• „Słabsze ogniwo”, czyli Wola Mocy wiecznie żywa

    Większą część mojego świadomego życia – mogę stwierdzić – spędziłam w uśpieniu. Polegało ono na przekonaniu, że wszystko działa, jak ma działać i kieruje tym jakiś słuszny mechanizm a tylko społeczeństwo bywa niemiłe i ludzie zdarzają się źli. Długo potem, niestety za długo, ale lepiej późno niż wcale, zaczęłam łączyć kropki dzięki wnikliwszej obserwacji zjawisk, opinii, idei i lektur, które dawały mi narzędzia do nazwania rzeczy po imieniu oraz naprowadziły mnie na prostą w gruncie rzeczy konstatację, że wszystko, z czym zmagamy się na poziomie prywatności, własnych tzw. morale wynika z algorytmów narzucanych przez system, a nasza sprawczość wobec niego, sprzeciw chociażby, jest niestety zatrważająco nikła lub wręcz żadna. Wskazuje to na pewien fatalizm, ale de facto jest to po prostu bycie wpisanym w scenariusze, jakie nie my sobie piszemy. Wyjaśnili mi to swego czasu Kacper Pobłocki, David Graeber czy Shoshana Zuboff, że wspomnę tylko ostatnich moich przewodników.

    Dlaczego o tym piszę?

    Powodu dostarczył mi obejrzany ostatnio film meksykańsko-polskiej produkcji w reżyserii Joaquina del Paso „Słabsze ogniwo”. Gdybym nie posklejała sobie tych wyżej opisanych faktów wcześniej – ten film poraziłby mnie bezwzględnością z jaką unaocznia to, jak bardzo ludzie są niewolnikami systemów. Ale ponieważ już byłam tego świadoma, więc oglądałam ten film z gorzkim poczuciem, że nie ma od tego ucieczki i nigdy nie będzie lepiej. Nie jest to więc, jak można już wyczuć, miły wakacyjny przerywnik głaszczący nasze sterane nerwy. Dlatego zalecałabym obejrzenie filmu ludziom, którzy lubią być świadomi i szukają tego, co dosadnie im to umożliwi.

    Historia oparta jest na osobistych doświadczeniach reżysera, który pochodzi z zamożnej rodziny i nauki pobierał w katolickiej szkole. W filmie mamy więc grupę dorastających chłopców z takiej właśnie meksykańskiej katolickiej szkoły, białe dzieci klasy wyższej średniej, które jadą ze swoimi nauczycielami, katechetami na obóz przetrwania poza miasto, na dawne azteckie ziemie. Ich zadaniem jest praca w terenie, podchody w lesie, wspólne ogniska, wydawałoby się, że same przydatne do kształtowania silnych charakterów aktywności. Przydatne oczywiście chłopcom. Tymczasem, jak tylko grupa wysiada z autokaru zarysowują się pierwsze symptomy tego, o co tam tak naprawdę chodzi, że nie o zabawę, wzmocnienie, integrację. Pod tymi hasłami ukrywa się utrwalanie stosunków władzy jednych nad drugimi poprzez manipulację, hipokryzję, intrygi i przemoc. Dzieciom łamane są moralne kręgosłupy metodycznie i precyzyjnie. Dzieci zaś szukają potwierdzenia własnej władzy nad słabszymi od siebie – począwszy od nękanych kolegów, poprzez przyrodę i rdzenną ludność Meksyku traktowaną jako służebną podklasę.

    Film o obozie przetrwania dla bogatych chłopców skojarzył mi się z „Władcą much”. Golding napisał tę dystopijną powieść w czasach zimnej wojny, czyli eskalacji nastrojów zagrożenia i lęku. Tam także chłopcy z dobrych domów po katastrofie morskiej, lądując na wyspie, pozostawieni sami organizują się w taki sposób, że odtwarzają znane im hierarchie władzy i stopniowo zatracają ludzkie odruchy.

    W filmie ślad nietzscheańskiej Woli Mocy, która nie toleruje słabszych jest też bardzo widoczny. W każdej niemal scenie widać prezentację siły, niewolenia jednostek słabszych przez silniejsze, pokazane są prezentacje władzy, kontroli, podległości. Prezentacje te uosabiają zarówno chłopcy szykanując się nawzajem w swojej grupie, jak i ich nauczyciele i opiekunowie szykanujący uczniów.
    Film na pewno zadowoli przeciwników systemu zwłaszcza kościelnego. Pokazuje bowiem tę organizację jako bandę zbrodniczych jednostek, demonicznych i do szpiku zepsutych, gotowych zrobić wszystko, aby utrzymać zarządzone status quo. Reżyser nie bawi się w niuansowanie tych postaci. Każdy charakter jest tu stypizowany i ma czytelnie przypisane zestawy cech tak, aby można je było szybko zidentyfikować. I tak – duchowny – otyły, działacz katolicki – elegancki, przyjaźnie miła aparycja, sweterek Polo Ralph Lauren zarzucony z niedbałą elegancją na plecy, fałszywie życzliwy, wysoki hierarcha kościelny – stetryczały, zasuszony i demoniczny, jeśli symbol dziecięcego dobra  to kontuzjowany chłopiec o wyglądzie blond cherubina, jeśli pedofil – to odstręczającym wyglądzie. Mnie osobiście nieco przeszkadzała taka dosłowność, ale na potrzeby pełnej symboliki przypowieści – być może ma to uzasadnienie.
    No i jest jeszcze rola Jacka Poniedziałka, który tworzy tam postać rozmodlonego nauczyciela ganiającego w podchody z chłopcami po lesie z okrzykiem „Boże chroń silnych”. Bohater grany prze niego jest wyjątkowo przykładnym narzędziem systemu eliminującego wątpliwości, słabości czy refleksje u swoich podopiecznych. Wg mnie pikanterii tej roli dodaje fakt, że aktor znany jest ze swoich antyklerykalnych poglądów i widać było, że w rolę nowego nauczyciela zastępów współczesnych Ku Klux Klanów wcielił się z oddaniem. Patrząc na jego ciemniejące demonicznie oczy w tym filmie, nie mamy wątpliwości, że mamy do czynienia ze sprytnie zakamuflowanym wcieleniem zła.

    Film przed ryzykiem dosłowności w pokazywaniu horroru dominacji jednych nad drugimi uchroniły niedopowiedzenia w kluczowych momentach. Wiele okrucieństw pozostaje tu w domyśle. Aczkolwiek niesprawiedliwość, z jaką traktowana jest rdzenna ludność, protekcjonalność, paternalizm, spychanie ich do roli poddanych, służących, marginalizowanie na ich własnej ziemi – widać w filmie boleśnie mocno. Przyroda dewastowana, grodzona i zaśmiecana przez białych kolonizatorów pozostaje natomiast wyniośle obojętna na te działania. Widać to w nieprzeniknionych oczach królików, świadków w domyśle pedofilskiego działania jednego z nadzorców wobec jednego z chłopców – ucieleśnienia niewinności wzmacnianej metodycznym odurzaniem zresztą. Te króliki przeznaczone zapewne zaraz na pieczeń, to w moim odczuciu karzące duchy natury, tego co niszczone, nie szanowane i deptane, obdzierane ze skóry, podrzędne i poddane. Patrzą w sposób nieodgadniony w tej obojętności na ludzkie zbrodnie, jakby wiedziały, że matka natura przyjdzie po tych, którzy ją zlekceważyli. To ja zobaczyłam w ich oczach. I choć film nie daje nadziei, że zbiegniemy przed systemami, które nas zniewalają, że nie będziemy w stanie wyrzec nawet słowa sprzeciwu, to te oczy królików patrzące zimno w dal dały mi poczucie, że to one są mogą być ponad to wszystko co my tu sobie szykujemy przekonani o własnym sprycie i sprawczości. Dały mi poczucie, że mimo naszego przekonania, że nikt nie widzi, co kombinujemy, to jest to nieprawda, bo przyjdzie nam zapłacić rachunek. Czekam aż zostanie nam wystawiony.

    Gwoli podsumowania, prostego stwierdzenia  – warto czy nie warto obejrzeć ten film, powiem tylko, że świadomość to trudna do przełknięcia pigułka. Ale ja bym się na waszym miejscu nie wahała zażyć.

  • it’s my Pleasure?

    Obejrzałam niedawno film szwedzkiej reżyserki Ninji Thyberg „Pleasure”. Temat jest ciekawy. Młoda, 19-letnia ładna dziewczyna przybywa ze Szwecji do Kalifornii, aby zrealizować cel. Nie jest to bynajmniej poznawanie życia, wycieczka krajoznawcza (jest scena w filmie, w której bohaterka na pokazywany jej legendarny napis Hollywood reaguje potężnym znużeniem), studia na prestiżowym college’u. Celem Belli (takie imię sobie przybrała: Bella Cherry) jest zostanie gwiazdą porno.
    Bohaterka dostaje się więc do jednej z agencji w branży, zamieszkuje z innymi kandydatkami chcącymi uzyskać status materialny poprzez uprawianie zawodu pornstar, chodzi na castingi i wypatruje możliwości przebicia się wyżej.
    Tym, co uderzyło mnie podczas oglądania tego filmu, to fakt, że aspirowanie do takiego zawodu jak aktorka filmów pornograficznych to nie był efekt żadnej traumy wynikającej np ze złych warunków życia generujących niejako tego typu wybory. Wybór tego celu zawodowego nie podlega też w filmie żadnym osądom, moralizowaniu, dydaktyzowaniu. Bohaterka jest nieprzenikniona, w zasadzie nie dowiadujemy się, dlaczego zdecydowała się wyjechać z bogatego kraju i podjąć się zadania grania w filmach porno. Indagowana przez kolegę z branży o powody, odpowiada wymijająco. Nie wiemy więc czy to rodzinne traumy, czy brak pieniędzy wygnały ją na inny kontynent w poszukiwaniu jakiejś żyły złota dla siebie. Ale interesujący jest właśnie ten fakt, że praca w pornobiznesie nie jest już zagadnieniem podlegającym pod kategorie moralne. Dlatego uważam film „Pleasure” za znak czasu, znak w wymiarze pozytywnym. Tego typu podejście zdejmuje opresyjne odium z podejścia do tego, co decydujemy się robić z własnym ciałem. Nie ma tu nakładania na ciało systemowych, kulturowych etykiet sakralizujących je a jednocześnie niewolących w ramach religijnych czy politycznych represji traktujących je jak systemowe własności. Dziewczyna właśnie tak chciała pracować, traktując swoje ciało jako narzędzie i ten fakt nie jest tu rozważany jako pole do dyskusji.

    I wydawałoby się, że wszystko fajnie. Wykonujemy krok ku progresywnemu traktowaniu ciał, wychodzimy z mroku średniowiecznego zniewolenia. Koniec też z romantyzowaniem pracy seksualnej czy to w wymiarze sex workingu czy bycia aktorem/ką porno.

    Jednak film sięga dalej. Pozostaje swoistym signum temporis, odtabuizowaniem sfer wciąż jeszcze przecież potępianych, uważanych za wstydliwe. Ale wyciąga na jaw sprawy, które w kontekście podejścia do cielesności, zwłaszcza kobiet w tym biznesie, pozostały niezmienne i przemocowe.

    Zgodnie z duchem czasu, jako się rzekło, realizatorzy pornograficznych filmów zdają się dbać o dobrostan aktorek. Podsuwają im do podpisania klauzule, zgody, wszystko w czym będą brały udział jest objaśniane i uzgadniane wcześniej, na planie aktorka ciągle pytana jest czy czuje się w danej scenie, pozycji ok, proszona jest o znak, kiedy będzie chciała przerwać, ale mimo pozorów dbałości o komfort fizyczny i psychiczny aktorki granica między przyzwoleniem a przymusem jest bardzo cienka. De facto aktorka boi się odmawiać grania w wielu scenach przekraczających jej możliwości psychiczne czy fizyczne, bo wszędzie słyszy że te, które wchodzą do porno mainstreamu „godzą się na wszystko”.

    Oglądanie „Pleasure” łączy się z odczuciem nieprzyjemności i dyskomfortu. Jesteśmy świadkami, kiedy bohaterka, niby za własną zgodą, przekracza granice swojej wytrzymałości. Widzimy na jej twarzy grę emocji – od poczucia, że „to tylko gra”, po rozpacz z powodu totalnego naruszenia jej cielesnej godności. Bella nie potrafi wyczuć co jest grą  i udawaniem skoro reakcje jej ciała generują w niej nic innego prócz poczucia bycia zdeptaną, dosłownie i w przenośni. Nie wiadomo, czy w ogóle jest możliwe oddzielenie się od swojego ciała na tyle, aby zamknąć się na emocje, reakcje płynące z tego jak ciało jest traktowane. Film sugeruje, że jest to możliwe. Rywalka Belli, piękna aktorka która wdrapała się na szczyt zdaje się potwierdzać taką opinię. Jej piękna twarz pozbawiona jest wyrazu, emocji tak jakby jedynie to sprawiało, że można w takim biznesie i przetrwać i się wybić.

    Film jest wg mnie demaskacją środowiska porno i tej branży, w której cały czas panują patriarchalne zasady posłuszeństwa kobiet wobec przemocowych mężczyzn, którzy rankingują adeptki tej pracy według skali ich posłuszeństwa oraz zgody na zrobienie „wszystkiego”.

    W rezultacie jest krytyką nie swobodnego podejścia do ciała, ale porno branży, która oparta na przemocy i niesprawiedliwości cały czas miliardom ludzi dyktuje wzorce seksualnych zachowań, które są totalnie zafałszowane. Ujmując rzecz w skrócie: ludzki pochód do przyjemności z seksu, upodobań do fetyszy, bdsm itp nie wynika z zachowań, jakie przedstawiają filmy pornograficzne. Jest to systemowa utopia uprawomocniająca systemową przemoc, najczęściej wobec kobiet. Osiąganie przyjemności w różnorakich konfiguracjach po prostu tak nie wygląda, jednak rzesze ludzi myślą, że to wygląda właśnie tak.

    Na drugim biegunie niejako tego pornograficznego procederu stoją filmy post pornograficzne. Tak się składa, że w tym czasie (7-12 czerwiec) odbywa się w Warszawie pierwszy festiwal tego typu filmów. Przeciętny widz, nie będący w temacie czyta tylko słowo „porn” i nie zakłada, nie wie jaka może być różnica  między pornografią a postpornografią. Warszawski festiwal przebiega pod hasłem „Body. Art.Society”, co już samo narzuca pewne skojarzenia – ciało w kontekście sztuki i społeczeństwa. Termin „post porn” powstał w latach 90-tych ubiegłego wieku i jest rozumiany jako opozycja wobec mainstreamowej pornografii. Filmy tworzone przez artystów badają związki między kulturą, opresją w kontekście biopolityki, przyjemności i tożsamości. Postpornografia jako dziedzina sztuki wizualnej jest w kontrze do tego, do czego my, wychowani na dziełach Teresy Orlovsky i pornhubie przywykliśmy. Przedstawiane na festiwalu strategie artystyczne mają na celu pokazać, że ciało to każdego niezbywalne żródło przyjemności i radości, nie zaś źródło wiecznego niezadowolenia, poczucia winy z powodu jego działania, ograniczeń czy pragnień.

    Filmy z festiwalu mają na celu uwolnienie się z kręgu myślenia o seksie tylko w kategoriach konsekrowanej intymności małżeńskiej, binarności czy skrajnie – w kategoriach konfiguracji z pornhuba. Są protestem przeciwko kryminalizacji,zachowań seksualnych, odgórnego ich normalizowania i podporządkowywania politycznym dyskursom. To też protest przeciwko cenzurowaniu, selektywnemu traktowaniu ciał w mediach społecznościowych i wszelkich mainstreamowych mediach. Celem jest „radykalna czułość” jak czytamy w manifeście festiwalu na stronie.

    Nie wiem, czy kiedykolwiek uda nam się szeroko, kulturowo odczarować podejście do ciał i ich seksualności. Pozyskać poczucie, że każde konsensualne działanie w tej dziedzinie jest ok, jest dobre, jeśli służy nam i czujemy się z tym po prostu dobrze a nawet bardzo przyjemnie. Nie wiem, czy uda się wyszarpać tę dziedzinę obrazowania ludzkiej seksualności z ram patriarchalnej opresji, hipokryzji i przemocowości. Nie wiem czy zawód aktorki filmów o ludzkim seksie będzie kiedykolwiek zawodem jak każdy inny, wymagającym po prostu pewnych predyspozycji nie podlegającym społecznej anatemie czy narażającym na przemoc w branży. Nie wiem czy nastąpi  taka chwila, kiedy każdy będzie mógł poczuć, że jego ciało należy do niego a nie do systemu, religii i ocen innych i będzie mógł cieszyć się nim do woli. Ale jeśli istnieją ku temu choć przebłyski takich możliwości – wykorzystujmy to. Oglądajmy post pornograficzne propozycje, eksplorujmy nurt zmian w podejściu do naszych tożsamości i ich ekspresji. Cieszmy się tym.

  • „Mieszkanie na Uranie” – alternatywa czy konieczność?

    Piszę ten tekst, kiedy czas stał się chybotliwy, kiedy Ukraina broni się 18 dzień przed putinowską agresją, po tym jak w 10 dniu wojny obejrzałam w Teatrze Nowym spektakl Michała Borczucha „Mieszkanie na Uranie”. Fakty te nie są bez znaczenia, bo ataki rakietowe na obiekty 25 km od polskiej granicy kładą się cieniem na wszystkich dotychczasowych tematach, które wydawały nam się, wydają zajmujące. Czy zatem postpornfarmakologiczne idee tyczące niebinarności, płynności płci, krytyki biopolityki reprezentowane w twórczości, esejach hiszpańskiego filozofa Paula B. Preciado zebrane w publikacji „Mieszkanie na Uranie” (po polsku ukażą się jesienią) będącej kanwą spektaklu – są istotne w obliczu realnego zagrożenia unicestwieniem?

    Bardzo mi przykro, że recenzowanie wydarzenia musi zaczynać się od takiego pytania, ale nie da się obejść takich kontekstów, a co gorsza – nie ma nawet dobrej odpowiedzi na to pytanie. Wyznaczanie sensów zawsze jest zajęciem karkołomnym. Ale jeśli ktoś miałby wątpliwości po co iść do Teatru Nowego na spektakl o problemach bliskich queerowym środowiskom skoro naszemu światu pali się pod dupą, to mogę podpowiedzieć, aby te wątpliwości porzucił.

    W obecnej „wrogiej kartografii”, jak określa okoliczności Natalia Sielewicz w przedmowie programu spektaklu, planeta Uran stanowi zachęcającą wizję utopijnego miejsca, w którym tworzy się mapa nowego człowieczeństwa. 

    Kwestie przedstawione w esejach Preciado, przełożone przez Borczucha na język sceny, trafiają nie tylko do środowisk związanych lub którym po sąsiedzku ze środowiskiem queer. Przenoszą się one szerzej na pojmowanie życia w opresji kanonu wykraczającego poza perspektywę płci.

    Tocząca się obecnie wojna jest przecież efektem ewidentnego przemocowego zrywu tradycyjnie pojmowanej męskości reprezentowanej przez cyborgiczną „męskość” architekta zbrodni wojennych w Ukrainie wobec reszty świata, który ma się tej wizji podporządkować. Czy przypadkiem (?) nie jest tak, że opór wobec tej reprezentacji męskości uosabia człowiek nie widzący problemu w identyfikowaniu jego osoby z show, w którym występuje na obcasach w pozach uznawanych za kuszące, w pozach, z którymi kojarzy nam się najwyżej diwa w stylu Beyonce a nie prezydent europejskiego kraju. Tak więc ikoną oporu wobec szarży agresywnej uzurpacji, autorytarności, zakłamania staje się człowiek – cis mężczyzna występujący na obcasach. Mnie nie wydaje się to przypadkiem. Ścieranie się gospodarczych, ekonomicznych i militarnych potęg, akcji, których staliśmy się zakładnikami to też cywilizacyjne starcie koncepcji definiowania męskości, reprezentacji płci i ról.

    Koncepcja mieszkania na Uranie nie wydaje się więc być taka nieatrakcyjna. Sam Uran jest co prawda wyabstrahowaną z zasięgu i najzimniejszą planetą Układu Słonecznego, ale już jego kulturowe konotacje nawiązujące do Uranosa są obietnicą teleportacji odbiorcy w miejsce mapujące nowe człowieczeństwo. Uranos  wziął się z Chaosu i Gai – Matki Ziemi, która zresztą była też potem jego żoną. Uranos dał początek wielu boskim celebrytom w tym Chronosowi i Zeusowi, także tytanom, furiom i cyklopom. Na skutek szeregu zdarzeń przestał tworzyć z Gaią jedność stąd – można by rzec – pewien wyłom między niebem – uosabianym przez Uranosa – a ziemią Gaią. Natalia Sielewicz w tekście o esejach Preciado pisze, że Uran może być postrzegany jako horyzont rewolucji, która dzieje się na naszych oczach. Uranizm to też pojęcie stworzone przez Karla Heinza Ulricha oznaczające określenie popędów trzeciej płci i przezwyciężenie binaryzmów płciowych. Dlaczego to jest ważne i warto, aby nie ograniczało się do dyskursu w queerowych enklawach – wydaje mi się wyłożyłam powyżej. Warto też dla lepszego rozeznania przywołać postawę filozofa Paula B. Preciado, którego manifest „Testoćpun” jest brawurowym, mocnym sprzeciwem wobec biopolityki, kontroli seksualności, płciowości, poddaniu tych ludzkich emanacji narzędziom władzy. Dla Preciado jest oczywiste, że binarny podział na kobiety i mężczyzn, kobiece -męskie jest fałszywym motywem pozwalającym białym heteroseksualnym decydentom trzymać władzę i sztywno wyznaczać wzorce ludzkich zachowań, jakie podtrzymywaniu tego porządku służą. Według Preciado nowe technologie, synteza hormonów płciowych przekształciły raz na zawsze rozumienie i praktykowanie cielesności i reprezentacje płci, dostarczając też narzędzi do tranzycji płci – obalają stary porządek bezpowrotnie i są awangardą płciowej rewolucji.

    Pozostawię dywagacje na temat pewnej niepewności idei, że płynność płciowa pojawiła się dopiero wraz farmakotechnologią. Sama mogę tylko rzec, że od dawna czułam, że proponowane przez system zarządzany przez konserwatywne państwa i kler sposoby reprezentacji płci wydawały mi się grubym niedomówieniem i celowym fałszowaniem wizji ludzkiej płciowości w imię interesów konkretnych grup społecznych, którym tego typu rewizje były i są nie na rękę.

    Dla mnie w esejach Preciado, tak samo w spektaklu Borczucha, istotna była kondycja człowieka jako istoty płynnej, z możliwością samokształtowania się, wychodzenia poza narzucony porządek i układania relacji swojego ciała wobec przestrzeni i innych ciał ludzkich, zwierzęcych od nowa.

    Jak rozegrał to na scenie Michał Borczuch?

    Podzielił spektakl na 2 części. W pierwszej stykamy się z lifestylową sytuacją wynajmowania mieszkania przez grupę trzech młodych osób (Bartosz Bielenia, Jaśmina Polak, Jan Sobolewski). Ich tożsamości płciowe są trudno definiowalne – niby męskie zachowania w kobiecych atrybucjach lub dziewczyńskie w męskich. Trudno wyczuć kto jest kim, a na pewno płynności te wprowadzają w konfuzję mieszczańską landlordkę. Ciekawe, czy to przypadek, że tę postać – kwintesencję nieco zdziecinniałej mieszczańskości gra Monika Niemczyk, przed laty wcielająca się w serialu A. Wajdy „Z biegiem lat, z biegiem dni” w Misię Chomińską – córkę konserwatywnej krakowskiej mieszczki i urzędnika bankowego, która zakochuje się w rewolucjoniście. Dawna Misia Chomińska stoi teraz na scenie i oczywiście jest tą mieszczanką, trzyma fason wobec młodzieży, której nie rozumie, strojna w dziewczęce sukienki i białe rękawiczki, robi zatroskane dziubki i drobi kroczki. A nowi lokatorzy są niczym trzej królowie, wysłannicy nowych relacji, nowych płciowych konstelacji. W tę część płynnie wpleciony został videoreportaż Anu Czerwińskiego, który dokumentował proces swojej tranzycji płci, problem z coming outem przed matką ( w tej roli także Monika Niemczyk) oraz trudności, jakich nastręczało porozumienie z rodziną odnośnie przygotowania jej do procesu w kwestii usankcjonowania prawnego zmiany płci. W polskim prawie obowiązuje tu bowiem konieczność złożenia pozwu przeciw rodzinie. Przyglądamy się więc, jak realnie radzi sobie z tematem polski patriarchat w osobie ojca rodziny (świetny Jacek Poniedziałek),  bracia Anu (różne stopnie rozumienia) i matka (nic nie rozumiejąca, ale gotowa dać wsparcie).

    Prócz kwestii płci pojawia się temat relacji ludzi ze światem zwierząt i przedmiotów. Wyraża się w haśle – porzuć męża – poślub konia, w totalnej dereifikacji zwierząt i uczynienia z nich person, zatarciem granicy między tym co „wartościowsze” ludzkie  a tym co rzekomo mniej znaczące – zwierzęce.

    Podobała mi się scena referowania relacji człowieka z przedmiotami, której bohaterem był Bartosz Gelner. Ta koncepcja w świecie, w którym wszystkiego mamy za dużo – także mocno uderza. Preciado zauważa jak zezwoliliśmy przedmiotom na panowanie nad sobą, na ich toksyczną władzę nad nami. Toksyczną, bo narzucającą i zniewalającą. Narzucające hierarchiczność stoły, centralizm kanap i foteli, wszystkie te układy wtłaczają ludzkie ciała w bierny układ ze zantropomorfizowanymi rzeczami, meblami, sprzętami.

    Druga część to motyw podróży do Madrytu, a celem jest poszukiwanie dawnej niani. Konwencja tej części jest mniej oniryczna, podpada pod konwencję znaną z filmów Almodavara. Marta Ojrzyńska w kolorowych spodniach, z wyglądem przypominającym Penelopę Cruz jedzie z przyjacielem (Jacek Poniedziałek) w podróż do Madrytu, aby zrobić feministyczny materiał o pracy kobiet – nianiek. Dużo tu celnych społecznych obserwacji jak choćby ta, że kobieta użyczająca swojego ciała do odkarmienia cudzych dzieci jest społecznie konsekrowana, a kobieta użyczającego ciała dla seksualnych przyjemności za pieniądze jest kryminalizowania. Okazało się bowiem, że dawna niania zamieniła tę pracę na sex working. Dyskurs na temat społecznych ról kobiet, ich percepcji w narodowych narracjach zachodnich kultur jest tu ukazany w sposób niemal komediowy, co podbija siłę rażenia. Bo to naprawdę oczyszczające móc oswoić sprzeciw uwalniającym chichotem.

    Nie sposób zresztą nie wspomnieć, że cały spektakl pozbawiony jest nieznośnego patosu i koturnowości. W każdej niemal scenie widać odcinanie się od dosłowności, od traktowania pokazu jako trybuny do mówienia widzom jak mają żyć. Sceny pozostawiają widzom duży margines interpretacji, co nie oznacza, że nie zostaje zasiane ziarno rewolucji. Rewolucji, która nadchodzi i wieszczy, że patriarchat i binarność jebną, że to tylko kwestia chwili.

  • Żyjesz czy symulujesz? – „O zdjęciach i mediach społecznościowych” Nathana Jurgensona

    Takie pytanie zadałam w ankiecie na stories na instagramie do zdjęcia z serialu „Emily w Paryżu” z akcją, jak bohaterka siedzi przy stoliku kawiarni w Saint Tropez i napierdala kontent na instagrama.

    Do tej ankiety jeszcze wrócę, bo chcę zacząć od pewnej oczywistości, ale umówmy się – to, co jest oczywiste dla jednych, wcale nie musi być oczywiste dla innych, stąd pozwolę sobie na to niezbyt odkrywcze stwierdzenie. Takie mianowicie, że jesteśmy w samym środku oka cyklonu, jakim jest narracja social mediowa. Jesteśmy świadkami agresywnego rozwoju nowych mediów, które z miesiąca na miesiąc coraz bardziej kolonizują każdy skrawek naszych żyć. Co chwila pojawia się jakieś nowe narzędzie komunikacji, nowy trend, który modny dziś, nazajutrz okazuje się oldschoolem. Nie wiem, czy rzeczywistość kiedykolwiek zmieniała się tak dynamicznie, kiedy tak trudno było ją uchwycić, pojąć i zrozumieć.
    Moje własne życie dzielę na parę istotnych etapów i zauważyłam, że prócz osobistych cezur dla wydarzeń z mojego private life, cezury etapów narzucają mi też technologie. Patrzę, jaki mają one wpływ na moje postrzeganie świata. W albumach fotograficznych z wywołanymi zdjęciami analogowymi czy cyfrowymi odnajduję jakieś moje „przedżycie”, widzę „przed-mnie” upozowaną na plażach, przy choinkach, w jakichś uroczystych momentach „do zapamiętania”, aż po rok 2012, kiedy z momentem upowszechnienia się smartfonów, gdy wszystko dostało turbo speeda – odnaleźć się jako człowiek obfotografowany, umasowiony i zapośredniczony w cyberprzestrzeń na setki możliwych sposobów, usadzony już nie w 5 albumach, tylko w chmurze o terrabitowej pojemności, ze strumieniem zdjęć, których przepływ opowiada moje życie.

    Obserwuję, jak odczuwam i percypuję moje życie w zależności od tego, jakiej technologii  (cyfrowej, analogowej, social mediowej) używam do jego relacjonowania. Przez rozwój technologii i nowych mediów świat zyskał ogromny potencjał dokumentacyjny. Ale to, co się dzieje obecnie wychodzi poza zakres dokumentowania rzeczywistości, poza jakieś muzealnictwo (składnie do albumów, archiwizowanie). Teraz fotografia jest nieustannym wyrazem prób poszukiwania własnej tożsamości, performancem na własny temat poddanemu zewnętrznej ocenie.

    ankieta

    Ale powody ku temu, aby w tym uczestniczyć mamy różne. Z mojej ankiety przeprowadzonej na stories klika dni temu wynika, że większość świadomie używa mediów społecznościowych dla inspiracji, wielu ze względów relacyjnych, podpada pod to zarówno bierne obserwowanie innych jak i gotowość do nawiązywania ciekawych znajomości z ludźmi, z którymi łączą nas podobne zainteresowania. Ale oprócz tych wyżej wymienionych oraz osób z podejściem biznesowym do SM monetyzującymi swoje skille lub popularność, wielu z nas postrzega social media jako toksyczne.

    send me an image

    Takie miałam poczucie, toksyczności tych fotograficznych aktów w mediach społecznościowych kiedy deptałam setki zdjęć zebranych na wystawie duńskiego artysty Erika Kesselsa w C/O Berlin pt. „Send me an image”. Deptaliśmy hałdy zdjęć kotków, piesków, dzieci, ślubów, narodzin, selfie i instanóżek, setki aktów, które były bliskie jakimś ludziom a śmietniskiem dla innych. I myślałam sobie, po co to wszystko, ta cala nadprodukcja nas? Żeby wylądować na cyberśmietnisku. Fotki jako hałdy śmieci, śmieciowych informacji, których termin przydatności mierzy się już w ułamkach sekund. Jakbyśmy szli na zatracenie w tej produkcji obrazów.

    Ale potem, kiedy zaczęłam o tym myśleć, bardziej niż na nadprodukcji i nadpodaży fotografii społecznościowej skupiłam się na tym, że ten rodzaj fotografii, to nie jest coś w dawnym choćby barthesowskim rozumieniu „dynamiki twórczej podmiotowości”. Dziś bowiem fotografia społecznościowa to nie tyle kreacja czy dokumentacja, ile sposób komunikowania siebie, wyraz tego, jak potrafimy patrzeć na świat, jak go odbieramy i interpretujemy za pomocą właśnie strumienia obrazów, nie słów. Więc nie tyle jest istotna tzw dobra fota, ładne zdjęcie jakich podobne zalegają w cyberchmurach- ile to – dlaczego akurat wybraliśmy taki obiekt, takie ujęcie, dlaczego właśnie to, a nie coś innego. Te wybory to komunikacja tego, jak patrzymy na świat, nie świadectwo naszych umiejętności fotograficznych, bo łatwość, z jaką dziś robi się zdjęcie, wyeliminowała to kryterium. Zdjęcia społecznościowe to po prostu historie. O nas samych. Co można sprowadzić do prostego stwierdzenia – pokaż mi swój instagram a powiem ci kim jesteś:)

    fetyszyzacja cyfrowego odłączenia

    Mimo powszechności tego doświadczenia, jakim jest robienie fotek na social media – bardzo popularna jest fetyszyzacja odłączenia cyfrowego – jak zauważa Nathan Jurgenson. W swojej  krótkiej, acz gęstej i bardzo analitycznej książce „Fotka. O zdjęciach i mediach społecznościowych” autor demaskuje ten społeczny zwyczaj dyscyplinowania ludzi, którzy robią zdjęcia na SM czy dużo z tych mediów korzystają. Znacie to – „odłóż ten telefon. żyj prawdziwym życiem”. Ale jak słusznie zauważa Jurgenson – kto decyduje jakie życie jest prawdziwe a jakie nie? Jakie gremium? Jeśli ktoś orzeka, że korzystanie z SM jest niezdrowe, to kto decyduje o tym co jest zdrowe? Jurgenson wskazuje na iluzoryczność zjawiska „bycia bliżej rzeczywistości”, kiedy jest się wylogowanym. Autor opisuje zjawisko, które wypieramy, a mianowicie, że chcąc nie chcąc jesteśmy w świecie cyfrowej rzeczywistości. Nawet nic nie robiąc, nie wrzucając zdjęć, nie postując – zajmujemy  wobec tej rzeczywistości jakieś stanowisko. Jesteśmy w strumieniu cyfrowym bez względu na to, jak z niego korzystamy.

    Jurgenson przytacza pewien eksperyment, jakiego podjął się przeciwnik mediów społecznościowych, stojący na stanowisku, że SM to nieprawdziwi my. Przez rok żył wylogowany. Ze wszystkiego. Po roku stwierdził, że cyfrowa abstynencja nie uczyniła go prawdziwszym niż był zazwyczaj.

    Jesteśmy konstruktem. Tożsamością wyrażaną na setki sposobów, nie sprowadzoną do prostego dualizmu bycia i nie bycia online, fotografowania i nie zapośredniczania rzeczywistości poprzez obrazy. Nie jesteśmy bardziej aktorami na scenie życia teraz niż byliśmy nimi kiedyś. Nie jesteśmy bardziej sobą kiedy jesteśmy wylogowani. Nawet jak nikt nie patrzy manipulujemy myślami o sobie, przygotowujemy się do wystąpień, pertraktujemy nieustannie z własnym wizerunkiem i tożsamością. Nasz umysł nie pozostaje w mitycznym uśpieniu ani na chwilę.

    Podoba mi się, że autor dokłada starań, aby odmitologizować to przekonanie o „prawdziwym życiu” istniejącym tylko poza światem cyfrowym. Już Bataille mówił, że „życie chwilą” to realizacja idei doskonałej bierności. Bierności, która jednakowoż jest przecież fikcją, jako że nasz umysł pracuje nieustannie i czy zapośrednicza chwile za pomocą zdjęć czy też manipuluje myślami odnośnie zjawisk tylko w obrębie naszego własnego umysłu – zaświadcza właśnie, że życie chwilą ma różne wymiary i żaden z nich nie jest lepszy czy gorszy. Wartościowanie jaki sposób bycia w świecie jest lepszy – jest opresją i manipulacją.

    Emily w Paryżu

    I w tym momencie wracam do ankiety, jaką wpuściłam na stories z kadrem z serialu „Emily w Paryżu”, kiedy bohaterka siedząc w miłych okolicznościach w Saint Tropez – zamiast wystawiać twarz do słońca i „żyć chwilą”, cokolwiek miałoby to znaczyć, wypuszcza w media informacje o miejscu, tagi, uwagi, spostrzeżenia. 65% z was odpowiedziało, że to nie prawdziwe życie a symulacja.

    Wracam więc do pytania postawionego wyżej – kto decyduje, że takie a nie inne korzystanie z chwili jest symulacją? Jakie są kryteria? Jak wykazałam wyżej na bazie wywodów Jurgensona takie kwalifikacje działań związanych ze streamowaniem informacji w nowych mediach, kwalifikacje sugerujące, że to żałosna imitacja życia a nie życie – to iluzje. Nasze iluzje na temat „prawdziwości” życia. Nie ma jednej prawdy przecież o niczym. Konstruowanie siebie poprzez performowanie zastanego świata to taki sam akt bycia prawdziwym jak i nie robienie tego.

    koniec prywatności?

    Kolejnym konstruktem odnośnie SM, który budzi kontrowersje jest „prywatność”. Wielką i słuszną batalię o „prawo do zapomnienia” toczy w swoim monumentalnym opracowaniu Shoshana Zuboff „Wiek kapitalizmu inwigilacji”. Wykazuje ona jak wielkie korporacje Google i imperium Zuckerberga czy Appla indeksując nasze zachowania w sieci, wyszukiwania, wrzucane obrazy, lokalizacje – zagarnęły bezprawnie to bezmiernie wielkie pole behawioralnych aktywności użytkowników, aby ich kontrolować i podsuwać im reklamy produktów, które powinni kupić i mieć. Wiemy, że nadwyżka behawioralna wykorzystywana jest nie tylko w marketingu korporacyjnego kapitalizmu, ale też dla manipulowania politycznymi celami, wyborami i rzeczywistością społeczną. Boimy się tego i chcemy mieć poczucie kontroli nad tym.

    Niestety istnieją słuszne obawy, że nie ma od tego ucieczki. Każdy podłączony do własnego smartfona systemu Android czy iOS nie zbiegnie już z tego systemu nigdy. Mark Zuckerberg marzy, że stworzy taki matematyczny algorytm, który precyzyjnie skonfiguruje ludzkie zachowania. Jurgenson zaś zadaje pytania, czy faktycznie Big Data i fakt, że wrzucane przez nas obrazy indeksują co lubimy – powie o nas wszystko i faktycznie będzie o nas wiedzieć wszystko tak, że potem jakieś matematyczne równanie określi za nas kim naprawdę jesteśmy? Otóż nie właśnie. Nasza prywatność, jak zauważa autor „Fotki”, rozgrywa się w ogromnej przestrzeni tego co dzieje się pomiędzy zrobieniem zdjęcia, wrzuceniem do do sieci, pomiędzy konstruktem i performancem dzieją się rzeczy, których nie widać. I to jest prywatność, do której dostępu nie mają followersi ani korporacyjne algorytmy. Te ostatnie bowiem nie umieją brać pod uwagę prostej sprawy, że ludzie są zmienni, niekonsekwentni, niejednoznaczni, niedookreśleni. Jesteśmy zbudowani z poglądów, które zmieniamy, emocji, których nie rozumiemy, klasowości, etniczności, seksualności i choćby Zuckerberg bardzo chciał ludzkość utowarowić – nie jesteśmy przekładalni na liczby.

    social media jako nośnik idiocenia

    Tym co odstręcza jednak od SM najbardziej jest chyba nawet nie ich agresywna ekspansja robiąca z nas towar. Według mnie największym zagrożeniem obecnie jest to, jak SM kształtują narrację o świecie. Narracja ta pikuje w kierunku coraz szybszego idiocenia społeczeństwa poprzez promowanie kultury celebryctwa (klasowości imho) i narcyzmu. Widać to dobrze na przykładzie filmu „Don’t look up”, kiedy ludzie zamiast przejąć się tym, że za parę miesięcy uderzy kometa rozwalająca planetę, robią z wynalazców przyczyny katastrofy memy i masowo współczują jakiejś celebrytce rozstania z partnerem. To pokazuje, że nie ma czegoś takiego jak „prawda”. Każdy pogląd jest przerobiony przez SM na papkę o konsystencji strawnej w zależności od bańki informacyjnej w jakiej wyląduje. Nie ma czegoś takiego, że „wiesz”, że dobrze napisałeś książkę albo zrobiłeś dobry film, czy dobrze zagrałeś w piłkę. Lewandowski mający faktyczne zasługi w kopaniu tejże piłki w tym roku nie dostał złotego pucharu dla najlepszego gracza. Dostał go Messi bez zasług za to z prawie 300 mln followersów na koncie, co czyni go atrakcyjniejszym produktem dla biznesu niż Lewandowskiego z 27 milionami.

    co robić?

    Chciałam na koniec wystąpić z jakąś światłą poradą – jak więc działać w obecnym świecie, jak pływać w tym morzu bez tlenu, podłączać się czy odłączać. I nie wiem niestety jaka jest rada i czy w ogóle taka istnieje. Jedyne co wydaje mi się sensowne to nieustanne weryfikowanie swoich poglądów i emocji. Na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że to, co 15 lat temu wydawało mi się oczywiste i cool  – dziś widzę jako totalny cringe i obciach, zastanawiam się kim byłam, że tak wtedy myślałam o świecie i ludziach. To, czego sama sobie gratuluję, to tego, że byłam w stanie różne postawy weryfikować i że mi się to udaje. I to jest chyba jedyna droga. Dlatego esej Jurgensona polecam, bo on właśnie tak robi – weryfikuje popularne opinie na temat zdjęć, social mediów, dzięki czemu następuje ten epifaniczny moment, kiedy przysiadamy i mówimy sobie „aha, a więc to może być i tak”. Ja postrzegam ten moment jako rodzaj punktu zwrotnego, który może przynosić nam nieoczekiwane korzyści.

     

     

  • Co jest anomalią a co normą – czyli o „Anomalii” Herve Le Telliera

    Kiedy czytałam „Anomalię” Herve Le Telliera, czułam ekscytację niczym mieszczanin z molierowskiej komedii, który jarał się, że mówi prozą. Od dawna bowiem prozy właśnie nie czytam. Same reportaże, publicystyki. Odnajdywanie się w gąszczu fikcyjnych imion i fikcyjnych spraw mega mnie nuży, a nawet irytuje. Nie są w stanie mnie obejść poruszane w tych powieściach tematy. Serio – podziwiam czytelników zdolnych przejść jakąkolwiek powieść Johnatana Franzena albo Elizabeth Strout, pełnych ludzi i ich działań, które tak meandrują i tak nie wciągają, że aż nawet przykrawo mi się robi z tego powodu, no bo może to ja czegoś nie rozumiem?

    W każdym razie. Przeczytałam „Anomalię” szybko, bez znużenia i bez ciar żenady. Musiałam oczywiście przebrnąć przez te powieściowe ozdobniki w stylu „myśli kłębiły się w jego głowie”, ale może to też kwestia tłumaczenia, a Le Tellier pisze zupełnie inaczej.

    Powieść zaczyna się jak dobra obyczajówka. Poznajemy kilka postaci, różne środowiska, różne kraje, różny wiek, zajęcia, zawody. Są tam 62 letni architekt mający romans z młodszą o 30 lat montażystką filmową, która go rzuca, amerykański żołnierz z rodziną, niespełniony pisarz francuski, czarnoskóra ambitna prawniczka, pilot samolotu, nigeryjski gwiazdor raper, zabójca likwidujący ludzi na zlecenia za pieniądze. Wszyscy oni sobie żyją w swoich światach. Opowiadania o nich są zwięzłe z bardzo trafnymi obyczajowymi obserwacjami. Bez zawiłości, ale te uwagi o ich życiu są błyskotliwe i celne. Wielu z nas się z nimi utożsami.

    taka dygresja – akurat czytałam o losie jednego z bohaterów i bohaterki, kiedy miałam symultanicznie rozmowę w realu  z przyjaciółką i była ona dokładnie 1:1 na temat omawiany w tym fragmencie. Czy to są przypadki? Zresztą jak się potem okazuje, cała powieść to jest rzecz o nieroztrzygalnej kwestii – co rządzi naszym życiem? Program? Los? Fatum? Koincydencja? Symulacja? Faktycznie własne wybory? Jest właśnie o tym o byciu pionkami na planszach zawiłych matematycznych konstelacji odnoszących się do tzw żyć.

    Nomen omen powieść przypomina matematyczną układankę. Tych ludzi różnych ze Stanów i z Francji łączy jedna rzecz – wszyscy lecieli tym samym rejsem na pokładzie samolotu AirLines z Paryża do Nowego Jorku w czerwcu 2021. Zaczyna się od przedstawienia bohaterów w działaniach. Potem następuje kulminacja – turbulencje, w jakie wpada samolot zmuszają do awaryjnego lądowania i po wybuchu, jak u Hitchcocka zaczyna się dopiero trzęsienie.

    Korci mnie strasznie, żeby to opisać, ale nie będę zdradzać, żeby nie psuć zabawy tym, którzy nie czytali.

    Kiedy wyczytałam w jakiejś recenzji przelotnie, że to powieść warstwowa, szkatułkowa, bałam się, że się w tym zagmatwam, że nic nie zrozumiem z plątaniny losów, ale muszę przyznać, że nic takiego nie nastąpiło. Le Tellier – który zresztą jest lingwistą i matematykiem, rozgrywa fabułę z chirurgiczną wręcz precyzją. Od razu zapamiętałam kto jest kim i jakie tam występują zależności między bohaterami. A serio – niełatwo mnie tak zahaczyć, bo szybko się nudzę, jak wspomniałam na wstępie.

    Ta powieść to nie tylko ciekawa intryga i społeczno obyczajowe trafne obserwacje. To jest coś na kształt prozatorskiego traktatu filozoficznego o kondycji człowieka we współczesnym świecie. Jest też o spotkaniu z samym sobą. Serio. Wyobrażaliście sobie kiedyś jak by to było spotkać samego siebie? Bo ja nie. A nagle zaczęłam i nie wiedziałam w sumie czy byłoby to miłe spotkanie:) Czy ja bym siebie nie drażniła. Jest bardzo prawdopodobne, że tak. Jest to bardzo oczyszczające ćwiczenie. Nie obligatoryjne, ale samo przyszło do mnie podczas lektury.

    W trakcie czytania przypomniało mi się, apropos dziwnych lotów, wydarzenie, z roku 2014, kiedy rozpisywano się o zniknięciu samolotu malezyjskich linii lotniczych lecącego z Kuala Lumpur do Pekinu. Samolot z ponad 200 ludźmi na pokładzie w okolicy morza Północno-chińskiego zniknął z radarów. Potem był jeszcze 7 godzin w powietrzu aż w końcu runął do Oceanu Indyjskiego. Prawdopodobnie, bo nie odnaleziono ani czarnych skrzynek, ani części wraku ani zwłok ofiar. Mniej więcej po latach udało się zidentyfikować 4 osoby po czym okazało się, że są to fikcyjne nazwiska na fikcyjne paszporty. I nadal nic nie wiadomo. Nie interesuję się za bardzo katastrofami, ale pamiętam, że to info zrobiło na mnie wrażenie i podczas lektury „Anomalii” sobie o tym przypomniałam. W każdym razie – coś jest na rzeczy.I nie chodzi tu o teorie spiskowe, tylko taką świadomość, że you never know.

    Tak że nie zdradzając fabuły – serdecznie do tej lektury zachęcam, aby zrobić sobie ćwiczenie wglądu:)

  • Strachy polskie – o filmie Łukasza Rondudy „Wszystkie nasze strachy”

    Co ja bym chciała powiedzieć o filmie Łukasza Rondudy, Łukasza Gutta  „Wszystkie nasze strachy”?

    W systemie, w którym głównym wyznacznikiem postaw jest strach i manipulacja, czyli zarządzanie społecznym lękiem – pojawienie się filmu o naszych narodowych lękach musi przykuć uwagę. Chciałam się dowiedzieć, co dla twórców filmu okazało się istotne w tej kategorii, jaką mieli perspektywę i czy coś z tego dla mnie wynika.

    Strona wizualna

    Nie ma w filmie słońca na przykład. Wszystko dzieje się – owszem – na tle soczystej natury polskiej wsi, zagajników, pół, ale w pochmurnej aurze, jakby w czerwco – listopadzie, niby ładnie, a jakoś niepokojąco. Wiemy więc od razu i wiemy przez cały czas potem, że nie będziemy mieć do czynienia z pogodnym przekazem. Na początku bohaterowie – gej artysta mieszkający na wsi (w tej roli Dawid Ogrodnik) w domu z babcią i para nieletnich koleżanek będąca w związku – jadą na spotkanie religijnej grupy, w której poddają się jakimś duchowym praktykom mającym na celu zapewnie rodzaj duchowego oczyszczenia. Tylko tu widzimy prześwity światła, piękne kontrastowe kadry, ale zaraz potem światło gaśnie. Można się domyśleć, że bohater nagrywający młode, roześmiane dziewczyny, te żarty, śmiech, cozy atmosferę, robi po to, żeby je zapamiętać. Ale jako widzowie domyślamy się, że taka scena  już potem się nie zdarzy nigdy, przynajmniej nie w tej konfiguracji.

    prześladowania

    Młodociana koleżanka bohatera – wiejskiego aktywisty i artysty wzorowanego na postaci Daniela Rycharskiego – nie cieszy się długo radością spełnienia w homoseksualnym związku. Dość szybko jesteśmy świadkami jej niespodziewanej samobójczej śmierci, widoków fragmentów postaci bezwładnie zwisającej z gałęzi. Film przywołuje jedną z wielu samobójczych śmierci homoseksualnych nastoletnich osób, które odebraly sobie życie z powodu zaszczucia przez ich środowiska, zastraszenia i wykluczenia. W filmie prześladowania dziewczyny pozostają niejako w domyśle, są w symbolicznych, krótkich scenach. Cała uwaga w filmie skupiona jest na tym, jak śmierć tę odbiera chrześcijański aktywista, artysta i praktykujący gej oraz wiejska społeczność.

    co robi homoseksualny artysta ze wsi

    Moją natomiast uwagę w tym filmie przykuł casus artysty mieszkającego na wsi, a konkretnie fakt, że jakby nie widział żadnej sprzeczności między doktrynami kościoła katolickiego a swoim homoseksualizmem. Był zaangażowanym członkiem  wiejskiej społeczności. Podczas protestów stał na podium, zresztą nigdy nie chował się za winklem ze strachu, że zostanie zdemaskowany czy odepchnięty. Uczestniczył w katolickich obrządkach i kolegował się z księdzem. Jednak kiedy jego homoseksualna przyjaciółka odebrała sobie życie i kiedy chciał skonfrontować z tą społecznością fakt, że wszyscy ponoszą winę za jej śmierć urządzając symboliczną drogę krzyżową – gest przyznania się do zaniechania i winy – natknął się już na zdecydowany opór. Nie mogąc przekonać nikogo do udziału w tym chrześcijańskim performansie – ściął drzewo, na którym powiesiła się dziewczyna, wystrugał z niego krzyż z zamiarem użycia go w zamierzonej drodze krzyżowej. Jednak namówiony przez kuratora sztuki ( w tej roli Jacek Poniedziałek) wstawił krzyż do warszawskiej galerii, razem z innymi swoimi dziełami. W trakcie wernisażu jednak wziął krzyż i wyszedł na warszawskie ulice dokonując tego, co zamierzył, tyle że w mieście, nie na wsi. Potem w miejscu śmierci dziewczyny stanęły symboliczne krzyże pamiątki śmierci innych homoseksualnych nastolatków zaszczutych przez swoje środowiska. To wydarzyło się naprawdę. Daniel Rycharski faktycznie tak postąpił jak pokazano to w filmie.

    Ja przyznam szczerze patrzyłam na ten akt z niedowierzaniem. Gdybym nie wiedziała, że takie były fakty – uznałabym ten pomysł w scenariuszu za mocno pretensjonalny. Jednak zadaję sobie pytanie, czy fakt, iż to nie była fikcja – coś zmienia w moim postrzeganiu tego wydarzenia?

    Nie do końca.

    katolickie repozytorium

    Łączenie aktów wyjętych z tego całego katolickiego repozytorium jak choćby droga krzyżowa, tej całej symboliki z dyskursem na temat istoty współczesnego chrześcijaństwa instytucjonalnego kompletnie nie sklejonego zresztą z duchowością, zastygłą na poziomie nic nie znaczących kościelnych rytuałów – jest wg mnie ryzykowne. Ryzykiem jest otarcie się o sferę kiczu. Ocena taka jest podyktowana tym, że skompromitowana katolicka symbolika słabo według mnie wpisuje się w temat rozmów o duchowości. Jednak Rondudzie i Guttowi udało się uciec od totalnego zakwalifikowania ich wizji pod kategorię kicz. Obrazowanie w filmie owszem – jest poetyckie, podkład stanowi muzyka podniosła, ale twórcy osadzili w filmie wiele scen będących trafną kumulacją obyczajowych obserwacji ludzkich zachowań i postaw. Dzięki temu widz nie czuje się wybity na te orbity sublimacji, które mogą wywołać w nim odruch konfuzji.

    byle polska wieś…

    Podkreślić tu myślę warto fakt, że polska wieś nie została pokazana tu tak, jak przyzwyczaił nas do tego choćby Smarzowski. Nie jest demonizowana, ohydzona, nie zieje grozą ludowej ciemnoty zagrażającej wartościom, jakie stworzyło sobie miasto. Nie jest też rzecz jasna ukazana sielankowo. Widzimy piękne krajobrazy, gospodarcze obejścia, ludzi podobnych do siebie, ni ładnych, ni brzydkich, ni starych nie młodych, zastygłych jakoś w swoich rytuałach, nad którymi nie zastanawiają się zazbytnio. Widzimy zwierzęta, co mnie zawsze napędza to strachem, że zaraz pokazana będzie jakaś rzeź, bo przecież zwierzę na wsi służy tylko do tego, aby je pozbawić życia i zjeść. A tu babcia bohatera chce, aby jej złapać kurkę z podwórka, ale nie widzimy potem po co. Za to mamy scenę, kiedy nasz bohater czesze babci ( w tej roli Maria Maj) włosy, a ona w tym czasie tuli czule małego kotka. W filmie jest zarys konfliktu wsi z rządem, który nie pozwala odstrzeliwać dzików, od których świnie zarażają się jakimś wirusem i padają, ale dziki widzimy w filmie wciąż żywe. Przywykliśmy do archetypu wsi, która pilnie strzeże swoich praw do samosądów, jednak dla mnie powtarzalny widok tych dalej beztrosko ryjących w ziemi dzików symbolizuje być może fakt odchodzenia od tych średniowiecznych praktyk? Jakiś znak zmian? Nie wiem, ale podoba mi się pokazanie wsi w sposób, który nie demonizuje jej jako siedliska zła i mało progresywnych myśli.

    Na razie jednak wieś się odwraca, milczący ojciec bohatera (Andrzej Chyra) zamknięty w swojej bańce  – pozostaje w niej, odcina się, ludzie tylko patrzą. Matka lesbijki samobójczyni obwiniająca bohatera o jej śmierć na początku niezachwiana w swojej ocenie oraz w tym, że sama ie ma nic na sumieniu w końcu też mięknie. Zdobywa się na autorefleksję.

    pęknięcia

    Widać już te pęknięcia w zatwardziałości wiejskich społeczności. Artysta aktywista nie ustaje zaś w swoich działaniach na rzecz Kościoła Otwartego, chrześcijaństwa na innych zasadach niż systemowa opresyjność. I to jest coś, co mnie zaciekawiło mocno podczas oglądania filmu.

    Byłam przekonana bowiem, że bycie osobą o innej orientacji seksualnej niż jedyna słuszna legitymizowana przez Kościół – stanowczo wyklucza bycie osobą wierzącą. Tymczasem casus Daniela Rycharskiego artysty, wykładowcy uniwersyteckiego, dumnego mieszkańca wsi pokazuje, że jest to możliwe. Rycharski przyznaje w wywiadach, że nie jest już praktykującym katolikiem, ale wiara na bazie chrześcijaństwa, nauk Jezusa umacnia się w nim zamiast tępieć. Według niego nie wyrugujemy Kościoła katolickiego z naszej przestrzeni, bo jesteśmy w tej katolickiej matrycy zanurzeni od tak dawna, że jest to po prostu niemożliwe. To ten nurt determinuje naszą narrację, symbolikę, obrazowanie, wartości. Dlatego Daniel Rycharski konstruuje własną teologię ludzi wykluczonych i niejako wraca do chrześcijańskiej bazy.

    Podziwiam nawet tę postawę, bo wg mnie naprawdę łatwiej już zaimportować u nas duchowość wschodu niż od nowa układać się z chrześcijańskimi wartościami tak skutecznie odsuniętymi na bok przez kościelne hierarchie i systemy sprawowania rządu dusz. Nie wiem, czy to się uda.

    Ale ten film, który postrzegam jako przypowieść o wykluczeniu, o szukaniu w ludziach pierwotnej moralności daje moim zdaniem cenną wskazówkę, jak przestać się wstydzić tego, kim się jest: czy Polakiem, czy osobą ze wsi, czy queer, czy katolikiem czy kimkolwiek. Ponieważ wydaje mi się, że dużo niefajnych rzeczy bierze się właśnie z poczucia tożsamościowego wstydu – to warto skonfrontować się z tym obrazem i sobie pokontemplować też na własny temat.

  • Rodzina jako źródło opresji – „L’etang” Giselle Vienne w Nowym Teatrze

    Miesiąc temu świetny „Habitat” Doris Uhlich w Nowym Teatrze w ramach Festiwalu Nowa Europa. Inne spojrzenie, a teraz „L’etang” („Staw”) francusko – austriackiej reżyserki Giselle Vienne pokazywany pierwotnie w Theatre Nationale de Bretagne. Spektakl zrealizowany na podstawie młodzieńczej powieści niezwykłego szwajcarskiego pisarza Roberta Walsera, o którym świat przypomniał sobie – i bardzo słusznie – długo po jego śmierci. Pisarz zresztą sprawy nie ułatwiał. Miał na przykład zwyczaj pisania tylko ołówkiem na skrawkach przypadkowo znalezionych papierów, coraz drobniejszymi literami. Deszyfrowanie tych zapisków to z pewnością integralny element walserowskiego przekazu. „Staw” natomiast jest młodzieńczą powieścią Walsera, którą napisał dla swojej siostry Fanny. Opublikowała ona ją dopiero tuż przed swoją śmiercią w 1972 r. Zawiera wątki autobiograficzne. Jest to historia dorastającego chłopca, pozornie zwyczajnego, jedzącego żelki, kłócącego się z siostrą, mającego poczucie humoru, który jednak jest nieszczęśliwy z powodu odrzucenia przez matkę, przemocowego ojca, zazdrość o rodzeństwo. Z tego to powodu pozoruje samobójstwo, utopienie się w stawie, aby ściągnąć na siebie uwagę skupionych na sobie członków rodziny. W centrum uwagi pozostaje napięcie rodzinne, pełne przemocy, odrzucenia, niechęci, przemilczenia oraz życie w tzw porządku i „według zasad”. Postaci zdają się grzęznąc w klaustrofobicznej dusznej atmosferze „reguł”. Klimat ten oddaje minimalistyczna scenografia, białe wysokie ściany przypominające pokój w szpitalu psychiatrycznym albo izolatkę. Biel pomieszczenia kłuje w oczy, czasem zaskakuje nieprzyjemnie neonowymi barwami świateł korelującymi z emocjami postaci na scenie. Walser lubił naruszać porządek linearności narracji. Czasem, czytając „Zbója” trudno uchwycić od razu kto mówi czyim głosem. Tu dialogi kilku postaci też nachodzą na siebie i są rozpisane na 2 osoby. Adèle Haenel mówi głosami dzieci: Fritza, jego siostry Clary, braci, kolegi, w niepokojącej zaś zmysłowości głosy rodziców niesie Ruth Vega Fernandez. Niezwykła precyzja i kunszt Adèle  Haenel pozwalają widzowi szybko złapać te nitki dialogowych współzależności. Każdy najdrobniejszy gest, dźwięk, jaki wydaje – jest tak starannie dopracowany i wyartykułowany, że nie ma się wątpliwości, gdzie przyłożyć ucho. Czemu służą te pozorne komplikacje, zawiłości scenicznych poziomów i narracyjne zmiany planów? Kwestia tego, że rodziny są źródłem różnorakich opresji, nierzadko przemocy i odrzucenia – to stara jak świat prawda. Wszystkie Antygony, Edypowie to są faktory naszego ludzkiego DNA. Powiedzieć cokolwiek odkrywczego na ten temat jest w sumie niezwykle trudno. Pozostają więc poszukiwania formy, która uderzy w nas tak, aby chciało nam się podjąć trud rewizji naszych osobistych odczuć. Strategie inscenizacyjne proponowane przez Giselle Vienne badają modele rodzinnych układów i norm poprzez wybicie postrzegania „realności” na inne poziomy. Miesza się to, co sztuczne i umowne z tym, co „realne”, to, co się myśli, z tym co się mówi i robi. Spektakl jest mroczny, klimatyczny. Vienne pogłębia tę estetykę o grę z pogranicza brzuchomóstwa, nagłaśnia szepty i krzyki, mikroszumy ciał. Wszystko jest tu precyzyjne, znaczące, nieprzypadkowe, dziwaczne i intrygujące. Atmosfera przyprawia o mdłości, czujemy się jak na bagnie i mamy w pamięci zapachowy performance Agnieszki Brzeżańskiegj „Chaszcze” tuż przed spektaklem i ten charakterystyczny zapach starych piwnic, piołunu, butwiejących zbiorników wodnych. Postaci poruszają się wolno, jak owady, które wpadły do jakiejś smolistej substancji, jakby były zaklęte w grząskość bagien ludzkich, rodzinnych relacji. Czasem przybierają spotworniałe pozy, wydobywają z siebie odgłosy jak w Egzorcyście. Jakbyśmy wszyscy musieli wypędzać z siebie demona rodzinnych relacji, które nieustannie zakażąją nasze umysły toksyną. Fritz, który upozorował samobójstwo, mówi do siostry; „Rodziny się nie wybiera, ale można wybrać sposób, w jaki się jej pozbyć.”<To prawda.
  • Kanapki z marzeniami – czyli być influencerem

    Być influencerem. 

    Robota marzenie setek tysięcy nie tylko nastoletnich osób, nie tylko w Polsce, wszędzie. Zrobić se takie konto na insta, YT, tiktoku, żeby ktoś chciał nam płacić za opowiedzenie o produkcie i fajnie sobie z tego żyć, pod palmą, 13 raz na Dominikanie na wakajach, w Tulum w czasie pandemii czy Zanzi w zimie robić se foty z lokalesami chwaląc się, że przywieźliśmy im kredki.To zjawisko nie maleje, narasta, a jednocześnie coraz trudniej w tej kolejce po hajs i fejm się dopchać i zdobyć tyle lajków i followersów, żeby ich sensownie moc zmonetyzować. Tymczasem to, co jeszcze parę lat temu było przejawami jakichś pasji, którymi twórcy dzielili się przez portale społecznościowe typu moda, podróże, gotowanie itp obecnie stanowi moim zdaniem coraz doskonalsze odzwierciedlenie mechanizmów rządzących społeczeństwem oraz klasowości. Obowiązują tu zasady te same jak w środowiskach, z których młodzi adepci influencingu chcą uciec, czyli: ścisły krąg znajomych, znajomości, duzi znajomi, których polecenia i szery zapewniają coraz wyższe pozycjonowanie w algorytmach i widzialności nastręczając tym samym popularności, kręgi kółek wzajemnych adoracji, hermetyczność środowisk, hierarchizacja będąca odzwierciedleniem klasizmu jak w realu. Nie ma mowy, że tzw duży influencer wejdzie w narrację z małym albo z kimś kto ma konto zerowe czyli takie 500-2000 tys follow, nie ma takiej opcji z kilku powodów, m.in dlatego mniejsi są dla większych niewidoczni, giną w planktonie, poza tym i tak duży influencer zalewany propozycjami ofertami nie ma czasu wchodzić w interakcje z każdym kto napisze, a trzecia sprawa – kompletnie mu się to nie opłaca. Wszelkie ankiety, zapytania, czasem screeny odpowiedzi służą tylko wyłącznie podtrzymywaniu wrażenia zaangażowania, żeby na koncie plankton robił ruch, a kaska wyznaczana po zasięgach płynęła nieprzerwanym strumieniem.

    Jako że siedzę w tym i prywatnie i zawodowo wiele lat – nie dziwi mnie wcale popularność kont oferujących innym użytkownikom jakieś sklile, nie wiem, gadanie o przyjaciółkach idiotkach, zajebiste upinanie firanek, oklejanie pudełek, prowadzenie biznesu w social mediach, kont poruszających ważne społeczne sprawy jak wykluczenie, wygląd miast, zdrowie, rynek mieszkaniowy itd itp. Ale nie łudźmy się, większość kont, profili to są materiały o niczym, powielające jakieś systemowe nakazy odnośnie wyglądu i sposobu życia. Ten milionowy zalew tego typu przekazów ogranicza się do multiplikowania haseł – hejka kochani, jakie plany na weekend, bo u mnie słoneczko oraz odpowiednie ustawienia biodra i nóżki na zdjęciu tak spostprodukowanym, że ma się wrażenie obcowania z kartkami Hallmark z odpowiednim cytatem motywującym w stylu – bo życie może być piękne, kiedy mu na to pozwolisz.

    „Fake Famous”

    Po tym przydługim wstępie chcę zachęcić do ciekawych dokumentów właśnie na ten temat. Pierwszy z nich na HBO „Fake famous” jest dokumentem o eksperymencie. Jakaś agencja z Los Angeles postanowiła, że zrobi casting, wybierze 3 małych influ takich z 2000-5000 folllow i zrobi z nich gwiazdy instagrama. Chcieli sprawdzić, udowodnić, że z „nikogo” można stworzyć „kogoś”. Jakie do tego służą narzędzia? Ano nie tzw. „prawda” czy pasje. To nikogo nie interesuje. Służy do tego manipulacja znanymi narzędziami do podbicia popularności – a więc: fejkowe zdjęcia udające pobyt w eksluzywnych spa albo na wypasionych wakacjach, wyrafinowane sesje zdjęciowe ze stylistami, makijażystami, specami od wizerunku no i kupowanie followersów, lajków, botów generujących komentarze w takim czasie, żeby system nie zorientował się, że to bot. I tak oto z przeciętnej aspirującej aktorki pracującej na kasie w H&M zrobiono gwiazdę na 300 tys follow, która po pewnym czasie z tzw. współprac zaczęła juz spokojnie z tego żyć. Z wybranych pozostałych 2 kolesi nie udało im się nic ulepić, bo jeden się przestraszył, że znajomi zdemaskują jego orientację seksualną, a drugi uznał, że pozowanie w udawanym prywatnym samolocie to jest jednak ściema o zbyt wysokim stopniu żenady jak dla niego. Niewiele w sumie nowego dowiedziałam się z tego dokumentu prócz tego, że caryce social mediów w stylu Kim Kardashian jada totalnie na kupowanych follow i botach, na co owner tematu Mark przymyka oko, bo to są po prostu za duże biznesy i zbyt ogromne obopólne korzyści, aby ten fejkowy proceder jakoś tam skrupulatnie ścigać. Jeśli kary dopadają kogoś to oczywiście maluczkich, jak to w życiu.Popykasz se parę razy za dużo i hyc – masz bana.

    „Influencer. W pogoni za lajkami”

    Drugi dokument był smutniejszy. Na platformie vod.mdag.pl jest film „Influencer. W pogoni za lajkami”. Bohater Austyn Tester pochodzi z małego, nudnego, nijakiego miasteczka z Tennessee, miasta typu Radom, Sochaczew czy Grudziądz. Miasto wygląda i jest tak porażająco smutne, że sama byłam zdziwiona, bo skłonna byłam przypuszczać, że wielka smuta tyczy tylko nas, Polaków. Okazuje się, że ludzi żyjących w dysfunkcyjnych rodzinach, w miejscach bez wsparcia, perspektyw jest ocean i ci właśnie ludzie aspirują do karier typu Justin Bieber. Sami kreują się na ten typ i przez potencjalnych agentów są też kreowani na słodkich nastolatków z sąsiedztwa. Austyn żyjący sobie w biedzie i beznadziei wykorzystuje słabe wifi i starego maca do nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi. Buduje swoją markę na innej socialowej typóweczce tj na motywowaniu innych użytkowników frazesami w stylu: jesteś wyjątkowy, nie pozwól innym odebrać sobie marzeń itp. Ponieważ media zaludniają setki tysięcy innych podobnych zagubionych młodych ludzi – Austyn zdobywa jakąś grupkę swoich fanów i zwraca uwagę agencji kreującej influencerow, bo do 4 osób na krzyż gada jakby gadał do tysięcy, z wielkim zaangażowaniem. Spece od karier postanawiają więc zrobić z niego gwiazdę, co łączy się z wyjazdami w tzw trasy, a polegają one na tym, że jest spotkanie w wielkiej hali, przychodzą na nie nastolatki, piszczą i robią sobie z „gwiazdą” selfie. Niestety demoniczny agent wycenia konto Austyna na insta na 3 minus, z dobrym 10% zaangażowaniem, ale zbyt małym pikiem przyrostu follow, aby wejść do jego stajni. Austyn wraca więc do domu…

    Oba dokumenty pokazują, że świat social mediów nie jest taki jednoznaczny jak się wydaje, jednoznacznie głupi, zły czy super. Myślę, że jego mechanizmy skupiają jak w soczewce wszystkie społeczne mechanizmy, bolączki i często mówią o nas ludziach prawdy, do jakich nie lubimy się przyznawać, wyzwalają wiele marzeń bez pokrycia, ale też odruchów, jakie przynoszą zawstydzenie a często nawet hańbę. Ale żyjemy w tym. Klikamy i karmimy system, swojego ego, cudze ego. Jakkolwiek czasem atrakcyjne może wydawać się bycie w tym, tak porażające moim zdaniem jest to, że nie ma od tego całkowitej ucieczki, nawet nie uczestnicząc w tym czynnie poddawani jesteśmy wpływom kształtowanym w internetach, zależymy od uwagi innych na setki różnych sposobów, a zależność ta jest wpisana w system, jaki parę lat temu wydawał się dystopią z Black Mirror, dystopią, która stała się rzeczywistością.

  • „Kalifat”- dlaczego to jest interesujące?

    Tak nie za bardzo miałam ochotę oglądać serial „Kalifat”, w końcu nie ma u nas żadnych bliskowschodnich uchodźców, więc problem zdawałoby się nas nie dotyczy, tak samo terroryzm, bo komu by się chciało podkładać bomby w warszawskiem metrze czy wprowadzać prawo szariatu do kraju, w którym podobne prawo już niemal obowiązuje. No wiem, nieśmieszne. Niemniej problem wydaje się być odległy, lecz okazuje się, że nie jest, że może być nam całkiem bliski i nie tylko ze względu na samą konieczność ustosunkowania się do współżycia z wyznawcami islamu. Obejrzenie serialu może być pożyteczne, bo pokazuje mechanizm rodzenia się ekstremizmu w niczym nie wyróżniających zdawałoby się członkach społeczeństwa.

    o czym to jest?

    Szwedzki serial „Kalifat” myślałam, że będzie raczej o strategiach emancypacyjnych kobiet, którym udało się zbiec z Syrii, ale wciąż uciśnionych przez ekstremistyczne islamskie zwyczaje nawet w praworządnej Szwecji. A tu się właśnie okazało, że nie tylko.

     Rzecz pokazuje losy kilku młodych kobiet, z których każda prowadzi jakąś tam własną krucjatę. Mamy tu grupę młodych Syryjek , licealistek mieszkających w Sztokholmie, młodą matkę i żonę, która wyjechała z kolei ze Szwecji do Rakki za mężem myśląc, że życie w szariacie zapewni im szczęcie i szwedzką tajną agentkę bośniackiego pochodzenia prowadzącą śledztwo w sprawie mającego nastąpić ataku terrorystycznego na ludność cywilną w Szwecji. Na początku trudno nieco zorientować się kto jest kim, ale w okolicy drugiego odcinka łapie się już szybko o co komu chodzi. Pewne działania pozostają do końca niespodzianką, ale nie będę spoilerować.

    Nie będę omawiać losów poszczególnych postaci, chociaż są one rozrysowane bardzo moim zdaniem interesująco, dynamicznie, uwiarygadniając pokazane akcje na tyle, że czasami można odnieść wrażenie, że ogląda się dokument a nie fabułę. Mocno można się wkręcić śledząc losy bohaterek będąc ciekawym czy jedne wyjadą do Rakki – swojej obietnicy życia z Allahem w serduszku, czy druga zdoła z kolei stamtąd się wyrwać i ocalić życie i czy trzecia da radę uratować świat przed zamachami. Tak więc zachęcam, ale nawet nie ze względu na dynamiczną fabułę.

    skąd się biorą fundamentaliści?

    Pomyli się ten, kto założy, że serial niesie prosty przekaz związany z potępieniem szariatu. Nie wdaje się w analizę niuansów wiary, tolerancji wobec odmienności i tym podobnych. Skupia się bardziej na wskazaniu mechanizmu rodzenia się ślepej wiary w zwykłych ludziach, pokazuje skąd biorą się dżihadyści, męczennicy Allaha. I tu taka niespodzianka, oni nie biorą się znikąd, nie są bożymi szaleńcami urodzonymi z jakąś misją, wywodzą się spośród nas, zwykłych ludzi. W serialu widzimy schemat przebiegu werbowania nowych ludzi w szeregi dżihadystów. To nie są działania nawiedzonych szaleńców głoszących prawdy boże na skwerach miast. To są szczegółowo przemyślane, długo i skrupulatnie przygotowywane akcje, w których biorą udział przeszkoleni, dobrze zakamuflowani działacze islamskich, ekstremistycznych ugrupowań. Dostajemy też odpowiedź na pytanie, dlaczego islamistom to się udaje, werbowanie coraz to nowych ludzi, dlaczego udaje im się ich nakłonić do brania udziału w atakach a nawet samowysadzania się czy wychodzenia za mąż w wieku lat 13.

    Otóż ten rodzaj zachowań jest odpowiedzią na nieprzychylny pewnym grupom świat zachodni, który nie ma za bardzo pomysłu na integrację arabskich uchodźców ze światem zachodnim. Państwa takie jak Szwecja dają tym ludziom spokój, ale poza tym są to grupy społeczne socjalnie dość słabo zagospodarowane. Zresztą nie tylko członkowie społeczności arabskich, biała biedota, trash people to także świetny nabytek dla ekstremistów. Świat fake newsów, ogólne zakłamanie mediów i dbałość elit o własne benefity odbija się szeroką niechęcią wśród zwłaszcza młodych ludzi.

    Można oglądając ten serial szybko skonstruować portret psychologiczny przyszłego ekstremisty, separatystycznego nacjonalisty wrogo nastawionego do zdobyczy zachodniej kultury, która za największe dobro uważa wolność jednostki. Dla nich bowiem ta wolność nic nie znaczy, to bycie pozostawionym samemu sobie w pustce duchowej a nierzadko też biedzie. Osoby podatne na każde sekciarskie wpływy to zawsze ludzie w jakimś sensie osamotnieni przez bliskich lub przez system, osoby często nie zanadto – mówiąc oględnie – wyrobione intelektualnie na tyle aby móc zrobić proste rozróżnienie dobra od zła.Często tak pomijane przez system, że widzące w tych werbownikach i polecanych przez nich systemach możliwość wykazania się, zaistnienia bez większej refleksji, jakie to będzie mieć konsekwencje. Takich wykluczonych i podatnych na indoktrynacje ludzi jest całe mnóstwo. Zrozumienie może być chociażby też kluczem do tego, żeby wiedzieć, dlaczego wybory w Polsce uparcie wygrywa władza mocno nawiązująca do praw szariatu. Pustka duchowa, ekonomiczne osamotnienie, coraz większe nierówności klasowe robią ludzi podatnymi na słuchanie tego, że dobre państwo to religijne państwo a Bóg jest jeden i wielki i każe on nieposłusznych. Ja nie widzę różnicy w fundamentalizmie chrześcijańskim a islamskim, może jeszcze u nas nie posuwają się do karania śmiercią za zdradę albo za homoseksualizm. Ale kto wie, jaki Gilead tu przyjdzie nawet bez arabskich uchodźców z ich islamem.

    laicyzacja a nowe krucjaty

    Osobiście uważam, że powstanie religii to efekt zamiaru podporządkowywania i trzymania w ryzach społeczności, to narzędzie władzy i narzędzie do wykorzystywania duchowych potrzeb i słabości ludzi do tego, aby w imię interesów jakiejś grupy patriarchów wiedzących lepiej zaprowadzać porządki za pomocą wbijania w poczucie winy oraz przemocy. Bo do tego prowadzi dowolna i podporządkowana tejże grupie interpretacja wartości typu nie zabijaj, nie zdradzaj, nie krzywdź.

    Paradoksalnie laicyzacja Europy i świata Zachodniego, jak również zmiany ekonomiczne zubażające cyklicznie klasę średnią i coraz większe grupy społeczne skazujące na funkcjonowanie na marginesie wszelkich dóbr, oraz ciągłe konflikty bliskowschodnie sprawiły, że czas mocno sprzyja nowym krucjatom. Według mnie te tendencje nie znikną a będą się zaostrzać.

    Jedna z bohaterek, muzułmanka która dobrowolnie wyjechała ze Szwecji do Syrii, aby żyć tam po bożemu, na własnej skórze szybko przekonała się, jak bardzo zły to był wybór i naiwna jej wiara. Oto ze świata, gdzie problemem dnia mogło być jaką aplikację mindfulnessową wybrać na wieczór albo jak sobie wyróżnić feed na instagramie trafiła do miejsca, w którym co dzień zastanawiała się czy przyjdą po nią czy nie, czy zabiją czy przetrwa ten dzień.

    Niestety, kiedy okazuje się, że organizowanie życia pod zasady religii, poddawanie się ścisłemu sterowaniu przez nie w każdej sferze życia to nie jest coś, co spełnia nasze potrzeby jako ludzi, może okazać się, że jest już za późno. Możemy nie zginąć od zamachu w metrze, ale wizja, kiedy niepostrzeżenie, ale konsekwentnie wejdą w nasze własne życie zasady służące garstce ludzi potrafiących zmanipulować nastroje społeczne i tym samym ścisnąć je za mordę – to też może nie być już czasu deliberacje, nawet jeśli uważamy się za uprzywilejowanych i niegłupich ludzi, których takie manipulacje mogą nie dotyczyć.

    O podobnym temacie, chociaż apropos filmu dokumentalnego o ISIS pisałam wcześniej. Nie jestem ekspertką od spraw bliskowschodnich, ale serio – to wszystko poraża. Nawet ten serial, że to tak właśnie dzieją się sprawy, że gdzieś tam obok nas coś stale drzemie, coś zagrażającego, niezrozumianego. Można podjąć chociaż próbę ogarnięcia tego rozumem.

  • „Zbój” Roberta Walsera, czyli jak zachęcić do lektury zniechęcając?

    Na ogół z pisaniem o jakichś zjawiskach kulturowych bywa tak, że pisząc o nich chce się innych do nich zachęcić albo mocno wręcz odwrotnie. Tymczasem paradoks obecnego tekstu o noweli Roberta Walsera będzie polegać na tym, że chcąc zachęcić do lektury raczej zniechęcę. Dlaczego? Z prostej przyczyny, przyczyny w dzisiejszych czasach często nie do pokonania przez przeciętnego konsumenta treści – otóż trzeba się mocno skupić i przyjąć przy lekturze reguły gry zupełnie odmienne niż te, do których przywykliśmy podczas czytania.

    kim był Robert Walser, ale najpierw dywagacja

    Zanim przejdę do opiewania tych odmiennych reguł, które w ostateczności was zniechęcą, co jednakowoż nie stanowi przeciwskazania dla mnie do opisania ich, kilka słów o Walserze. Otóż jest to uważam postać nadzwyczaj interesująca. Walser – szwajcarski pisarz, był mniej więcej rówieśnikiem Emila Zoli i Roberta Musila – pisarza z kolei austriackiego. Pisał tuż po I wojnie światowej, jego twórczość kompletnie odbiegała od tego co robiły literackie pomniki typu Flaubert, czy szermierz naturalizmu jak Zola, ale za to sporo łączyło bohatera „Zbója” z musilowskim „Człowiekiem bez właściwości”, która to powieść jest moim zdaniem jednym z bardziej imponujących literackich osiągnięć wszech czasów, ale słabo u nas docenianą, bo poziom wychodzenia poza tradycyjną i lubianą narrację jest za duży dla czytelników żądnych prostych akcji, w których na koniec wszystko się wyjaśnia. Bohater Walsera, tytułowy Zbój ( w ogóle uwielbiam te anachronizmy językowe ), podobnie jak bohater 4 tomowej powieści Musila – nie ma właściwości, co oznacza, że mógłby być każdym z nas lub nikim albo wszystkim na raz, i czytelnik nigdy nie wie, jaki naprawdę jest bohater, który raz za razem wymyka się tradycyjnym kwalifikacjom. Ja postrzegam to jako zaletę, jeśli chodzi o konstruowanie świata przedstawionego i bohatera, który jest tego świata elementem. Fajnie jest bowiem mieć świadomość, że nikt z nas nie poddaje się takim jednoznacznym kategoryzacjom, dlatego taki właśnie bohater najlepiej moim zdaniem oddaje prawdę o naturze rzeczy. Że nie ma prawd, tylko opinie i zachcianki.

    Wracając do Walsera.
    Postać to była nie byle jaka. Niezwykle uzdolniony twórca powieści, zresztą u nas mało znanych.  „Zbój” został przetłumaczoy na język polski poraz pierwszy i wydany właśnie teraz! Więc uzdolniony, ale za życia kompletnie nie doceniany, skłócony ze środowiskiem literakim, żyjący na jego obrzeżu, a w dodatku naznaczony chorobą psychiczną, spędził kilka ostatnich lat w szpitalu psychiatrycznym (przytułku jak podają niektóre źródła). Ja nie wiem, może tylko szaleńców stać na taki autentyzm i szczerość wobec siebie, jakie zaprezentowane są w Zbóju. W każdym razie badacze donoszą, że Walser nie pisał Zbója z myślą o wydaniu tego w formie powieści.To, co pozostawił po sobie, to były tzw. mikrogramy – pisane na skrawkach papieru, przypadkowe (pozornie) zapiski powstałe w różnym czasie. Po latach zebrano je w całość i wydano jako nowelę „Zbój”. Więc sama historia powstania wydaje mi się interesująca i niejako determinująca i kształt całej tej noweli jak i jej czytelniczą percepcję.

    w czym jest „problem”?

    I tu pojawia się zapowiadana trudność w odbiorze, która jednocześnie jest silnym elementem mojej rekomendacji tej lektury. Jest to bowiem nowela autotematyczna, czyli – najprościej rzecz ujmując – powieść ujawniająca cały pisarski backstage. Narrator nie występuje tu w roli Wielkiego Reżysera czy demiurga, który wie o bohaterach wszystko. Niemal na każdym kroku zdradza nam nie tylko warsztat,  czy kulisy swojego pisania, jak i pewnego rodzaju nieporadność wobec powołanych do życia bohaterów. W tym momencie przestaje być ważna sama akcja, czyli to, co tam będzie sobie robił tytułowy Zbój i w jakie relacje, z kim wchodził, tylko samo opowiadanie narratora o tym, jak z materią życia postaci się zmaga.

    Bohater jest bez właściwości, „rabuje” skłonności, historyjki a nawet wrażenia krajobrazowe! Nie jest zbyt ceniony przez środowisko, właściwie traktowany protekcjonalnie albo wręcz źle, za to kobieciarz mający o tych kobietach poglądy zgoła nie w duchu feminizmu i ruchu MeToo. Kobiety traktuje przedmiotowo, nie wiadomo dlaczego w jednych się kocha lub ich pożąda a inne pozostają mu obojętne. Ale nie jest to w tej noweli za bardzo istotne. Narrator co raz porzuca tę tzw. „akcję”, aby snuć rozmaite rozmyślania o ludzkiej naturze, o świecie, zachowaniach i relacjach. Robi to z wielkim wdziękiem, ale kłamałabym gdybym stwierdziła, że ułatwia to skupienie się. Nasza uwaga lubi linearność, wszelkie poboczności powodują, że myśl także nam niebezpiecznie zbacza ku rozmyślaniom nie związanym z lekturą, zatem w takich wypadkach skłonni jesteśmy uważać, że lektura jest nudna, a tymczasem nic z tych rzeczy. Jest to na swój sposób fascynujące. Na przykład kiedy narrator nam się ujawnia, jak boski demiurg zza kurtyny:

    Niejedno na tych stronicach wyda się czytelnikowi tajemnicze, i w tym, by tak rzec, cała nadzieja, bo gdyby wszystko leżało już tak jak na dłoni, zaczęliby Państwo ziewać nad treścią niniejszych linijek”.

    „Tak więc w każdym razie panuję nad opowieścią o zbóju. Wierzę w siebie. Zbój nie do końca mi ufa, ale ja nie przywiązuję większej wagi do tego, by we mnie wierzono. Sam muszę w siebie wierzyć”.

    „Ze swobodą recenzenta kontynuuję pisanie i oświadczam ci droga Edith, że jeśli nie jesteś jeszcze sławna, to z czasem będziesz”.
    Tak więc narrator wchodzi w dyskurs nie tylko ze swoim czytelnikiem, czyli z potencjalnymi wami, ale też ze swoimi bohaterami. Pokazuje, jak panuje, czy próbuje panować nad nimi jako swoimi tworami, ale daje do zrozumienia, że ta demiurgiczność wymyka mu się, ale nie robi sobie z tego powodu wielkich wyrzutów. Za to często wtrąca w jakiś narracyjny wątek uwagę – „ale o tym potem”, czytelnik zaś wyczekuje i brnie, aby skonstatować, że to „potem” nie następuje nigdy. Czyż to nie jest fascynujące? Nie jest szczere? Nie jest przejawem największej prawdy o tak zwanym życiu?

    aforyzm do twojego pamiętnika

    Apropos aforyzmów. Otóż te w noweli pojawiają się bardzo często. Biorąc pod uwagę, jak to zostało napisane, że na tych skrawkach papieru otrzymujemy mądrości czy przemyślenia autora jak zapis w formie rozsypanki jego przekonań i obserwacji. A przyznać trzeba, że 47 -letni wtedy autor miał te obserwacje dość uniwersalne i niegłupie. Oczywiście, że każdy ma tam swoje poglądy i my z niczymi nie musimy się utożsamiać, więc absolutnie do tego nie namawiam, ale stwierdzić muszę, że wiele z myśli XX – wiecznego  pisarza ze Szwajcarii, który umarł w zapomnieniu, jest mi bliskich. Mój najbardziej ulubiony wtręt dotyczy wiary w ludzi. Walser pięknie tu obnaża uciążliwość tej pojmowanej za zacną cechę „wiary w ludzi”, pisze on tak:
    Czy taka wiara w kogoś nie jest szczytem wygodnictwa? Wiara bowiem absolutnie nic nie kosztuje. Jest protekcjonalnym gestem, a nie tym, co się przez nią rozumie. (…) sama wiara nie jest wcale zasługą, bo ten, w kogo wierzę ma tylko siebie do pomocy. Po tysiąckroć wolę, aby we mnie nie wierzono, nie kochano mnie, bo to tylko obciążenie. Ma się poczucie, że się coś taszczy.”

    No i sporo dywagacji o byciu człowiekiem:
    „Może wielce pożytecznie jest być niepożytecznym, skoro pożytki tylekroć okazały się szkodliwe?”.
    „Dręczymy się wzajemnie, ponieważ wszyscy jesteśmy czymś udręczeni. Człowiek mści się najchętniej w stanie dyskomfortu, mści się, nie dlatego, że jest zły, ile dlatego, że doświadcza czegoś złego”.
    „Jej oczy miały władczy wyraz. Często bywa, że maluczcy zachowują się władczo, niejako po to, żeby wywołać uśmieszek postronnych.”
    I tak dalej.

    obserwacje i wnioski

    Walser jest nad wyraz bystrym obserwatorem ludzkich zachowań i nie omieszkuje czytelnika o tym powiadamiać, jednak nie robi tego z pozycji Wszechwiedzącego, bardziej faceta siedzącego przy kuflu piwa w knajpie snującego swoje dywagacje, do których nikt nie przywiązuje większej wagi. Pasuje mi takie podejście, nienachalne dzielenie się tym, co zdołało się zaobserwować w zachowaniu ludzi i sprowadzić to do jakichś sensownych wniosków. Z wniosków jednakże powinno coś wynikać. Zatem jak dla mnie – z tych akurat zamieszczonych w „Zbóju” wynika jedno – nie wartka akcja, o której zapomnę szybciej niż mgnienie, tylko wprowadzenie czytelnika w stan zwątpienia. Zwątpienie to polega na tym, że nic co widzi nie jest takie jak przypuszcza. Temu służą te narracyjne zabiegi moim zdaniem, pokazanie, że można o kimś opowiedzieć tak, a można inaczej, można wiedzieć i nie wiedzieć jednocześnie i na tym prawdopodobnie polega sens rzeczy – na mniemaniach i porzucaniu ich, a nawet wyrzekaniu się ich w imię czegoś, co jest niedoścignione, tzw prawdy, prawdy, która nie istnieje.

    Taki mam zysk wyniesiony z tej niewielkiej, trudnej acz uroczej szwajcarskiej noweli, do której – mam nadzieję – udało mi się odpowiednio zniechęcając ostatecznie zachęcić.