeczy pozornie nieistotnych, nie tyle nawet uznanych za brzydkie, ale na pewno za zwyczajne, nie warte tego, żeby je przetwarzać za pomocą fotograficznych obrazów.

    taki jakby manifest

    Tak więc według mnie jedynym sposobem wyłamania się spod uznanych powszechnie kryteriów ładności, próbą wyjścia poza schemat globalnego gustu jest użycie fotografii do tego, aby rzeczy, zjawiska pozornie nieistotne czy nieładne pokazać w sposób, który odbiorcy wyda się ciekawy a nawet właśnie na swój sposób piękny. W tym ja osobiście znajduję siłę fotografii.
    I to jest w niej właśnie też moim zdaniem najtrudniejsze.

    Oczywiście nie chodzi mi o to, żeby udowadniać, że ładne zdjęcia do magazynów modowych, czy fotografia produktowa jest nic nie warta albo nie jest sztuką. Skoro Warhol umiał nas przekonać, że puszka zupy Campbell jest sztuką, to mamy za zadanie wyszukać takiego kontekstu dla naszych potencjalnych zdjęć, żeby też mogły stać się artystycznym wydarzeniem. Bo dlaczego nie? Moja przyjaciółka artystka i fotografka zapytana o to, jakie to jest dobre zdjęcie też odpowiedziała, że nie ma złych zdjęć, tylko nieprawidłowy kontekst. I właśnie to w tym wszystkim jest trudniejsze niż zdobycie drogiego sprzętu czy znajomość zależności przesłony od kąta padania światła. Techniczny dobór środka wyrazu jest już moim zdaniem rzeczą wtórną, taką, której można się nauczyć, bo rozumienia kontekstu już niekoniecznie można.

    Dlatego nie zgadzam się z hasłem cyklicznych poniedziałkowych spotkań w studio Bar w Warszawie, że Wszyscy Jesteśmy Fotografami. Ubranie z półki „jest_to_gucci” nie czyni z nikogo fashionisty, tak samo drogi aparat albo popularność na instagramie nie czyni z nikogo fotografa.

    Czy słuchając na przykład wykładu, w ramach tych spotkań, 91 letniego dziś Wojciecha Plewińskiego długoletniego fotografa “Przekroju” czasów Eilego, oglądając jego prace, można w ogóle mieć śmiałość, żeby myśleć, że nasze własne fotografie, efekty turystyki po naszej rzeczywistości, mają wartość tego typu, że po latach ktoś się nad nimi pochyli i odczuje w duchu efekt wow? A więc to tak! a więc tak to wygląda i tak można!
    No szczerze, to nie sądzę. Że ktoś tak z naszymi, wytworami fotograficznymi zrobi.

    Ale daleka bym była od rezygnacji z robienia zdjęć mimo to.

    Jesteśmy turystami i klientami rzeczywistości i przez fotografowanie jej świat staje się łatwiejszy do okiełznania, do nazwania go, a nawet – zaryzykuję – zrozumienia. Dlatego zanim naciśnie się spust w migawce aparatu, nawet tego w telefonie, warto zastanowić się, po co to się chce zrobić, po co produkować masowo te notatki z rzeczywistości i zapośredniczać je w świat? Co wynika z tego przetwarzania? Co zobaczę ja, co zobaczą inni, co z tego wyniosą?

    Kiedyś napisałam tekst o innych znajomych mi fotografach, dziś sama robię zdjęcia i zadaję pytania. A kiedyś dowiozę na nie odpowiedź.

  • “Porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym”, czyli nieporadnik rysunkowy

    Wiecie jak to jest. Żyjemy w przekonaniu, że wszystko będzie zawsze tak samo. Dzieci będą małe, koty będą wskakiwać na parapet, codziennie będziemy wstawać rano do pracy, nienawidzieć poniedziałków, będziemy snuć domysły, czy czeka nas jakaś nowa miłość, coś lepszego, coś smaczniejszego, coś bardziej ekscytującego, aż któregoś dnia…

    Pierwsze symptomy są nieznaczne: kace trwają dłużej niż zazwyczaj, każda dodatkowa lub późnonocna aktywność wymaga potem większego nakładu snu i odpoczynku, siły słabną wolno, ale konsekwentnie. Coraz bardziej atrakcyjna wydaje się zwykła cisza. Entuzjazm staje się towarem tak deficytowym jak szynka w PRL-u. Nadchodzi wiek i czas, kiedy zaczynamy uświadamiać sobie własną śmiertelność, skończoność, jakiś termin przydatności, ale nie wiadomo jaki.

    Ale póki co ten temat nadal nie istnieje, nie jest modny i nie mieści się w trendzie stay positive.

    Mnie czasem nachodzą takie myśli, zupełnie jakby znienacka, ale kiedyś przecież nie przyszłyby mi do głowy, o tym co się stanie z milionem moich zdjęć w chmurach googla, czy appla, czy facebooka, co w kontami społecznościowymi i bankowymi, czy ktoś usunie ten mój ślad na serwerach i zrobi miejsce kolejnym? Kto się tym zajmie, czy mam dużo rzeczy w domu? Kto się nimi zajmie? Tu już jakiś czas temu wpadłam na pomysł, że mam wszystkiego za dużo. Od jakichś 3 lat używam tylko tego co mi jest potrzebne, więc mój ślad węglowy nie powinien być mega kłopotliwy dla tych, co jeszcze będą żyli, kiedy ja już nie. Czasem dobrze niemalże nic nie mieć.

    I o tym między innymi jest właśnie komiks rysowniczki New Yorkera Roz Chast „Porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym”: o porządkowaniu rzeczy,  jest rozmową z nami o tym, co udajemy, że nas nie dotyczy, co postrzegamy jako nieprzyjemne, dołujące i coś co zdarza się tylko innym, czyli o starości i o śmierci.

    To ciekawe, że powstał szereg bardzo mocnych i przejmujących utworów na temat rozliczeń z dzieciństwem, rodziną, rodzicami. I ciekawe, że rozliczenie to odbyło się w komiksowej formie, tak jakby niepoważna forma obrazka pozwoliła zaprzęgnąć w narrację poczucie humoru, a tym samym oswoić trudne, często traumatyczne przeżycia. Rozprawiali się z tymi tematami Wanda Hagendorn w „Totalnej nienostalgii” , Wojtek Wawszczyk w „Panu Żarówce”, Manu Larcenet w „Codziennej walce”, o czym pisałam. To są mocne komiksowe dzieła, tak zwane rozliczeniowe, które w bezpretensjonalny, ale wielce sugestywny sposób unaoczniają nam też nasze własne zaprzeszłe echa emocji, które być może my chowamy w szafie jak trupy.

    Roz Chast próbuje tym razem wydobyć na wierzch coś więcej, nie tylko rozrachunek z rodzicami, chce pokazać, czym jest starość, umieranie i porządkowanie rzeczy po tych co odeszli, bez smrodku patosu, łez, oskarżeń czy fałszywych egzaltacji.

    Niezależnie od dawki czarnego humoru jaką Chast zawarła w tym komiksie, nie jest to lektura łatwa ani przyjemna.

    Autorka rysuje, opisuje ostatnie lata życia swoich rodziców, którzy żyli długo, bo ponad 90 lat i z tego opisu nie wyłania się idylliczny obrazek, na którym prawie stuletnim dziadziom wnuczęta przynoszą torty z imponującymi cyframi zatkniętymi w lukier. Nie ma tu też martyrologii. Jest za to dużo ludzkiego zmagania z poczuciem winy Chast jako córki oraz wyrazista refleksja, że tak jak koszt życia bywa dość wysoki, tak zaprawdę powiadam wam, starość i umieranie to są koszty wręcz niebotyczne. Moment, w którym Chast obserwuje powolne gaśnięcie 97 letniej matki i z prędkością światła topniejące środki na utrzymanie opiekunek, pielęgniarek, hospicjów, domów starców, pieluchomajtek, lekarstw itd. – jest najbardziej koszmarnym momentem w trakcie lektury, bo odziera czytelnika w sposób prosty i bezpretensjonalny z mniemania, że jego życie jest takie strasznie wyjątkowe i cenne i pełne godności. Otóż prawda jest taka, że nie jest.
    Brzmi to szaleńczo i obrazoburczo, bo w trakcie życia trudno nam się godzić z myślą, że niewiele w gruncie rzeczy znaczymy. Wydaje nam się, owszem, że nasza egzystencja jest wyjątkowa, jesteśmy nie do zastąpienia i ogólnie dusze towarzystwa z nas, ale w istocie nie jest to prawdą. Okazujemy się nieprzydatni, nawet socjalnie, towarzysko – jesteśmy obiektami, na widok których młodsi ludzie odwracają wzrok i dyskutują na przyjemniejsze tematy, i jesteśmy obiektami, które po prostu dużo kosztują, nie tylko pieniędzy.

    Dlatego komiks Chast jest trudny. Porusza w nas struny, które  chcemy pozostawiać w uśpieniu. Nie grają one w orkiestrze codzienności, nie wspomnę o solówkach. Ciężko godzić się z faktem, że bardzo brzydko znikamy.

    Znamienny w komiksie był fragment, kiedy Roz namówiła rodziców, aby przenieśli się do domu opieki. Byli przekonani, że kiedyś wrócą jeszcze do swojego zagraconego mieszkania na Brooklynie, ale okazało się, że wyszli z niego i nigdy potem już nie wrócili. A wyszli każde z jedną małą walizką, z rzeczami niezbędnymi do bycia w nowym miejscu. Okazało się, że wszystko co nagromadzili w ciągu życia, blendery z lat 50 tych, książeczki czekowe z lat 60, zeszyty dziecka z podstawówki, pokrywki do słoików itd itpt. nie okazały się tak niezbędne jak przypuszczali. Ja osobiście nie jestem zbieraczem, ale ten obrazek na pewno dobrze ilustruje nasz ogólnoludzki pęd do gromadzenia, posiadania. Ale nikt nie wie po co gromadzi i co z tego wynika prócz zagracania i kłopotów dla spadkobierców.

    Dość istotny moim zdaniem jest też tu wątek o stosunkach jedynaczki Roz z jej rodzicami. Otóż bez zbędnego mizdrzenia się autorka pokazuje, że nie jest oczywiste, że dzieci i rodzice się lubią. Chast nie ukrywała, że jej największym marzeniem była wyprowadzka z domu apodyktycznej matki, której się bała i ojca pantoflarza, a potem opieka nad nimi nie czyniła z niej w jej mniemaniu gwiazdy miłosierdzia, była to zwyczajna droga przez mękę z ludźmi, którzy najbardziej lubili być sami we dwoje, mieli dziwactwa i oczywiście zawsze wszystko wiedzieli lepiej, nawet, kiedy topniał ich umysł. Ale swoje przemyślenia na temat tych urazów, niespełnień, pretensji Chast podaje lekko, w sposób lekko przyswajalny.

    Podsumowując – jest to bardzo życiowy – sic! – komiks, o tym, że wyrugowana  z życia popkultury śmierć jest jego nieodłączną i szalenie trudną częścią, tak samo przemijanie, odchodzenie i gaśnięcie, i że właściwie w całym tym kontekście śmierć bywa naprawdę wybawieniem. Jest podanym z wielką klasą rozrachunkiem z trudnym dorastaniem i trudnymi rodzicami, z poczuciem nie bycia kochanym i rozumianym tak jak by się chciało, ale mimo tego z ogromnym zrozumieniem dla odchodzenia w niebyt bliskich z mocnym podkreśleniem na czerwono, że nie jest to kurwa łatwe. Dla żadnej ze stron, ani tej, która ma odejść, ani tej, która jeszcze zostaje.

    Myślę, że gdyby ktoś po lekturze komiksu zechciał napisać testament – to wcale nie byłby taki głupi pomysł, a w nim zapytanie, czy odpowiedzi na pytania po co się żyło, jak się zyło, po co coś się robilo, pozostawiać do rozwikłania potomnym i czy nie lepiej rozliczać się z tym każdego dnia.

  • Marina Abramović, czyli po co nam sztuka?

    Marina Abramović.
    U mnie działa taki mechanizm – wszyscy interesują się Mariną, więc ja nie, wszyscy szturmują jej wystawę w Toruniu- ja nie. To, co tak popularne, wzbudza mój sceptycyzm. Mój entuzjam nie jest już potrzebny i niczego nie wniesie.
    Szyszka dała mi jej wspomnienia „Pokonać mur”, no to czytam. Zrazu książka ta wzbudziła we mnie niechęć. Abramović w opisach swoich odczuć używa prostych, niewyszukanych fraz ocierających się o banał czy wręcz kicz. Nie stara się czynić z języka narzędzia kreacji, ale mimo to mam wrażenie podczas lektury, że wymyśla sobie to dzieciństwo. Może nie, że dodaje jakieś  trwożne fakty, ale że je monumentalizuje, ubarwia czyniąc z siebie pomnik dziecięcego cierpienia. Może jestem dla niej niesprawiedliwa i faktycznie doznała tych wszystkich fizycznych krzywd i upokorzeń od rodziców, a zwłaszcza od matki, ale poprzez ten pełen patosu język – odczuwam niechęć. Z jednej strony wiem, że nie każdy będzie umiał uczynić z konfabulacji swojego dzieciństwa kilkutomowej powieści jak zrobił to Knausgard, niemniej nie jest mi na początku łatwo. Ale jednak czytam, nie męczę się i potem stwierdzam, że właśnie bardzo dobrze, że tak to opisała, szalenie prosto!

    Marina przyjaźniła się parę lat z Susan Sontag pod koniec życia pisarki i filozofki. I pomyślałam sobie, co za szczęście, że Abramović o swojej sztuce nie pisała takim językiem jak Sontag, bo bym pewnie do wiosny to czytała. Może coś w tym jest, że kiedy człowiek jest działaczem jak Marina, wykształca w sobie po prostu inne umiejętności niż sztuka pisania, a takie osobowości jak Sontag nakierowane na przemyśliwanie, kumulowanie wniosków, analiz i konwersowanie – fokusują się na ujmowaniu spraw w nieco bardziej skomplikowany sposób, jakby te sfery wzajemnie się nieco kanibalizowały. No i dobrze.

    We wspomnieniach Mariny robi się ciekawie, kiedy zaczyna się opis stopni na drodze do jej sztuki, pracy, performansu i w końcu kariery. Ostatecznie, jak by nie spojrzeć, uzbierała sukcesów sporo na polu sztuki niematerialnej, przeniknęła do pop kultury, rozpropagowała dość te hermetyczne środki wyrazu i przesłania. 

    Dlaczego mnie to interesuje?

    Na pewno nie dlatego, że zrobiła warsztaty z Lady Gagą. Ale lubię przyglądać się sztuce. Chadzam na różne wystawy i przeważnie nie rozumiem wystawianych tam prac ani ich idei. Robię temu instagramowe ujęcia, zdjęcia i potem dopiero w domu zastanawiam się, o co mogło chodzić twórcy. Lubię też myśleć o tym, dlaczego ludzie robią coś, co nazywają sztuką, co jest sztuką, a co nie jest i kto o tym decyduje? Porusza mnie to, że ludzie mają w sobie to coś, co każe im wyjść poza rutynę, poza sposób widzenia czegoś tak jak widzą, co każe im szukać innych środków niż te, których używa się powszechnie. Ciekawi mnie załamywanie rzeczywistości po to, żeby dotrzeć do jakiegoś punktu w odbiorcy, który nim poruszy.

    Sama Abramović też szukała. Zaczęła od malowania obrazów na zamówienie, których potem się wstydziła i od wykładów na Akademii Sztuk Pięknych w Belgradzie. Z pewnością pomógł jej w karierze jej kapitał kulturowy, koneksje matki ustawionej dobrze komunistki, jej działalność w obszarze sztuki. To było solidną podstawą do tego, żeby ona mogła o tym myśleć i wychodzić poza malowanie zachodów słońca dla utytułowanych członków partii. Ale oczywiście miała też co innego – nadludzką wytrzymałość, którą przypisywała nader twardemu i zimnemu wychowaniu, pasję i determinację. W tym pędzie ku odkrywaniu i przekraczaniu własnych możliwości i barier oraz odwadze chyba mało kto mógł jej dorównać, a skutek tego był taki, że zaczęła wyjeżdżać z komunistycznego Belgradu coraz dalej i dalej aż całkiem się z niego wyniosła i wkrótce nie było dla niej kierunków niemożliwych czy obcych. Zeksplorowała na użytek poszukiwań dla swoich performansów i zwyczaje hermetycznych Aborygrenów, i praktyki buddyjskie z Tybetu czy Indii, i wszystkie te odkrycia inkorporowała w poszerzanie pola swojej świadomości, której dawała wyraz w pokazach.

    Ostatecznie w swoich wspomnieniach pisze tak: „ Zawsze myślałam, że w sztuce chodzi o ekspresję w ramach pewnych technik: malarstwa, rzeźby, fotografii, pisarstwa, filmu, muzyki czy architektury. No i oczywiście performansu. Ale ten performans przekraczał granice performansu. To było życie. Czy sztuka może lub powinna być odizolowana od życia? Zaczęłam coraz intensywniej odczuwać, że sztuka musi być życiem, musi należeć do wszystkich”. W tym fragmencie mówi o spektakularnym i jednym z najbardziej znanych swoich dzieł „Artystka obecna”, kiedy to przez 3 miesiące w MOMie siadywała na krześle, a widzowie siadali na przeciwko niej i po prostu na siebie patrzyli. Pokonując ograniczenia jakie narzuca nam ciało, czyli żeby przez kilka godzin dziennie nic nie mówić, nie ruszać się, nie wydalać, nie jeść, nie pić, nie kichać – po prostu patrzyła widzom w oczy i działy się rzeczy niewiarygodne. Nawiązywał się kontakt z każdym, kto usiadł na przeciw niej, wyzwalały się emocje i przepływała między nimi wzajemna energia. Czyli wystarczyła chwila ciszy, uwagi i spojrzenia innemu człowiekowi w oczy. Tylko tyle. Właściwie aż tyle.

    Pokaz zrobił furorę i nie dziwię się temu. Abramović odwołała się w tym performansie do pierwotnych ludzkich potrzeb, które całe swoje życie pieczołowicie zakupujemy w procesie tzw. socjalizacji, tj. do uważności na drugiego człowieka. Potem, kiedy zobaczyłam w książce „Portrety w obecności Mariny”, które zrobił ludziom z tego pokazu Marco Anelli, to zachciało mi się płakać, widok tych twarzy wyzwolił i we mnie tę pierwotność, to pragnienie prawdziwości czy uważnego spojrzenia, czegoś czego unikamy na codzień, co nas krępuje, onieśmiela, płoszy czy denerwuje.

    To działo się w roku 2010, ale już w 2002 zrobiła podobny w wymowie performans „Dom z widokiem na ocean”. Tym razem spędziła 12 dni w galerii, w 3 pomieszczeniach podwieszonych pod sufit na widoku odwiedzających galerię gości. Na ich oczach brała prysznic, sikała i piła wodę. Nic nie jadła. poza myciem, piciem i sikaniem siedziała lub leżała. Ten pokaz miał służyć zwróceniu uwagi na to, że każdej czynności, nawet najbardziej banalnej należy się całe 100 % uwagi, wykonywała te proste aktywności z precyzjną dokładnością i pieczołowitością odwołując się do zasad buddyjskiej uważności. Ten performans został wykorzystany nawet w 6 części „Seksu w wielkim mieście”, przedarł się do popkultury, która zresztą poprzez ten odcinek akurat go wyśmiała. Carrie bowiem podważa autentyczność zachowań artystki. Niemniej jednak pokaz ten okazał się ważny, a prace Abramović na tyle przebijały się do świadomości nie tylko koneserów sztuki, ale też zwykłych ludzi, że dziś mając na uwadze sztukę niematerialną, ma się na myśli głównie Marinę.

    Dziś z pewnością nie należy ona do artystek żyjących w niszy i na skraju ubóstwa, z pewnością pomógł jej też zmysł do interesów i dobra koniunktura, którą umiała wykorzystać. Ale mi to akurat nie przeszkadza. Ja potrzebuję tylko rozumieć, dlaczego ludzie sztuki robią akurat to co robią, i co to dla mnie oznacza i w co mnie uzbraja. A ponieważ rozumiem coraz więcej, to się cieszę i książkę też polecam.

    Warto jeszcze nadmienić, że we wspomnieniach Marina poświęca sporo miejsca swoim partnerom, z którymi współtworzyła swoje prace. Ciekawe jest jej podejście do nich, to jak razem pracowali, na co zwracała uwagę i jak bardzo ta świadoma i odważna w sztuce i życiu kobieta długo zawsze nie mogła pojąć, że ukochany mężczyzna się od niej odwracał. Czy to było znamię totalnego egocentryzmu? Czy emocjonalnej nieporadności wyniesionej z domu rodzinnego? W każdym razie nie umiała zrozumieć tego, że odchodzili, nie robiła żadnych analiz, a przynajmniej nie skupiała się na pisaniu o tym. Po prostu  – długo bardzo te rozstania przeżywała jako niesprawiedliwe dla niej i niezrozumiałe, co pozwala mi czynić wniosek, że emocjonalnie bywamy totalnie bezbronni niezależnie od tego ile mamy na koncie zasług, nagród, osiągnieć czy pieniędzy. Lekceważeni w dzieciństwie cały czas ściągamy na siebie w jakiś sposób podobne traktowanie, a może sami je z czasem wyzwalamy w innych widząc w partnerach tych, którzy nas stworzyli i zawiedli, a potem żadnym sposobem nie umiemy się z tego wyzwolić. I to akurat jest zła wiadomość dla nas. Ale też te rozterki i porażki czynią przecież z tej posągowej artystki zwykłego człowieka, który zniesie 12 dni bez jedzenia, rany zadawane sobie na performansie, podpalenia a nie może znieść porażki w miłości.

    Jak to jest więc z nami, że jesteśmy tacy krusi, a jednocześnie nie do zniszczenia? Czy sztuka daje nam właśnie te nitki, linki, których możemy się łapać, żeby nie polec?

  • zjedz kanapkę