• Kategoria personal review, czyli rzecz o książkach Ewy Kuryluk

    Podoba mi się w życiu to, że kiedy wpadnie się na trop jakiegoś wątku w sobie, jaki uzna się za z jakiegoś powodu istotny, wszystkie sprawy zaczynają się nagle składać w pożądaną całość i wprawiać machinę zdarzeń w koincydentalny obrót. Mam tak z pozyskiwaniem szerszej perspektywy widzenia rzeczy, jaką implikuje wiek i co za tym idzie, dokonywaniem pewnych nie tyle rozrachunków z tym, co minęło, ile próbą złapania tej materii i zatrzymania jej na niepokojąco szybko przesuwającej się do kresu mojej osi czasu. Z poczuciem tym powiązało się zapotrzebowanie na specyficzną literaturę, którą krytyka nazywa „personal journalism”.

    Zaczęło się w Wenecji. Apropos możliwości zwiedzenia wystawy Ewy Kuryluk towarzyszącej biennale, z kuratorskim oprowadzaniem: towarzyszki mojej podróży mówiły przy stole w restauracji nad gumowatą pizzą, że tragiczne życie ma za sobą  Kuryluk, że się kochała ta rodzina, ale była tam choroba psychiczna i że ciężko. Wtedy myślałam, że aha, no tak ciężko, ale taka gówniana pizza kosztuje 13 euro i czy to aby nie przesada, każdy ma w sumie ciężko w jakiś tam sposób, np płacąc 13 euro za niedobrą pizzę. Tak wtedy myślałam. Ale kiedy już dobrnęłyśmy do Palazzo Querinii na wystawę, byłam przygotowana na coś niezwykłego i nie zawiodłam się. Na dwóch piętrach weneckiej kamienicy, na różnych planach rozłożone prace Kuryluk – obrazy, instalacje z płótna, zdjęcia, video przedstawiające studium jej samej, hiperrealizm, mnogość wątków, zapośredniczeń, no i opowiadanie Ani Muszyńskiej – kuratorującej wystawę, wszystko to sprawiło, że na dźwięk słowa „Frascati”, które usłyszałam pierwszy raz, wzrosła moja czujność, a następnie pewność, że książkę tę muszę przeczytać.

    Części auto opowieści artystki o życiu swoim i swojej rodziny okazało się być 3. „Goldi”, „Frascati”, „Feluni”. Monika Weychert rzuciła wtedy przy stole pamiętam, że kiedy umarł ich chomik Goldi, posypała się cała rodzina. Co wydało mi się szczególnie intrygujące, bo czasem taką cezurą bywa życie psa. może nawet wyjątkowego kota, ale przecież rzadko chomika, krótko żyjącego mało istotnego w narracji antropocenu gryzonia. Fakt ten wyznaczał już intrygujący faktor tej rodziny – totalne pionierstwo w  niezwykłym podejściu do anime, do świata, w którym ważny był każdy nawet z punktu widzenia człowieka upierdliwy owad czy drzewo lub krzew. W tamtych czasach, wojennych, powojennych, kiedy ludzkość doznała upodlenia na niespotykaną dotąd skalę taka postawa wobec świata natury była bardzo, bardzo rzadka.

    W każdym razie zachowując porządek chronologiczny tych opowieści zaczęłam lekturę od „Goldiego”, czyli od chomika i na początku trochę się na tę książkę obraziłam. Po intrygującym wprowadzeniu moich koleżanek i Ani Muszyńskiej podczas oglądania wystawy – myślałam, że będą to miłe opowiasteczki o zwierzątkach i ich życiu w zwariowanej rodzince (celowo używam tych zdrobnień rzecz jasna infantylizując i ośmieszając fakt moich oczekiwanek). Ale nic z tego. Do języka Goldiego i kolejnych części trzeba było przywyknąć, trzeba było się go nauczyć. Na początku jest to kakofonia głosów, planów czasowych. Ciężko dociec kto co  do kogo mówi i w jakim czasie to mówi. Kuryluk przywołuje, werbalizuje dźwięki swojego domu i swoich bliskich, przytacza dosłownie frazy, jakimi się posługiwali, słów jakich używali ojciec zwany Łapką, matka zwana przez ojca Mijaczkiem i brat Piotruś zwany Felunim. Wypowiedzi te są chaotyczne, czasem miękkie, czasem zgrzytliwe. Czytanie tego przypominało mi słuchanie koncertów na Warszawskiej Jesieni przez kogoś, kto nie zna się na muzyce. Niby słyszy się dźwięki, tak jak zna poszczególne słowa, ale nic nie lepi się w rozpoznawalną całość. Ja mam taki zwyczaj, że przed oglądem czy wystawy prac czy czytaniem książki – nie zapoznaję się dogłębnie z autorami, biografiami i opracowaniami. Pracuję na wiedzy z rzędu „mniej więcej”. Tu mniej więcej wiedziałam, że rzecz jest o rodzinie Kuryluków pisana z perspektywy artystki Ewy Kuryluk po śmierci ojca, brata i matki, przywołująca pamięć o jej niezwykłej rodzinie, losach tej rodziny i całej społeczności polsko-żydowsko-ukraińskiej, którą II wojna naznaczyła w sposób, jaki do ogarnięcia jest trudny. Niemniej jednostkowa perspektywa nieco to wszystko przybliża. Ogrom tego, co ma nas wpływ mimo że nie zdajemy sobie do końca sprawy jak wielki.

    Tak więc, mimo że „Goldi” był niełatwy w lekturze, to stanowił wystarczające zadzierzgnięcie do tego, aby sięgnąć po kolejne części. Lektura całości przypominała dekodowanie enigmy, odszyfrowywanie losów rodziny, tak jak po śladach zdjęć matki znalezionych w butach szła Ewa Kuryluk odzyskując pamięć nie tylko po rodzicach, ale odkrywając sprawy swojego pochodzenia, o których nie miała pojęcia, ponieważ były przez rodziców starannie ukrywane i przemilczywane.

    Kolejna część nosząca tytuł na cześć ulicy, przy jakiej w Warszawie mieszkali Kurylukowie, „małej Italii”, jak nazywała te okolice matka Ewy, a więc kolejna część jest dalszym odkrywaniem tej niezwykłej historii. Idziemy dalej przez rozedrgane opisy, wymieszane plany czasowe i wymieszane dialogi, przez swoisty strumień świadomości i tego, co zapamiętała Ewa. Siedzimy więc razem z Ewą i jej rodzicami  w miłym mieszkaniu przy Frascati, za chwilę w mieszkaniu Anny Kowalskiej i Marii Dąbrowskiej we Wrocławiu, gdzie oddano Ewę na czas przyjścia na świat młodszego brata Piotrusia, widzimy chwile szaleństwa matki (chorowała na schizofrenię), zmęczenie ojca (był przez 2 lata ministrem kultury w rządzie Cyrankiewicza), geniusz małego Piotrusia Wunderkinda (umiał grać skomplikowane utwory na fortepian w wieku 3 lat) i jego szaleństwo po śmierci chomika a zaraz potem ojca, słyszymy rozmowy Ewy z matką, kiedy ta wracała ze Stanów, z Paryża, aby doglądać jak się miewa, cały czas utrzymując dom, matkę i chorego brata, który większość życia przesiedział gnębiony w zakładach psychiatrycznych nie wiadomo czy dziedzicząc po matce chorobę psychiczną czy świadomie wycofując się z życia ze strachu po śmierci ojca, że świat ten bezpowrotnie go zmiażdży, co w istocie faktycznie się stało.

    W „Felunim”, czyli opowieści o Piotrusiu Wunderkindzie i jego psychiatrycznej gehennie, o uwikłaniu w konieczność bycia głową rodziny z psychiczną niepełnosprawnością jest też cały ten środkowo-wschodnio europejski tygiel historii. Wymiecenie ze wschodnich rubieży Polski, ukraińskich terenów, prześladowania, szmalcownictwo, obozy zagłady, ukrywanie się, przesiedlenia, egzekucje, dramaty ideologiczne po wojnie, komunistyczne apanaże, świadomość uprzywilejowania klasowego, bycia innym a jednak takim samym. Wszystko to jest w tych 2 częściach posklejanych niczym skandynawskie śledztwo mające wykazać dokładną żydowską tożsamość matki Ewy jak i kwestię tego, kto był jej biologicznym ojcem. Jednostkowy los rysuje dramat historii 3 narodów tak celnie, że kiedy to się czyta, napisane językiem członków rodziny, pamiętanymi dialogami, bez grama egzaltacji i patetycznego dramatyzmu – ogarnia człowieka czytelnika prawdziwa groza. Groza tego, że to wszystko jest takie namacalne, wciąż żywe. Takie doznanie czytelnicze z pewnością jest efektem niezwykłości tej prozy, jej wyjątkowości.

    Książki te, jak przystało na te z kategorii „świetnie napisane”, nie są tylko powojennym freskiem środkowoeuropejskich narodów w wymiarze jednostkowym. Są silnym katalizatorem własnych czytelnika odczuć. Pobudzają czy podjudzają emocje w codzienności skrzętnie ukrywane, pieczołowicie zapominane.

    Rozmawiałyśmy sobie o tym z Moniką Weychert, która pożyczyła mi te wszystkie 3 książki, kto nas najbardziej denerwował w tych opowieściach i co wzbudzało naszą zazdrość, jakie miałyśmy myśli o tym wszystkim co przytrafiło się Ewie Kuryluk, polskiej artystce tworzącej i mieszkającej za granicą obecnie, a wychowanej w trudnej rodzinie na Frascati. Mnie w trakcie lektury przyszło do głowy pytanie – jakiego nie lubię sobie zadawać, ale które powraca – kim bym była, gdybym miała takiego ojca jak Ewa. Faceta, który karmił chomika z czubka paznokcia i robił łódeczki z dłoni, żeby chomik mógł sobie na nie wleźć i polizać go w nos. Przy czym Karol Kuryluk nie był tylko typem, który uciekał przed grozą życia w miłość do zwierząt, był typem, którego cechowała niesłychana dobroć i szacunek dla wszystkich ludzi. Wspierający, pomocny, sprawczy odszedł w wieku 52 lat na zawał. Nie zdołał tego unieść: choroby żony, władzy, jej braku, codzienności. Czytając dialogi Ewy z ojcem, dialogi ojca z matką czułam zazdrość. Jaki jest los kogoś, do kogo zawsze mówi się z szacunkiem i uczuciem? Czy może więcej?czy unosi więcej jak Ewa czy załamuje się jak Piotruś, bo świat nie chciał przemawiać do niego głosem kochających rodziców.

    W trakcie lektury czułam też ogromną niechęć do matki artystki, z domu Miriam Kohany. Niezwykle utalentowanej muzycznie, językowo, chorej na schizofrenię kobiety otoczonej niezwykłą wprost opieką i miłością męża, który zresztą z holocaustu ją uratował. Dlaczego tak się stało, że czułam do niej tę szczerą i naprawdę wielką niechęć to jest już temat na zupełnie inną, moją opowieść, która może kiedyś się zdarzy, w okolicznościach, które będą bardziej recenzją mojego własnego życia niż cudzych książek. Ale zanim to nastąpi, przeglądam się w lustrach innych żyć i o nich też będzie i to akurat wkrótce.

  • Czy Wenecja jest utopią?

    Wenecja nigdy nie była dla mnie wymarzonym kierunkiem destynacji.

    Jako człowiek wyćwiczony na siermiędze, uznający PRL-owski modernizm za szczyt archi piękna – nie mam w DNA zbytniego przywiązania do ładności. Nie jestem organicznie w stanie machać nonszalancko eleganckim mokasynem siedząc na jakimś piazza i kontemplować Wielkie Piękno przy akompaniamencie cykad jak bohater filmu Paolo Sorrentino. Choć nie twierdzę, że bym nie chciała, raczej bardziej mnie to onieśmiela jako coś co naturalnie do mnie nie przynależy.

    Toteż wybierałam się w tę podróż nie bez obaw. A że samoloty latają jak chcą (były o czasie), a że drożyzna ( tak samo jak w Warszawie), a że dużo osób, aż 6 a ja samotnik (okazały się wspaniałe), a że turystycznie – to owszem, ale też nie do końca, o czym za chwilę.

    Wcale nie tak mało jest w sumie ludzi, którzy nie lubią podróżować. Ja z podróżowaniem mam tak jak Dorothy Parker z pisaniem. Pisarka mawiała, że nie lubi pisać, ale lubi mieć napisane. Nie lubię być w podróży, ale lubię stan, kiedy przebrnę opresję lotnisk i absurd przemieszczania się, żeby gdzie indziej napić się kawy, której mogę napić się w domu. Jak już to uda mi się przeżyć, jak obce ulice zaczną układać mi się w sensowną układankę, którą jestem w stanie jako tako kontrolować – zaczyna mi się podobać, zarówno w Tczewie, tak i w Wenecji. Z tą różnicą, że trzeba mieć więcej narzędzi do ogarnięcia uroku miast powiatowych niż Wenecji. Wenecja jest łatwa. Kiedy zejdzie się ze szlaku piazza san Marco czy Ponte Rialto nawet w szczycie sezonu Wenecja okazuje się miastem roztaczającym swoje uroki w sposób wręcz nieprzyzwoity. W Wenecji nawet rozłożone pranie w oknach jest malownicze, wszystko jest jak na ładnościowym speedzie, jest spotęgowane, a jednocześnie dostępne na wyciągnięcie ręki i nie przytłaczające.

    Wenecja jako utopia

    Niemniej pozostaje to miasto pewnego rodzaju utopią. Z tego prostego powodu, że zaludniają je tylko ludzie w nastroju uroczystym, ludzie wyrwani z codzienności, ludzie na przerwie od życia, rozglądający się wokół, nawołujący się, trzymający za ręce, ubrani w najlepsze outfity nabożnie bieżący ku miejscom, w którym na najlepszym tle świata napiją się aperola.

    Tym samym Wenecja odjęła mi zwyczajową moja radość z podróżowania, tj bycie turystą i możliwość podglądania innych w ich zwykłości. Jest dajmy na to wtorek, a ja siedzę na skwerze i patrzę jak inni się krzątają. To zawsze podbijało moją własną atmosferę odświętności. Wenecja tego mi nie dała, byłam jedną z tysięcy. Musiałam mocno się nawypatrywać, aby dojrzeć tych, dzięki którym ten cały biznes miał szanse trwać: dostawców, tragarzy, koordynatorów, logistyków, przewoźników, usługodawców, sprzątaczy. Udało się, ale nie było to łatwe. Atmosfera wiecznej fiesty uczyniła z nich ludzi niewidocznych. Nie wyobrażam sobie mieszkania w tego typu mieście, którego każdy kawałek co dzień zawłaszczałby ktoś inny. 

    be real

    Aby znaleźć choć mały ślad życia z reala wystarczy jednak wsiąść w vaporetto i przejechać się 2 przystanki na wyspę Giudecca. Mija się doki, porty przeładunkowe, odrapane bloki mieszkalne i wysiada na miejscu, gdzie toczy się jakieś życie, jest nawet fryzjer i sprzedawca ryb oraz sklep z wypłowiałym AGD. Zbłąkani turyści zapewne ucieszeni, że aperol prawie połowę tańszy niż w centrum Wenecji. Pobyt tam mnie uspokoił. Oczy nie zrakowaciały od nadmiaru kategorii „ładne”. Nie, żeby Giudecca była jakaś brzydka. Była zwyczajna, jak większość włoskich miast nad wodą. Miała kolory, portowe klimaty, ale zero tej nachalności, orientu placu św. Marka, gdzie nieprzyzwoicie kapie złoto a nieopodal ustawiają się kolejki do sklepu Louisa Vuittona.

    Nie dotarłabym do Wenecji gdyby nie splot okoliczności towarzyskich związanych z tegorocznym biennale. Był to main point i tak, jak się spodziewałam akurat była to totalna art fiesta. Bałam się na początku, że nie znajdę do tego żadnego klucza, że niczego nie zapamiętam, ale to co mogłam, to stamtąd wyniosłam. 

    sezam sztuki

    W Arsenale czułam lekką frustrację z powodu nadmiaru, którego nie mogłam okiełznać z powodu gorąca i złego samopoczucia. Ale to, w czym się znalazłam było oszałamiające. Ilość instalacji, prac zdawała się nie mieć końca. Kiedy wydawało mi się, że widziałam coś wow, za drzwiami otwierał się kolejny sezam. W którymś momencie miałam obawę, że to jest nieskończone, a jeszcze potem zbłądziłam w przeciwnym kierunku niż wyjście, nad kanały, na rzeźby Lorenzo Quinna, na szutrowe ścieżki w pełnym słońcu weneckiego lipca.

    rzeżby Lorenzo Quinna, Arsenale, Wenecja 2022

    Potem okazywało się, że jeszcze coś przeoczyłam i jeszcze coś i jeszcze. Mimo to udało mi się złapać sznurek głównej reprezentacji. Otóż stanowiły ją kobiety oraz techniki twórcze, które nie zasadzały się tylko na malarstwie, ale na tak szalenie różnorodnych materiałach i tworzywach, że wprawiało to mój umysł w rodzaj euforycznego high emotion. Dużo wychwyciłam prac z tkanin, dzierganych, wyszywanych cekinami, koralikami, z pluszu. Ogólnie robionych technikami kiedyś przez art world pogardzanymi, uznawanymi za domowe, niszowe, niegodne. A tu te tkaniny hawajskie  Myrlande Constant, figury z tkanin Emmy Talbot czy wielkoformatowe tkaniny w pawilonie polskim romskiej artystki Małgorzaty Mirgi – Tas, żeby wspomnieć tylko te, które zapamiętałam.

    tkanina Myrlande Constant, Arsenale, Wenecja 2022

    Emma Talbot, Arsenale, Wenecja 2022

    Małgorzata Mirga-Tas, pawilon polski, Giardini, Wenecja 2022

    Przechodząc przez pawilon główny w Giardini moją uwagę złapała seria zdjęć. Przedstawiała `dziewczynkę bawiącą się popiersiem dorosłej kobiety. Widać było nagie piersi i martwe oczy tej figury. Dziewczynka bawiła się tym odlewem jak lalką, woziła w wózku, sadzała na leżaku, myła włosy. Ta zabawa przypominała jednocześnie akt opieki matki nad małoletnim dzieckiem. Zdjęcia prezentowały pewien rodzaj polemiki z rolami kobiet w relacjach, były niejako odwróceniem tych ról, zwróceniem uwagi na bycie uprzedmiotowioną w tych rolach. Prace te zrobiła polska artystka Aneta Grzeszykowska i były one dla mnie najciekawszą ekspozycją w tym pawilonie.

    Aneta Grzeszykowska, Griardini, biennale Wenecja 2022

    W Giardini przez sam fakt możliwości przechodzenia z pawilonu do pawilonu w ładnych okolicznościach weneckiej przyrody i malowniczych kanałków oraz przestrzeni gęsto usianej barami z winkiem po 3 euro – kontemplowanie, że tak powiem, sztuki poszło mi efektywniej. I udało mi się nieco skatalogować moje obserwacje tego ogromu twórczych działań z całego świata. Prócz silnego głosu kobiet uwypuklił mi się nurt badania związków człowieka z ziemią z naciskiem na pojęcie zagrożenia, w jakim żyjemy, do tego aspekt płynności gatunkowej, animizmu, nacisku na refleksję, że jesteśmy częścią tego anime a nie władcami świata natury. Ten aspekt był mocno widoczny w pawilonie duńskim, gdzie Uffe Isolotto w hiperrealistycznym świecie duńskich stajni pokazuje transhumanistyczną instalację, centaury, ludzko zwierzęce postaci wskazując na dwuznaczność świata, zamęt, rozpacz, śmierć. Do tego dochodzi mi wspomnienie z Arsenale, gdzie wielką instalację z gleby otaczającą zwiedzających zewsząd stworzyła Delcy Morelos.

    Uffe Isolotto,

    Uffe Isolotto, pawilon duński, biennale Wenecja 2022

    Delcy Morelos, Arsenale, biennale Wenecja 2022

    Łatwe do wychwycenia było także nie akcentowanie bezpośredniego dziedziczenia, zwrot ku bolączkom współczesności, wskazania konsekwencji nacjonalizmów, kolonializmu, uchodźców, obcych, przybyszy. Dlatego reprezentantami poszczególnych krajów nie byli rdzenni ich obywatele, Polskę reprezentowała artystka romska wskazując na rolę największej mniejszości narodowej czyli Romów, Francję Zineb Sedira artystka o korzeniach m.in. algierskich, która w swoim filmie i dekoracjach akcentujących moc pamięci osobistej wobec pamięci zbiorowej wskazywała na aspekty francuskiego kolonializmu. Szwajcarię reprezentowała z kolei artystka pochodzenia marokańskiego Latifa Echakhch. Jej drewniane instalacje przypominające ludzkie części były nadpalone, zanurzone w czerwonej łunie pożaru, migotały niepokojąco wskazując na cykl śmierci i odradzania się.

    Zinedib Sedira, pawilon francuski, biennale Wenecja 2022

    Latifa Echakhch, pawilon szwajcarski, biennale Wenecja 2022

     

    „The Milk of Dreams” – Mleko marzeń

    taki tytuł mają tegoroczne biennale. Pochodzi on z książki Leonory Carrington, w której surrealistka na nowo wyobraża sobie świat. Z pewnością pokazane na biennale prace redefiniują pojęcie człowieka, na pewno nie stawiają go w centrum, odzierają z atrybutu bycia miarą rzeczy, przekształcają obecne hierarchie, wieszczą koniec antropocentryzmu, prorokują mocne związki z nie-ludzmi, z naturą, mieszają rdzenne tradycje z osobistymi mitologiami, i to wszystko – także dla ludzi nie związanych ze sztuką, niezbyt biegłych w historii sztuki – będzie na weneckim biennale łatwe do wychwycenia.

    Teraz po pewnym czasie wszystkie te obrazy, jakie zarejestrowałam w aparacie, w telefonie migoczą mi kalejdoskopowo składając się w ten jeden sensowny ciąg mocnego przekazu, że nadchodzi kres dawnych narracji. I to jest dobra wiadomość.

    W Wenecji zadzierzgnęła mnie jeszcze jedna wystawa, zorganizowana też w ramach wystaw towarzyszących biennale przez Fundację Rodziny Staraków – w Palazzo Querinii. Zgromadzone prace tekstylne, filmowe, zdjęciowe, malarskie Ewy Kuryluk objaśniła nam kuratorka wystawy Ania Muszyńska. Hiperrealistyczne obrazy artystki, tkaninowe cykle przedstawiające jej codzienność typu jedzenie jajka na śniadanie w towarzystwie partnera, te zapisy etapów jej życia, inscenizacje zwykłości, cielesności skojarzyły mi się z obejrzanym niedługo potem już w Warszawie filmem amerykańskiej artystki wizualnej Susan Mogul. Obie te artystyczne reprezentacje mocno rezonują mi w głowie, jeśli chodzi o kwestię czynienia ze swojego życia obiektu twórczej ekspresji. Dziś prywatność, codzienność to waluta zdewaluowana. A one wiedzą, wiedziały, jak zapośredniczyć kąpiel w wannie, jedzenie śniadania, aby akty zwykłości stały się narzędziem estetycznego poznania.

    Ewa Kuryluk, tkanina, Palazzo Querinii, biennale Wenecja 2022

    Czy wiem, jak zrobić z własnego życia sztukę?

    Nie, nadal nie mam o tym pojęcia, chociaż mam pewien pomysł, który nie wiem czy wypali.
    Podróż do Wenecji nie była nigdy obiektem moich wzmożonych chęci. Bo gorąco, bo tłumy, bo drogo, bo kiczowato, jak  mylnie zakładałam. Okazała się jedną z ciekawszych moich podróżniczych peregrynacji.

  • Co oglądać w środku lata

    Przez moje social mediowe ścieżki wpadłam na platformę streamnigową Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych 35mm.online, na której bezpłatnie jest baza filmów z lat 60/70/80/90. Filmy są po rekonstrukcji cyfrowej, znakomita jakość, całość współfinansowana ze środków unijnych. Wspaniała jest to sprawa, bo ja często wracam do polskich seriali z tamtych lat i muszę je kątem gdzieś oglądać w jakości słabej. Znajduję ogrom przyjemności z powrotu do kinematografii tamtych lat.
    Odpowiada za to nie tylko nostalgia, właściwie nawet wcale nie ona. Ważna dla mnie jest obserwacja, jakie pomysły realizowano w komunistycznej Polsce, jak to było realizowane i jak zmieniły się relacje społeczne. W skrócie (ale nie przywiązujcie się do tej idei) mogę powiedzieć, że te społeczne stosunki nieco ewoluowały, w kierunku – zaryzykuję stwierdzenie – raczej dobrym. Mimo że patriarchat i mizoginizm trzyma się całkiem dobrze, nikt już chyba dziś nie zrobi filmu obyczajowego, w którym kobiety klepie się w pracy po tyłkach, robi im uwagi, że „to nie dla ciebie temat” itp.
    Zmienia się też w narracjach obecnych stosunek do natury, nie traktujemy jej już tak obcesowo i jako coś oczywistego jak kiedyś. Natomiast pod względem realizacyjnym, mimo że obecnie jest dostępna nowoczesna technologia, nieograniczony dostęp do praktycznie wszystkich informacji, zapewne też i większe są budżety, to współczesne produkcje są wg mnie marnym echem filmów z tamtych lat jeśli chodzi o historie, konstrukcje scenariuszy, bohaterów, intrygę, klimat. Właściwie wszystko. Ze świecą szukać dziś produkcji tzw autorskich. Chcąc zrobić film, trzeba pozyskać przychylność producentów powiązanych z gigantami filmowymi i te narzucają na te produkcje swoje algorytmy, które ze sztuką nie mają właściwie nic wspólnego. Jedna „Euphoria” wiosny nie czyni:)

    Rozpoznanie platformy 35mm.online zaczęłam od 2 filmów.
    Pierwszy, taki na czasie, no bo „W środku lata” -1975 r. reżyser Feliks Falk, Andrzej Jaroszewicz zdjęcia.

    Tak się zastanawiałam, czy Ozon jak robił „Basen” to oglądał film Falka:) To jest ten sam klimat. Czuć go od pierwszych sekund filmu, niby fajnie, miło, ładne okoliczności przyrody, lato, urlop, a jednak gdzieś coś się czai. Uwielbiam filmy, które łączą w sobie klimat mocnej obyczajówki, realizm z grozą. Akcja osadza się na historii pary (młoda Teresa Budzisz – Krzyżanowska i Andrzej Chrzanowski – naczelny intelektualista filmów tamtych lat:) ), która jedzie do wynajętej od znajomego leśniczówki na wieś spędzić ze sobą więcej czasu, wzmocnić więzy, ale widać od początku, że coś tam się nie klei. Pan zajęty jest swoimi pracami naukowymi a pani szuka bliskości. Jednak jest w tych poszukiwaniach osamotniona i zbywana. Jest to też przy okazji studium związku. Wydaje mi się, że dynamika związku jest pokazana w filmie w wymiarze uniwersalnym, aktualnym, mimo zmieniających się standardów społecznych. Albowiem niezależnie od deklaracji, wiele relacji intymnych, w 4 ścianach pozostaje przemocowe. Tu przemoc polega na tym, że pan zbywa zabiegi pani o tę bliskość, bagatelizuje też jej obawy, bo kobieta słyszy wszędzie odgłosy, widzi nieznajomych za płotem a pan kwituje to prostym „zdawało ci się”. Łatwo wyczuć, że partnera irytuje jego partnerka i posądza ją o nadwrażliwość, fanaberie, histerie, no jak to kobitki, tak mają. Nie trzeba się przejmować. Pada też najbardziej opresyjny tekst ever, kiedy bohaterka odkłada płytę winylową bez uprzedniego wsadzenia ją w osłonkę. Pan mówi wtedy, a dzieje się to przy zaproszonym gościu – „czy mogłabyś nie odkładać MOICH płyt w ten sposób? Mówiłem ci to już tyle razy”. Serio. Ja nie znam bardziej opresyjnych tekstów niż takie jak ten, zwłaszcza, kiedy mówi się je w obecności osób trzecich.
    Prócz dramatu małżeńskiego rozgrywa się tu coś nierealnego, nienazwanego a podszytego grozą. Krzątanie się bohaterki podszyte jest lękiem, a widzimy to dzięki sposobowi filmowania, są to obrazy z niską ekspozycją (bardzo teraz modne na pintereście!:)), przyciemnione, mimo, że to lato. Widzimy przyglądających się kobiecie obcych mężczyzn, poruszające się złowrogo krzewy, słyszymy historie o utonięciach, morderstwach i dużo, dużo zabitych zwierząt – zajęcy, saren, ryb. Te zwierzęce umierania pokazane są wręcz hiperrealistycznie. Ja wtedy zamykam oczy. Cierpienie zwierząt ma dla mnie wymiar ludzki. Wtedy, a nawet dziś jeszcze, tak do tego nie podchodzono, ale jestem pewna, że reżyser użył tych obrazów celowo, dla podbicia atmosfery zagrożenia i śmierci. Wg mnie wpływ na ten wydźwięk mogło mieć miejsce akcji. Rzecz dzieje się na Kaszubach, na terenach poniemieckich. To było 30 lat po wojnie, moim zdaniem pamięć krzywd ludzi, którzy tam mieszkali, tych którzy ucierpieli na skutek wojny i powojennych porządków gdzieś tam nadal była żywa, żyła w tych lasach, w tamtym powietrzu, w tamtych ludziach.
    I tak para nowoczesnych ludzi z miasta chciała sobie żyć w warunkach pokoju i słuchać Haydna, pisać socjologiczne rozprawy habilitacyjne, ale niedawna przeszłość, niezidentyfikowane lęki ludzkie jeszcze ich ścigały.
    Film – świetny. Ani razu nie grzebałam w telefonie oglądając go, a biorąc pod uwagę, że przy nowych produkcjach robię to nieustannie, no to jest chyba wystarczająca rekomendacja.

    Drugi film – totalny sztos 10/10 debiut Barbary Sass z Dorotą Stalińską w roli głównej, z 1980 roku „Bez miłości”.

    Historia jest o młodej dziennikarce, reporterce, która chce odnieść sukces w zawodzie i porusza się w mizoginicznym świecie z taką samą bezwzględnością jak ci wszyscy paternalistyczni szefowie, koledzy, współpracownicy. Wykorzystuje ich w sposób totalnie cyniczny, robi bez wyrzutów sumienia karierę przez łóżko, potem sięga po kolejnego kochanka na stanowisku wyżej, nieślubne dziecko oddaje na wychowanie matce, w której zresztą ma ogromne wsparcie, ma plan, jest zdeterminowana, dynamiczna, na wspomagaczach, ale do celu dąży – jak to mówią – po trupach. Co okazuje się potem niemal prawdą. Film poddaje pod rozwagę nie tylko rolę kobiet w społeczeństwie, kobiet, które chcą być niezależne i aktywne zawodowo, ale podbija też temat zawsze na czasie – wolności słowa, praw do własności cudzych opowiadanych historii, granicy reporterskiej prawdy, tego co wolno opowiadającemu. Dziś z pewnością takie praktyki, jakie stosowała bohaterka w swoich reportażach na pewno by nie przeszły, mamy copyrighty, legale i rodo. Ale potężna fala mediów społecznościowych rozwalcowująca nasze życia to pytanie o granice prawdy i prywatności ciągle stawia i pozostawia aktualne.
    Zastanowiła mnie też tam jedna rzecz. Czas, w jakim dzieje się film to okres przed stanem wojennym, jak pamiętamy fale niepokojów społecznych, zagrożenie, niewiadome. Jest taka scena, kiedy koleżanka pyta głównej bohaterki – czy nie boi się gdzieś tam jechać czegoś robić skoro czasy takie niespokojne, na co Stalińska – Ewa Bracka odpowiada – zawsze czasy są niespokojne i zawsze coś się dzieje. I to jest akurat prawda, niby banalna, ale naprawdę pozwala zyskać inną perspektywę choćby dla obecnych czasów, kiedy co dzień zbieramy trwożliwy plon wieści z kraju i ze świata, a ja zawsze powtarzam, że zawsze tak było. Zawsze działo się coś i zawsze będzie, dwie granice dalej, czy za płotem czy w środku.
    Bohaterka ma też credo pasujące do tych całkiem liberalnych czasów, że nie ma sytuacji bez wyjścia, zawsze można coś wymyślić. Instagramowi kołczowie byliby z niej dumni. Niemniej na tamte czasy to była niecodzienna postawa, taka wiara we własną sprawczość, zwłaszcza w przypadku kobiety. Los ostatecznie przyciera jej nosa, ale to jak Sass wymyśliła tę postać, jak wszczepiła figurę silnej kobiety w tamten betonowy patriarchat wzbudza we mnie podziw niekłamany. Do tego dynamiczny montaż, konstrukcja scen, prowadzenie postaci. Z całości idzie spójny obraz i uniwersalny przekaz.

    Proszę mi wskazać, kto dziś tak robi filmy?

  • Szkic o lęku

    Dzisiaj taki nietypowy tekst, bo o mnie, a tyczy konkretnie lęku. Problematyka bardziej jednak demokratyczna niż recenzja aktu twórczego, który może być dostępny nielicznym. A tu zaryzykuję stwierdzenie, że chyba nie ma ludzi, którzy niczego się nie obawiają, nie boją, choć z pewnością gradacja lękowości jest bardzo różna. Temat ten postanowiłam opisać w związku z jednym wydarzeniem, a mianowicie moją wizytą w ośrodku wczasowym Świt w Wildze, w lasach pod Warszawą. Wybrałam się tam na poszukiwanie straconego czasu i na duchologiczne eksploracje śladem czaru dawnego PRL, którym za dzieciaka się gardziło, a teraz klimacik ten zajmuje poczesne miejsce w segmencie Nostalgia. Nie jest istotne, czy było wtedy fajnie, raczej niefajnie, bo mnie się kiedyś chyba nic nie podobało, ale mniejsza z tym. Wróciłam na teren dawnego ośrodka, w którym bywałam na wczasach mając kilka lat i wdychałam zapachy dawnych czasów robiąc zdjęcia w kultowej stołówce ośrodka przy Borowików 8.Pozostała ona w niezmienionym stanie od 40 bodajże lat.

    Dlaczego piszę o tym przy okazji lęku?

     Ponieważ niespodziewanie okazało się, że po tym, jak personel opuścił ośrodek w okolicy 15:00, zostałam na jego terenie całkiem sama. Nie zjawił się tam nikt przez te 4 noce, które tam spędziłam i tu zaczyna się właśnie ta historia, którą chcę się podzielić.

    Każdy, komu o tym wspominam, o tych 4 nocach w środku lasu wyłącznie we własnym towarzystwie, zdumiewa się i na ogół twierdzi, że nie dałaby/nie dałby rady rady tak samopas, że porobiłby/-aby kilka zdjęć, wsiadła/-ł w samochód i zawrócił/-a do domu. Albo przynajmniej byłaby/byłby uzbrojony w gaz pieprzowy.

    Nie wiem czy ja bym się zatrzymała tam w takich okolicznościach, gdybym o tym wiedziała. Byłam przekonana, że będą ludzie, albo że zaraz ktoś dojedzie. Pani z recepcji zapewniała, że tak ma się stać. Nie dotarł nikt ,a ja, siłą inercji, zostałam na miejscu zagłuszając ciszę nocy głosem telewizora i kanału TVP Kultura, na którym leciały stare komedie Fredry w Teatrze Telewizji.

    Kłamałabym, gdybym twierdziła, że nie odczuwałam żadnego lęku, ale ze względu na to, co nieoczekiwanie przyniosły mi okoliczności, postanowiłam przyjrzeć  się moim emocjom i myślom. Może taka okazja do konfrontacji nigdy się nie powtórzy?

    W tym momencie rozmaitym przekołczowanym ludziom przyjdzie na myśl światła rada wszystkich liberalnych kołczingowców, że hello, wszystko kochana/-y masz w głowie! Ogarnij to! Pozbądź się toksyn myślowych, lęku, bo se tylko go stwarzasz a on wcale nie istnieje!

    Postanowiłam skonfrontować się z tym hasłem osobiście. Według mnie prawdą jest, że wiele naszych działań i myśli bywa kwestią decyzji. Jeśli zdecyduję, że jakiś wyjazd będzie udręką i nudą to prawdopodobnie mało co mnie przekona, że jest inaczej. Jeśli zdecyduję, że nastawiam się na case – będzie co będzie i decyduję w trakcie o emocjach, to prawdopodobnie tak się stanie i to pozostawia szerszy zakres możliwości doznawania tych emocji. Jeśli nastawię, że będzie ekstra – niestety istnieje niebezpieczeństwo, że wysoko wywindowane oczekiwania mogą przynieść odwrotny skutek. Zatem jest trochę prawdy w tym, że wiele jest w naszych głowach, wiele zależy od tzw nastawienia, ale jednak nie wszystko.

    Siedząc w tym domku w środku lasu i słysząc albo telewizor albo nic, myślałam o tym, co jest w mojej głowie. Obserwowałam uważnie każdą myśl i rozkładałam ją na czynniki pierwsze. Myślałam oczywiście o tym, że ktoś może tu być i chcieć mi zrobić jakąś krzywdę, bo tak. Bardzo, ale to bardzo, starałam się, żeby ta myśl nie rozgościła się w mojej głowie, żeby nie rozpełzła mi się po zwojach i nie przełożyła na reakcje w ciele. Racjonalizowałam ten lęk myśląc, że ale kto tu mógłby przyjść? kto mógłby chcieć okraść jakąś babę, która jeździ starym nissanem, po co komuś jakieś morderstwa w tym lesie, na dobrą sprawę pewnie nikt nie śledzi mieszkańców ośrodka, a poza tym wszędzie, na co drugim niemal drzewie, był monitoring. Dziś trudno tak naprawdę przemykać przez życie niezauważalnym. Zdobyłam się na wysiłek odtrącając te myśli, oglądając Fredrę i w końcu zasypiając, ale z radością niekłamaną witałam nadejście dnia. Każda kolejna noc nie była ani lepsza ani gorsza. Podjęłam decyzję, że ta totalna samotność będzie wartością dodaną do tego wyjazdu i odliczałam czas aż wszyscy pracownicy polezą sobie do domów i wszystko będzie należało tylko do mnie. Będę robić, co zechcę, siedzieć gdzie zechcę i nikt nie będzie zawracał mi głowy swoimi myślami, swoją obecnością. Było to wspaniałe uczucie.

    Nie jest tak, że zdarzyło mi się to pierwszy raz. Często podróżuję po Polsce sama i zdarza mi się trafiać na Mazurach czy nad morzem, zawsze poza sezonem, na pusty las i mnie w środku, opustoszałe jeziora albo wytrzebione z drzew polany, tereny totalnie puste. Ten lęk w takich sytuacjach opanowałam już jakiś czas temu, ale nie zdarzyło mi się obcować z tą samotnością aż przez 4 noce. 

    Jednak ważne jest, że ten trening odbywał się już wcześniej, a dodatkową istotną sprawą pozostaje to, że ja uwielbiam być sama i mam tak od dziecka. To był i jest dla mnie zawsze największy stan szczęścia. Więc to pomogło mi kiedy byłam sama w ośrodku Świt.

    Ale też prawda jest taka, że ktoś inny mógłby z takiej próby wdrożenia nośnego optymistycznego nakazu – że wszystko masz w głowie i decydujesz – wyjść pokonany. System oczywiście wbija ludzi z takich powodów w poczucie winy, że są lamusami, przegrywami i leniami, którym nie chce się podejmować czelendży. Jednak oczywiste jest przecież, że w tych głowach każdy ma inne repozytorium doświadczeń, inny sposób absorbowania zdarzeń zaistniałych i wymyślonych, inne rodzaje reagowania i kumulowania emocji. To jest wg mnie skrajnie szkodliwe wymagać od ludzi, że każdy reagował podobnie na jakąś sytuację trudną. Niby oczywiste, ale kiedy zerkniemy na jakikolwiek nasz pogląd wyrażony choćby ostatnio w jakiejkolwiek rozmowie, okazuje się, że rzadko dajemy innym prawo do tego, żeby mniemali o czymś inaczej niż my.

    Hasło „wszystko jest w twojej głowie” to paradoksalnie jedno haseł, które wyrządziły mnóstwo spustoszeń w relacjach międzyludzkich. Wbiły ludzi w poczucie winy, że są niewystarczający, zrobiło z innych opresyjnych rozmówców oczekujących od innych działań, jakie im wydają się słuszne etc.

    Wracając do tematu lęku. Ja siebie uważam np. za osobę lękową.

    Miałam lękową matkę, która bała się sama przechodzić przez ulicę i obiecałam sobie, że nigdy taka nie będę, co oczywiście udało mi się mocno średnio. W procesie upływu lat, socjalizacji, doświadczeń udało mi się pokonać różne lęki, ale wrzucone na matrycę wzorce zachowań nie dają się wymazać gumką myszką, stanowią punkt odniesienia już na zawsze. Mając ten właśnie wzorzec w swojej głowie nigdy nie byłam człowiekiem tzw przygód, nie szukam wyzwań i czelendży, nie fascynuje mnie rywalizacja i ze wszystkiego co kręciło i kręci mnie najbardziej to jest święty spokój. Na pewno ma to podłoże lękowe w jakimś stopniu, ale pogodziłam się z tym i mi to nie przeszkadza. Jako człowiek lękowy kocham rytuały, swoje zwyczaje, bo dają mi oczywiście złudzenie poczucia bezpieczeństwa. Jak byłam dzieckiem jadłam latami tylko chleb z powidłami i frytki. Do dziś mam takie kulinarne fiksacje i mnóstwo dziwnych fobii.

    Nie lubię zmian, nie lubię się przemieszczać, wszystko to potem akceptuję, ale nie wywołuję tych zdarzeń jakoś namiętnie. Pierwszy raz samodzielnie jechałam pociągiem mając 19 lat na praktyki robotnicze do Jarocina i miałam dwie przesiadki. Pamiętam, że wszystko, dosłownie wszystko i każdy wydawało mi się zagrożeniem. Okazało się, że dotarłam bez problemu, nic się nie zdarzyło i potem wielokrotnie miałam okazję przekonać się, że to co mnie stresowało, napędzało strach typu: medyczne atrakcje jakieś, zepsuty samochód w polu, trudne konfrontacje z ludźmi, nagła zmiana sytuacji życiowej – było do przeżycia, kiedy już w tym byłam. Z prostego powodu. Kiedy ma się zabieg, psuje się coś nagle, coś idzie nie pomyśli, ktoś jest niemiły – to przecież nie podejmuje się wtedy decyzji, że się z tego powodu umrze. Żyje się dalej. Wychodzi się nawet silniejszym i tu każdy kołcz mówi – a nie mówiłem. Z tym, że wiemy, że też nie każdy tak ma i są ludzie, którzy obumierają w środku bo muszą odezwać się do obcego. Ja mam szczęście – nie lubię, ale mogę to zrobić.

    Oswajanie lęku to proces, który nigdy się nie kończy. Świat, media, informacje bardzo nam w tym pomagają, abyśmy stale się bali, stale utrzymywali się z stanie poczucia zagrożenia. Taką masą łatwiej jest manipulować, łatwiej wmówić, że jak zrobią coś tam ,to będzie lepiej, a wcale tak przecież nie jest. Kiedy sobie przypomnimy ostatnie info, jakie przeczytaliśmy w internecie, obejrzeliśmy w tv to jest wojna, znęcanie się nad zwierzętami, ludźmi, to są ludzie, którzy mają więcej a my mniej, to są problemy ekonomiczne, zagrożenia klimatyczne, absurdy rządzących, próby niewolenia ludzi, dyskryminacja i tak bez końca. Rzadko do tego przebija się coś dobrego. Dobro słabo się klika, chyba że jest to Paulina Młynarska i jej dobro, które opowiada apropos swoich przygarniętych kotów i psów, a i tak ludzie zarzucają jej, że jest niemiła albo mówi dziecinnym językiem o kocie a nie powinna. Lubimy do każdego dobra włożyć łyżkę dziegciu i nawet przestaliśmy się zastanawiać skąd nam się to bierze. Boimy się zostać sami w środku lasu nocą, bo co by było, gdybyśmy usłyszeli swoje własne myśli.

    Czy to właśnie nie ich boimy się najbardziej?

  • „Kiedy widzę Filipkę, chcę założyć garsonkę”- o spektaklu „Orlando.Biografie”- Teatr Powszechny

    Według mojej obserwacji żyjemy obecnie trochę w takiej aberracji jeśli chodzi o narrację odnośnie płci, ciał, ludzkiej seksualności. Bo z jednej strony jesteśmy w kraju, który posiada najbardziej restrykcyjną politykę kontroli prokreacji, który nadal mocno usadawia kobiety w stereotypowych rolach i niżej w hierachii uposażeń za tę samą pracę jaką wykonują mężczyźni, w kraju, który ustanawia „strefy wolne od LGBT” a osoby queer nazywa ideologią, prezes wiodącej partii rządzącej zaś stwierdza na jakimś wiecu na temat środowiska queer, że „on by to badał”. A z drugiej strony niebinarność, perfomatywność płci, reprezentacje queerowe, kultura drag coraz silniej przebijają się do mainstreamu. Myślę, że nadal w wielu miejscach usłyszy się wyraz słynnej tolerancyjnej postawy a la wujek „niech oni se robią co chcą, kochają jak chcą, ale po co tak się z tym afiszować, parady jakieś urządzać”. Jednak da się zauważyć, że jawne kwestionowanie płynności seksualności, płci i tego, że miewa ona przeróżne reprezentacje zyskuje powoli status obciachu.

    Judith Butler napisała flagowy manifest gender „Uwikłani w płeć” 30 lat temu, więc świadomość tego, że płeć to płynny kulturowy kod, nie tylko coś zdeterminowane biologią, prostym podziałem – chłopiec czy dziewczynka? istnieje nie od dziś. Jednak dopiero teraz częściej być może przychodzi nam do głowy pytanie – dlaczego osoba dekodowana jako kobieta ubrana w obcisłą sukienkę i buty na obcasach zyskuje społeczną aprobatę a osoba dekodowana jako mężczyzna ubrana tak samo jak kobieta tej aprobaty nie zyskuje? Dlaczego nie dziwi nas osoba męska przebrana w złocone szaty, suknie, ornaty, ze złotym pierogiem na głowie, a Andrzej Szwan znany jako Lulla de La Polaca mówi, że w Polsce boi się wyjść na ulicę w kolczykach i z umalowanymi ustami. Czy zastanawiamy się w ogóle nad tym kto konsekruje takie a nie inne wzorce zachowań przypisanych do płci? Kto o tym decyduje co jest „męskie”, co „kobiece”, co właściwe a co nie? Dlaczego kiedyś nie do pomyślenia było, aby kobieta nosiła spodnie a teraz, że mężczyzna nosi sukienkę? Czy myślimy nad tym, że to jak wyglądamy, jak wyglądać chcemy, czego się boimy w swoich reprezentacjach to nic innego jak tylko pochodne funkcji władzy, narracji systemów państwowych, religijnych, które nakładają na społeczeństwa narzędzia opresji, kontroli, aby nimi łatwiej zarządzać i przy okazji wzniecać podziały i kontrolę wewnątrz nich samych?

    Tymczasem – Judith Butler, która udowadniała, że wyznaczanie jedynych słusznych reprezentacji płci to prosta droga do hierachizacji i wykluczeń, Paul B. Preciado i jego biopolityka, farmakopornografia, spektakle Nowa Europa w Teatrze Nowym, wcześniej Simone de Beauvoir, Michel Foucault, Tilda Swinton:) i wiele więcej jeszcze głosów przebija się i wychodzi z backstage na mainstage społeczny.

    Dowodem tej aktywności pozostaje także spektakl z Teatru Powszechnego, w reżyserii Agnieszki Błońskiej, który sięgnął jeszcze dalej w kulturowych inspiracjach, a mianowicie do tekstu Wirginii Wolf „Orlando” oraz do postaci 16 letniego chłopaka z dworu królowej Elżbiety, która to postać była emanacją dwoistości ludzkiej natury, jej niejednoznaczności. Orlando to figura dramatu uwikłania w kulturowe reguły płci, a spektakl zatytułowany „Orlando. Biografie” przedstawia ten temat z perspektywy konkretnych, wyrazistych losów postaci, które w nim występują. Całość zaaranżowana jest jako zjawisko na pograniczu teatru, perfromancu, sztuk wizualnych, techno-party, terapii zbiorowej i wykładu. Poszczególne osoby dzielą się swoimi historiami funkcjonowania z innym poczuciem na temat kodu swojej płci niż przewiduje to nakaz społeczny, wszystko zestawione i przestawione jest tak, że brzmi jak mocny wolnościowy manifest i zdarzenie społeczne. Uteatralizowanie tych historii nadaje im zaś wymiar czytelnego symbolu łatwego do odczytania także przez osoby nie zorientowane w akademickich dyskursach o reprezentacji płci.

    Nie ma w spektaklu hierachii ważności poszczególnych losów. Poddajemy się terapii zafundowanej nam przez Anu Czerwińskiego będącego w momencie tranzycji płci (jego losy były wplecione w historię „Mieszkanie na Uranie” w Teatrze Nowym), jest taka chwila, kiedy po zapytaniach jakie Anu rzuca do widowni czy jesteśmy gotowi przysiąc, że zawsze czuliśmy się tymi, kim się czujemy – osoby ze sceny długo patrzą na osoby na widowni, a widownia osoby na scenie – w totalnym milczeniu i jest to jeden z najbardziej gęstych momentów, jakie przeżyłam ostatnio w teatrze. Ludzie patrzą na ludzi. Proste, a jednak…

    Przysłuchujemy się komentarzom Filipki Rutkowskiej, która z gracją godną pozazdroszczenia obnosi swoje torebusie i garsonki i nakłania do weryfikacji naszych poglądów odnośnie reprezentacji outfitów oraz spojrzenia na tematy nie tylko z męskiej perspektywy, do której przyzwyczaił nas patriarchalny system. Jak powiedziała w rozmowie moja przyjaciółka Agata Zbylut podsumowując oglądany spektakl „Kiedy widzę Filipkę, chcę założyć garsonkę”:)
    Widzimy Pepe le Puke trans osobę z kolektywu dj’skiego oraz Lullę – najstarszą drag w Polsce. Andrzej Szwan ma 84 lata i można powiedzieć, że wreszcie jest na fali. Stał się widzialny, ma wiele reklamowych kontraktów, udziela wywiadów, bierze udział z niezliczonych queer imprezach. Jest barwny, jest wytrwały, jest dowcipny i nie użala się nad sobą. Widziałam dokument o nim w reż. Bogny Kowalczyk „Boylesque”, w którym poznajemy bliżej tę niezwykłą postać nadal zawzięcie tańczącą do przeboju Beaty Kozidrak „Co mi panie dasz” po nieudanej randce na mieście, zabawnie tłumaczącą kolegom, że może się z czymś nie wyrobić, bo zapominają, że jest od nich jednak starsza o 50 lat:) Czuje się, jak zwyczajowe uprzedzenia związane z tym, jak kto wygląda, ile ma lat zanikają.

    fot. Magda Hueckel

    Ale dopiero na scenie Powszechnego słowa Anadrzeja Szwana, który zawsze lubił przebierać się w sukienki i malować usta, uderzają mnie mocno. Szwan w kilku słowach szkicuje moment, jaki zapamiętał z wczesnego dzieciństwa, bomby spadające na miasto, ukrywanie się przed 2 miesiące w szczelnie zabarykadowanej piwnicy, szczęcie, że bomba nie trafiła akurat w ten budynek. Ciężko uniknąć skojarzenia z tym, co dzieje się obecnie na naszych oczach, tuż za naszą wschodnią granicą. Kiedy wydawało nam się, że wszystko mamy z grubsza poukładane, okazuje się, że to nie stabilizacja ale chwiejność i niepewność jest wpisana w nasz los. Co niby wiemy, ale do końca nie dowierzamy nigdy.Z wywiadów dowiadujemy się też Lulla la Polaca to szczęśliwie ocalone dziecko holocaustu. Potem ten mroczny PRL, akcja Hiacynt, te homofobiczne opresje i oto stoi na scenie ona/on w kostiumie scenicznej diwy, w błyszczącej sukni i śpiewa dla nas, a ja nie ukrywam, jak szalenie mnie to wszystko porusza.

    Do kultury drag zawsze miałam wielkie umiłowanie i właściwie nigdy nie zastanawiałam się dlaczego. Pociągała mnie teatralność tego zjawiska, ten rodzaj przerysowania, brania w nawias  pewnych atrybutów kobiecości, które akurat mnie cis kobiecie wydawały się nieznośne. Fascynowało mnie to i fascynuje nadal. Po przyjrzeniu się też losom Kim Lee – Wietnamczyka mieszkającego w Polsce, który w sile wieku zmarł rok temu na covid, odnalazłam w tym więcej niż przegięcie i zabawę. Widzę w tym polemikę z zasadami, jakie zostają ludziom wyznaczone, zapytania- dlaczego nie mogę wyglądać, poruszać się, być – w sposób inny niż przypisuje kultura. Kim Lee przebierała się nie tylko za kobietę, tańczyła np w stroju ludowym do piosenki „My Słowianie”. Nie było to jednak przaśne kulturowe zawłaszczenie jak Gosi Rozenek prężenie się na instagramie w indiańskim pióropuszu podczas podróży do Stanów. To była performatywna polemika z tym jakie role wypada nam odgrywać. To jest rodzaj dyskursu, poddania w wątpliwość znaków uznanych za kanony.Stąd prosta droga do wyzwolenia się z myślenia o swojej płci, jej reprezentacji w sposób jaki wyznaczają systemowe reguły.

    Oczywiście to wszystko nie polega na tym, że płeć to rodzaj ubrania, które zmieniamy, odwieszamy do szafy w zależności od potrzeb czy humoru.

    fot. Magda Hueckel

    Przedstawione na scenie losy postaci, przygotowana przez Katarzynę Kozyrę scenografia złożona z pluszowych, plastikowych części ciał, dramatyzm losów, czasem komizm jednostkowych doświadczeń wskazują wyraźnie trop, aby uświadamiać sobie że spektrum bycia człowiekiem nie jest binarne, nie bywa jednoznaczne, bywa też zmienne w czasie, jest prądem, z którym unosi nas biologia, społeczeństwo, nakazy, role, własne samopoczucie i świadomość, że możemy przyglądać się bacznie i polemizować z tym co jest uznawane za „oczywiste”, „naturalne” i „przyzwoite” i mapować swoje życie po swojemu.

    W październiku spektakl wraca na scenę. Warto, aby wam to nie umknęło.

    fot. Magda Hueckel

  • I libido i romantico – o nowym spektaklu Teatru 21

    Nienormatywność, inkluzywność, ciałopozytywność, różnorodność reprezentacji seksualności i płciowości – te tematy przewijają się w moich własnych obserwacjach społecznych norm i narzucanych zachowań. Biorąc pod uwagę ilość spektakli i performenców teatralnych, które w ubiegłym i bieżącym roku obejrzałam, a które ilustrowały emancypacyjne odniesienia do wymienionych kwestii – mogłabym pokusić się o stwierdzenie, że coś w temacie drgnęło. Przywołam tu choćby „Tanz” Florentyny Holziger, „Habitat” Doris Uhlich w Nowym Teatrze czy „Larvę” Marty Ziółek w Komunie Warszawa. Stosunek do naszych ciał i jego potrzeb przeobraża się, wychodzi z ciemnych szaf opresyjnych religijnych reżimów i systemów zaprzężonych do obsługi patriarchalnych instytucji. Zaczynamy nabierać nawyku coraz śmielszego mówienia o tym i w praktyce wychodzenia poza praktyki pamiętane z epoki Anieli Dulskiej.

    Wydawało by się, że jesteśmy już na dobrej drodze i nic nie umknie nam uwagi, żadna grupa, żadna ludzka potrzeba. Jednak możemy się mylić obierając ten punkt widzenia.

    Tu w sukurs przychodzą twórczynie z Teatru 21 – Justyna Wielgus – reżyserka i Justyna Lipko – Konieczna – scenarzystka, dramaturżka, które na scenie Komuny Warszawa wystawiły spektakl „Libido Romantico”. To już drugie moje – po „Jak przestałem być doskonały” – przedstawienie tego teatru, w którym scena należy do osób z niepełnosprawnością umysłową, z zespołem Downa. Tym razem po performensie w cyrkowo – mityczno – hinduskim anturage biorącym na warsztat kwestię odmienności fizycznej twórczynie  dają widzom obraz sytuacji ludzi z niepełnosprawnościami w kontekście ich seksualności. My ze swoją się oswajamy a co z nimi? Z ludźmi i tak społecznie marginalizowanymi w widzialności społecznej?

    Aby opowiedzieć te historie Wielgus i Lipko – Konieczna odwołały się do tekstu, którego na współczesnych scenach też raczej byśmy się nie spodziewali. To licealna narodowa zdawałoby się – ramota, dzieło koturnowego wieszcza  Mickiewicza „Ballady i romanse”. Jednak twórczynie odnalazły w tym dziele performatywny potencjał. Mija równo  200 lat od wydania Ballad. Wtedy rewolucjonizowały kostyczną oświeceniową narrację i każdy, kto choć trochę uważał na polskim pamięta, że od „Ballad i romansów” datuje się początek epoki romantyzmu w literaturze. Jakie to jednak ma związek z seksualnością osób z niepełnosprawnością? Czy teksty z XIX wieku mogą trafić w jakąkolwiek współczesną tarczę. Otóż mogą. Mogą być dobrym komentarzem do tematu, o którym niełatwo się mówi i który praktycznie w mainstreamowej narracji nie istnieje. „Ballady i romanse” na tamte czasy realizowały się jako rewolucyjny tekst, bo głos dostały w nim osoby właśnie dotąd niesłyszalne, ludzie z gminu, z klas niższych, ci których głos nie był istotny. Dzikość, mroczność, silne koneksje z naturą, sensualność przedarły się do świadomości czytelników z poziomu ludzi, którym prawa do odczuwania odmawiano i nawet nad tym nigdy się nie pochylano. Wtem okazało się, że ich odczuwanie, ich praktyki są bliższe niepokojom epoki i pytaniom jakie stawia niż oficjalny język szacownego „mędrca” ze szkiełkiem i okiem. To „Ballady i romanse” wysunęły postulat demokratyczności uczuć. Tym samym lektura wieszcza ożywa na nowo w kontekście seksualności osób z niepełnosprawnością. Ich seksualność jest wypierana z głównego nurtu narracji, tak samo jak kiedyś głos czy emocje ludzi z tzw. gminu. Ze sceny rezonuje w głowy widzów pytanie – czy osoby z niepełnosprawnością mogą czuć pożądanie i jak sobie z tym radzą one i otoczenie? Prawda jest taka, że osoby takie są zaklęte w wiecznej figurze dziecka. Nieistotne jest dla nas, czy mają lat 10 czy 30. Widzimy ich jako wieczne dzieci. Dzieci, do których przemawia się dziecinnym językiem i spodziewa po nich emocji przypisanych parolatkom.

    Jak ten niełatwy dyskurs został urządzony i przełożony na język sceny?

    Według mnie brawurowo i spektakularnie. Jest dramatycznie, zabawnie i wzruszająco, bardzo energetycznie, zero czasu na zwyczajowy odruch grzebania w telefonie, co definiuję jako gruby sukces twórczyń.
    Osią spektaklu jest wg mnie postać Remigiusza Kijaka. 

    Kim jest Remigiusz Kijak?
    Jak sam mówi na wstępie – nie skojarzymy go z innych scen teatralnych, z prostego powodu, że nie jest aktorem. Jest wykładowcą uniwersyteckim, pracownikiem naukowym na UW specjalizującym się w seksualności osób z niepełnosprawnością intelektualną. Twórczynie miały taki pomysł, żeby historie, jakich wysłuchał, w jakich doradzał Remigiusz były przytaczane przez niego na scenie w ramach improwizacji, a do tych opowiadań i historii z życia będą dołączane odpowiednie komentarze z „Ballad i romansów” oraz  teksty aktorów Teatru 21 przygotowane specjalnie lub też improwizowane. W ten sposób pod lupę wzięto motywy ludzkiej seksualności osób z niepełnosprawnością takie jak: miłość romantyczna, pożądanie, erekcja, miłość homoseksualna, seks sado – macho, macierzyństwo, kontakt z przemocą seksualną, a do tego – odrzucenie, pragnienia z poziomu i emocji jak i ciała. Wszystkie te konteksty są przygotowane w zupie porządnej popkultury zarówno wizualnej, muzycznej jak i wyznaczającej kulturowe wzorce. Jake i Rose z Titanica, Celine Dion i hit z tego filmu, włoskie San Remo, plakatowe wzorce męskości, mity o macierzyństwie, kobiecości i płci – wszystko w kontekście tego, jak odczuwają to osoby z niepełnosprawnością.
    Spektakl jest dynamiczny i spójny. Wyzwala ten rodzaj energii, jaką mamy na codzień skrytą przed światem, a nawet przed samymi sobą. Nie myśli się o jego bohaterach w kategorii ckliwego współczucia, raczej zażenowania, że wciąż i wciąż nie jest się tylu kwestii świadomym, że myśli się o fundamentalnych ludzkich potrzebach wybiórczo, pobieżnie i schematycznie.

    Usadowiłam się w pierwszym rzędzie i choć nienawykła do interakcji ochoczo przyjęłam zaproszenie, do końcowych wspólnych z aktorami pląsów na scenie w rytm włoskiego hitu z lat 80-tych. Totalnie moje klimaty, choć radość to nie jest coś co definiuje mnie na codzień. A tam właśnie tak się zdarzyło. Czy to jest wystarczające reko?

  • Mówić głośno, o czym się nie mówi – „Kobieta i życie” w teatrze WARSawy

    To był taki nic nie znaczący poniedziałek kolejnej brudnej zimy – nie zimy w Warszawie. Ciemno o 15:00 i zero ekscytacji. Nie lubię chodzić na wydarzenia w poniedziałki. Zakładam, że poniedziałki nie są po to, żeby się nimi emocjonować. A jednak tak wyszło, że poszłam. W zimnym foyer teatru Ateneum czekałam na spektakl kupiwszy uprzednio kieliszek białego wina, chociaż nie wiem czy to ma znaczenie, ale raczej nie. Po mającym rozegrać się za chwilę spektaklu niczego się nie spodziewałam, bo uwielbiam luksus niespodziewania się. Pielęgnuję w sobie tę myśl i wchodzę na widownię.

    To nie był spektakl grupy z Ateneum, tylko użyczona w budynku scena dla offowego teatru WARSawy prowadzonego przez Adama Sajnuka. Teatr WARsawy nazywa siebie „Rynkiem Nowego Myślenia”, deklaruje otwartość na dyskusje, wymianę poglądów, niezależność myślową, poszukiwania społecznych tożsamości. Zakłada też wsparcie reprezentacji młodych absolwentek aktorstwa na swojej scenie, co uważam, jest z góry skazane na słuszność. Mam obejrzeć tym razem spektakl wyreżyserowany przez Jerzego Jana Połońskiego, do którego tekst napisała poznańska dramaturżka Malina Prześluga.

    „Kobieta i życie”, taki ma tytuł i myślę wtedy, że jest banalny. Przywołuje mi wspomnienie poczytnego za czasów mojego dzieciństwa tygodnika – wtedy społeczno – kulturalnego, dziś poradnikowego i o życiu gwiazd. I nawet nie wiem czy ktoś ma jeszcze świadomość, że taki tytuł istnieje na rynku i nie wiem też czy to skojarzenie ma jakieś znaczenie. Może tylko takie, jak potransformacyjne kapitalizacja kultury spłyciła przekaz „kobiety i życia” sprowadzając je do domowych porad i plotek. 

    Tytuł nie pociąga mnie też, bo wolałabym coś mniej oczywistego, mniej jednoznacznego, nie że ciągle o kobietach, bo przecież o tym, że mają ciężko wiem przecież WSZYSTKO. 

    A teraz jest właśnie ciekawy czas tożsamościowych weryfikacji, poszukiwań odpowiedzi na pytanie kim jest obecnie kobieta, jakie jest jej miejsce, kim była, kim być miała, jakimi obłożono ją oczekiwaniami i jak weryfikuje je czas. Paradoks polega na coraz większej eskalacji emancypacyjnych aktów w przypadku kobiet, i nie mam na myśli prostego wyzwolenia się z zasady 3 K (Kinder, Küche, Kirche) i możliwościach swobodnego decydowania o tym co zaważy na wartości ich losu, przy jednoczesnym zacieśnianiu się pętli systemowych ograniczeń odnośnie praw kobiet do samostanowienia o swoim ciele. Kwestie kulturowych kodów płciowych, rewizje rzekomych kompetencji przynależnych płci to już fakty, a mimo to przy takim poszerzeniu pół redefinicji skostniałych teorii płci, podejścia do ciał odbywa się brutalne likwidowanie możności decyzji o tym, jak to ciało ma wyglądać i czemu służyć. Ciało pozostaje wciąż znakiem reprodukcyjnego celu, aktu podlegającego ścisłej kontroli systemu i państwa. Jednak – ujmując w skrócie – wszystko się zmienia a mimo pozostaje tak samo.

    W protest przeciwko temu systemowi zawłaszczania ciał osob kodowanych kulturowo i biologicznie jako kobiety wchodzi dużo aktów twórczych. Wystarczy choćby przypomnieć „Cząstki kobiety” Kornela Mundruczo z TR, w których każda bohaterka przemyca jakieś smutne fragmenty swojej biografii, na ogół palące i wstydliwe. Strata dziecka, prawo do przeżywania śmierci na swój sposób, metody wychowawcze, relacje matka-córka -siostra, te wszystkie mocno realistyczne obrazy trudnych rodzinnych i systemowych uwikłań nasuwające jedno pytanie – dlaczego bycie kobietą jest tak przygnębiająco duszne i ciężkie.

    Tak więc wiem, jestem świadoma, widziałam, doznałam, czego jeszcze mogę się dowiedzieć o życiu kobiety?

    Ale jak często bywa w takich sytuacjach i brawurowo postawionych sprawach – znowu się mylę. I nie chodzi tu o tę całą nadbudowę, ale o to, co na ogół chowa się w szafie i o szeroko pojętą rewizję samoświadomości. A piszę o tym, bo to własnie umożliwił mi spekatkl Połońskiego i Prześlugi.

    Ogromna w tym zasługa tekstu, rozpisanej na 4 aktorki quasi ballady z rymami częstochowskimi i piosenkami obrazującymi kolejne etapy życia jednej bohaterki – od jej wczesnego dzieciństwa, dorastania w małomiasteczkowej, przeciętnej rodzinie, dojrzewania poprzez czasy nauki, kariery w dużym mieście, małżeństwa, macierzyństwa, rozwodu aż do wyjścia na ulice w ramach protestu przeciwko aborcyjnym restrykcjom rządowym.

    Zdawałoby się, że cliché , banał, #aletojużbyło, jednak tekst poznańskiej dramaturżki poprzez stylizowaną naiwnośc językową, rym, powtarzalność zyskał siłę rażenia, która mnie zaskoczyła. Już pomijam fakt, że długo potem myśli układają się człowiekowi wierszem:)

    Siedzę na widowni w pierwszym rzędzie i ulegam melo-deklamacyjnemu transowi scen z życia przeplatających się między 4 aktorki. Kamilla Baar i 3 młode absolwentki aktorstwa: Pola Dębkowska, Klaudia Janas, Jowita Kropiewnicka.  Żadna z nich nie przypisana na stałe do jakiejś figury głównej bohaterki, matki, ojca, kolegi ze szkoły czy męża. Dialogi, monologi przepływają przez nie niepostrzeżenie, w ich postaciach widać całe panopticum rodzinnych dramatów, emocji ciasnych pokoi z boazerią, kuchni z ceratami na stole, szyderstw ojca i kolegów ze szkoły, utyskiwań matki, toksycznych uwag męża w nowoczesnym apartamentowcu na kredyt. W tej pozornie naiwno-kabaretowej formie upostaciawia się dramat dzieciństwa i dorastania dziewczynek w Polsce lat 80 tych, ich losu jako dorosłych kobiet, dopełniania się schematów, w których każda przeciętna kobieta funkcjonuje i których odium nosi praktycznie całe życie. Dramat, w którym chodzi tylko o to, aby ona była grzeczna, żeby była cicho, żeby nie sprawiała problemu, żeby nie płakała, nie awanturowała się, nie za dużo chciała.

    To jest też dramat o ciele. Właściwie  ono jest też głównym bohaterem. Od początku podlegające rozmaitym ocenom, opresjom, cudzym pomysłom jak powinno wyglądać i jak się sprawować i do kogo należeć.

    Wszystko to już widziałam, słyszałam, wiem, że życie nie głaszcze i w zasadzie dla kobiet bywa średnio przyjazne, na pewno było, bo tak to zapamiętałam z własnego dzieciństwa, chociaż nie pochylałam się nigdy nad tym zanadto, bo wydawało mi się, że TAKIE WŁAŚNIE JEST ŻYCIE. Mocno średnio fajne. Ze świadomością, że średnio to skala sporo na wyrost. A jednak  mimo to, że wszystko juz wiem, kiedy spektakl dobiega końca, dokonuję niemiłego spostrzeżenia, że zaskakuje mnie moje własne wzruszenie, afekt i niepożądane w publicznych okolicznościach łzy. Konsternuje mnie to, bo poważni ludzie, którzy na wszystko mają definicję nie ulegają wzruszeniom. Umysł podsuwa więc szybko podejrzenia. Czy może to po prostu sceniczna terapia, drama mająca przywołać rodzaj oczyszczenia. Pytania, jak reagowałaby moja córka, moje przyjaciółki, czy tak samo, czy inaczej. Czy poruszenie było efektem odnalezienia podobieństw do moich własnych historii czy też tego, że spektakl był taki dobry? 

    Trudno mi to jest rozdzielić. Efekt został wywołany tymi konkretnymi historiami, w taki sposób opowiedzianymi, tymi głosami, ciałami i ekspresjami tych konkretnych aktorek, z których każda była absolutnie inna, wyrazista, spektakularna. I według mnie nie był to łatwy materiał do zagrania. W mojej ocenie 2 godziny nieustannej, rytmicznej, naprzemiennej deklamacji, nieuchwytnego przeistaczania się z postaci w postać, bez przerw – zgubienie jednego słowa sprułoby pracowicie nanizany łańcuch sensu. To ogromna presja. Młode aktorki pozostawiły mnie pod wrażeniem pasji, talentów, braku nieznośnych manier, wiarygodności, zerowej emfazy, która na ogół w teatrach mnie drażni. Tak więc pomimo moich osobistych powodów do poruszeń, całość tego przedsięwzięcia miała szansę wywołać takie efekty poprzez sposób, w jaki została skomponowana i zagrana. Niby dziecinna piosenka, rzewna ballada a jednak mocny głos wkurwu i sprzeciwu wobec tego jak kultura, system traktują ciała zakodowane jako kobiece, sprzeciwu wobec presji, oceniania, uciszania, przycinania, formowania.

    Dalsza część tego poniedziałku okazała się mieć kolejne niespodziewane następstwa, kiedy to niezwyczajnie, bo w poniedziałek poszłam do Pawilonów na Nowym Świecie uczcić udany wieczór, a tam, w czasie kiedy prowadziłam rozmowę do baru weszły 4 osoby kodowane jako męskie i które z tego powodu tylko uznały, że ich rozmowa jest lepsza niż moja, a na pewno powinna być bardziej słyszalna. I jak ja wtedy zareagowałam – to jest już początek zupełnie nowej, przynajmniej dla mnie, historii.

  • Co ty wiesz o kapitalizmie, a co wie Kacper Pobłocki?

    Nigdy bym nie przypuszczała, że ponad 600 stronicową książkę o ekonomii, społeczeństwie, systemie i historii można czytać jak najlepszą powieść. Co prawda od dawna powieści mnie nużą i nie mam do nich cierpliwości, ale wiecie co mam na myśli. Chodzi o sposób pisania na tematy zarezerwowane dla ław uczonych i ekspertów w taki sposób, że przyswojenie sobie punktu widzenia autora nie przysparza trudności, ani męki – a wręcz przeciwnie, wprawia w nastrój euforii z rzędu „aha! a więc to tak! nie myślałam o tym w ten sposób!”.

    Już „Chamstwo” mocno mnie pobudziło do rozmyślań tyczących klas społecznych i własnego dziedzictwa, ale „Kapitalizm” wybił mnie na kolejną orbitę świadomości. Świadomość pozyskana po lekturze tyleż mnie zatrwożyła co – też zmieniając perspektywę – dała jakąś nadzieję. Jakkolwiek głupio to nie brzmi. I nie, nie chodzi o proste przekonanie, czy wszystko stracone czy nie. Tylko o wątpliwości. Wątpliwość to zawsze ta nadzieja, że ktoś, kogo słyszymy w dyskursie o naszej rzeczywistości może się mylić, jego myślenie nie musi być obowiązujące i w związku z tym, można szukać innych wytłumaczeń i innych sposobów myślenia.

    No więc dlaczego warto przeczytać „Kapitalizm – historię krótkiego trwania”?

    Powodów jest kilka, a nawet kilkanaście. Głównym jest ten, że lektura tej solidnie napisanej, bazującej na mnóstwie źródeł książki wybija czytelnika z jego nawyków myślowych na temat rzeczywistości, w której żyjemy i czasów, których jesteśmy spadkobiercami.

    Z ważniejszych – dla mnie – wątków podbiłabym:

    dekonstrukcję okcydentalnych mitów, czyli zerwanie z przeświadczeniem o wyjątkowości Zachodu i jego centralnej pozycji w kulturze i ekonomii.


    To dla mnie szczególny wątek, bo sama niemal całe swoje życie hołduję przekonaniu, że my stara Europa to coś „lepszego”,  że centrum sterowania to Berlin, Paryż, Londyn. Zaczęło do mnie docierać już jakiś czas temu, że postrzeganie Europy jako pępka świata jest trochę dziecinne, jest wynikiem braku szerszego spojrzenia na dynamikę przepływu i idei i pieniądza i politycznych fluktuacji. Ale zaczynam dostrzegać zmierzch kultury Zachodu, naszej centrowości i amerykańskiej hegemonii. To już gnije, to już skompromitowało się nie raz, to przyczyniło się do dewastacji środowiska i złowróżbnych polaryzacji społecznych. Pobłocki opierając się na swoich badaniach i żródłach wykazuje zmierzch tego sposobu myślenia oraz niebezpieczeństwa mogące wynikać z kurczowego trzymania się go.

    wyjście z mitu o naszej, polskiej chociażby, ale nie tylko naszej, peryferyjności wobec Zachodu


    Pobłocki twierdzi, że warto wyjść poza dynamikę oscylowania między dumą a wstydem peryferii, że jesteśmy wyjątkowi, czy też zawstydzająco wtórni. Wskazuje on na zależność pomiędzy tym, jaka była współzależność różnych obszarów, a KTO to opisywał. Uważa, że błąd kryje się w założeniu, że gospodarczy wyścig narodów stanowi lokomotywę globalnej historii (pamiętacie to „będziemy drugą Japonią” czy dogonimy Niemców:) ) Pobłocki ciekawie opisuje te zależności, wskazuje, że to, że na zachód od Łaby istniała inna kultura niż agrarna decydowała globalna koniunktura często rządzona prawem przypadku. Udowadnia powołując się na różne historyczne źródła, że radykalny, czarno biały podział na zaawansowany Zachód i zacofany Wschód jest obrazem przerysowanym.

    wskazanie na pochodzenie kapitalizmu jako systemu


    Pobłocki wykazuje, że system ten jest stary jak ludzkość. Nie powstał on w dorzeczach holenderskich rzek, tylko w szeroko rozumianym Oriencie. Wykazuje skąd np nasi Piastowie mieli hajs na pobudowanie swoich grodów i ostatecznie stworzenie czegoś co nosiło znamiona państwowości. Znalezione w wykopaliskach arabskie monety są dowodem na handel pierwszych piastów z Arabskimi kupcami i na  przedmiotem tych transakcji. A był nim nie bursztyn jak chcą zacni kronikarze w stylu Wincentego Kadłubka wciskający też kit o tym, że awansowaliśmy, bo Mieszko przyjął chrześcijaństwo:) Otóż państwowość udało się Piastom zbudować dzięki handlowi niewolnikami. Pobłocki nazywa to „dirhermowym prosperity”i  wykazuje, że cały system kapitalistyczny opiera się na niewolnictwie i kulturze długu. Wykazuje, że obecnie utrzymuje się ten sam system niewolniczy leżący u podstaw kapitalizmu, z tą różnicą, że obecny pracownik najemny tym różni się od niewolnika tym, że jako właściciel swojego ciała (choć ciężarne kobiety w Polsce tego nie zaświadczą, że są właścicielkami swoich ciał) sam negocjuje warunki, w których ograniczana jest jego wolność.

    wykazanie, że podstawą kapitalizmu jest niewolnictwo, które z kolei bierze się się z długu

    Pobłocki wiąże to też z chrześcijaństwem, które dołożyło się do tego procederu związanego z długiem, czyli z byciem permanentnie winnym. Wszak chrześcijanie wierząc w grzech pierworodny wypuszczają w świat przekonanie, że z gruntu jesteśmy po prostu „winni”. To bardzo żyzne pole do manipulacji, żeby każdego nowo narodzonego członka społeczności udupić i wmówić mu, że zawsze jest coś komuś winien. Uwidacznia się to też w języku. Być winnym to popełnić grzech, ale też mieć u kogoś dług pieniężny czy jakikolwiek inny. Geld – Geild -staroang. ofiara, guilt – winny. Wszystko tu się w języku ładnie zazębia wskazując, co leży u samych podwalin systemu i jak systemy kościelne też ładnie ten wyzysk wspierają, jak mocno są tym zainteresowane.

    wykazanie, z czego bierze się niestabilność kapitalizmu

    otóż z procesu utowarowienia czy monetyzowania wszystkiego – twierdzi autor. Społeczeństwo staje się niejako dodatkiem do systemu gospodarczego. Gospodarka wolnorynkowa może istnieć w społeczeństwie wolnorynkowym, ale gdy społeczeństwo jest całkowicie urynkowione – przestaje ono istnieć. Ogólnie rzecz biorąc prywatyzacja każdego sektora to podcinanie gałęzi, na której siedzimy. Pobłocki wykazał też, jak na przestrzeni pierwszej dekady tzw. transformacji po wejściu Polski do UE można było zaobserwować wymieranie rodzinnych biznesów, bo weszły monopole, które dobiły prywatne inicjatywy kupieckie. Smutny koniec etosu kupieckiego pokazuje choćby złodziejski casus Żabki.

    analizę zjawiska kryzysu


    Pobłocki bierze pod lupę i rok 2008 i obecny czas i wyciąga wniosek taki, że kryzys pokazuje, iż nierówny rozwój opiera się na prywatyzacji zysków i uspołecznieniu strat. Prościej – że w systemie zyskuje garstka a odpowiedzialność za wszelkie tąpnięcia w przepływie pieniądza przejmuje całe społeczeństwo biedniejąc oczywiście przy okazji i tracąc dostęp do podstawowych usług, jakie społeczeństwu zapewnia państwo.
    Ale Pobłocki nie bije w dzwony trwogi. Pisze, że kryzys to moment prawdy kierujący zbiorową uwagę na nowe tory. No chciałoby się powiedzieć – oby!

    wskazanie na współczesne źródła presji społecznych, które podbijają systemowe nierówności

    Źródłem tych presji jest – jak to nazywa Pobłocki – klasa transnarodowa, te Biebery, Beckhamy, Przetakiewicze itp. ludzie, którzy wszędzie czują się u siebie, są panami wszystkiego. Ich kosmopolityzm, beztroski styl życia jaki lansują w social mediach, gwiazdorski status określają pragnienia reszty społeczeństwa, złudzenie, że każdy może taki być, może wszystko, być wszystkim i wszędzie. Niestety to jeden z bardziej szkodliwych społecznych mitów upasionych na social mediach dających złudzenie dostępności dla każdego. Szkodliwy, bo generujący frustrację, kiedy sobie człowiek uświadomi, że niestety – nic z tego.

    Ciekawe, nawet dla ekonomicznego laika są wątki związane z redefinicją pieniądza, z narzędziami kapitalistycznych generatorów kryzysów czyli derywatami finansowymi, lewarowaniem finansowym. Nie przypuszczałam, że będę o tym czytać z zainteresowaniem i jest to zasługa tego, że Pobłocki świetnie potrafi o tym pisać i wkręcać te terminy w narrację ważną dla każdego i tak samo dla każdego zrozumiałą.

    Na koniec konstatuje – nie wiem czy optymistycznie czy nie – że kapitalizm nie przeminie, tak jak nigdy zresztą nie zniknął. Jedyne co przeminie wg autora to świat euroamerykański, do którego przywykliśmy i którego tak kurczowo się uczepiliśmy.

  • Habitat. Poetyka ciał.

    To  jest taki znany mechanizm, że kiedy o czymś intensywnie się rozmyśla, świat podsuwa te obrazy. Z tysięcy innych, podsuwa pod nos właśnie te. Mam tak ostatnio z ciałem. Mocno absorbuje mnie kilka ważnych wątków odnośnie ciała w kontekście płci biologicznej, kulturowej, w kontekście wyglądu, normatywności, ubioru jako kodu, ocenności, przyporządkowania.

    Habitat. Doris Uhlich – Nowy Teatr

    Niezaplanowanie, rzutem, jak to mówią, na taśmę znalazłam się w piątek w Teatrze Nowym na performansie Ewy Partum Zapach Kobiety a potem wciągnięto mnie na  gościnny spektakl austriackiej artystki Doris Uhlich „Habitat” w ramach Festiwalu Nowa Europa. Inne spojrzenia. To, co zobaczyłam było najsilniejszą konfrontacją tego, co naprawdę siedzi w mojej głowie na temat cielesności, jaka mi się dotąd przydarzyła. W „Habitat” widzimy na scenie kilkanaście osób, kobiety, mężczyźni, w różnym wieku, o bardzo różnych sylwetkach. Wszyscy są nadzy. Pierwszy raz zetknęłam się z taką mocą z emanacją nagości obcych ludzi. Ludzie i ich ciała siedziały, przyjmowały pozycje leżące, klęczące, wibrowały, drżały, biegały, wpadały na siebie, wyglądały jakby chciały dokądś się wyrwać, ale coś niewidzialnego trzymało je w miejscu, pociły się, oddychały, ruszały nogami, rękami, głowami, w ciszy lub w rytm transowowej muzyki techno.

    Doris Uhlich – Habitat

    Te widoki generowały w mojej głowie tysiące myśli. Stałam tam wobec tych ludzi ja ubrana, ale naga. Moje myśli jakie miałam, nie pozostawiły mi złudzeń na własny temat. Moje erudycyjne nadbudowy na temat ciał innych i własnego to jedno. To efekt wielu lektur, rozmów, przemyśleń, obserwacji i spostrzeżeń. To efekt jakichś moich ewolucji w światopoglądzie. A drugie to nawykowe, wyuczone przez lata życia w wychowaniu i systemie myślenie pełne opresywnych ocen, bardzo typowych w stylu „ale ma wielki ten brzuch, ale ma małego penisa, ale wielką mosznę, ale grube uda, ale nieproporcjonalną sylwetkę, ale mały biust, ale duży biust, ale cellulit, ale dużo znamion” i tak dalej. Widok tych ciał w większości budził moją odrazę. Ale z czasem, kiedy przyglądałam się ich palcom, ich kościom, pośladkom, sromom, odbytom, ramionom, nogom, plecom ta odraza kruszała. Ruch ciał tych ludzi nakierowywał uwagę na ich funkcjonowanie, na możliwości jakie daje ciało – zmierzania w prawo lub w lewo, kładzenia się na plecach lub boku, możliwości oddychania, pocenia się, biegnięcia, spoczynku. Po czasie przestały być dla mnie kategorią estetyczną. Zaczęły być dla mnie jedynymi narzędziami, jakie posiadali ci ludzie, aby iść, biec, oddychać, ruszać się, żyć.

    Nie znajduję prawdy w powiedzeniu, że wszystkie kobiety są piękne, czy wszyscy ludzie są piękni. Nawet nie dlatego, że pętają mnie te okowy kulturowych normatywności, bo jak wiemy, jest to bull shit. Po prostu nie jest to dla mnie zagadnienie czy ktoś jest piękny czy nie. a przynajmniej nie chcę, aby było. Każdy jest jaki jest w stanie być i jeśli jego ciało funkcjonuje na jakichś płaszczyznach – to jest wystarczająco odpowiedni. Tak mówi mi moja nadbudowa. Tą myślą zaszczepiam się ostatnio again and again przeciw truciźnie wymogów systemu wtłaczającego nas w jakieś fit i beauty abstrakcje, aby móc zarabiać żerując na naszych lękach o to, czy wyglądamy wystarczająco dobrze, aby ten wygląd legitymizował nasze bycie w świecie.

    Odebrałam spektakl  Doris Uhlich jako moment mojej dużej prywatnej epifanii. Jej performance koncentrują się na weryfikacji standardowej percepcji obrazu ciała, poszukują wspólnotowości tych ciał, dzielą się energią i moje własne ciało i myśli wspaniale z tym rezonowały.

    Adelina Cimochowicz, Alka Nauman – „Za tobą moja zimna ciotko”

    Zaraz drugiego dnia poszłam na spektakl do Komuny Warszawa „Za tobą moja zimna ciotko” przygotowany przez Adelinę Cimochowicz i Alkę Nauman. Temat ciał wciąż był na scenie. Całość performansu skupiała się na identyfikacji z ciałami performerek, które uwięzione były w nylonie jak w symbolu naszej własnej skóry. Punktem odniesienia dla ciał była wielka kurtyna ze starych skrawków materiału, jak wielka granica, mur oddzielający coś co jest na zewnątrz od tego, co jest niby wewnątrz. Za kurtyną działy się SPRAWY: bulgotanie, ciamkanie, całowanie, plucie, prychanie, całe to misterium działania żywych organizmów plus chęć sforsowania tej granicy, ujarzmienia jej, zlikwidowania tak, aby pokazać, że w istocie ta granica nie istnieje. Cali jesteśmy spektaklem bulgotania, trawienia, ciamkania, gazów, przepływów, rodzenia się i umierania tkanek.

    Koncepcja tego przedstawienia zrodziła się z praktyki pary psychoterapeutów zza niegdysiejszej żelaznej kurtyny tj. z Czechosłowacji -małżeństwa Knoblochów. Według nich żyjemy „w paradygmacie fałszywej dychotomii zakładającej istnienie podziału na doświadczenie wewnętrzne i to co inne, na zewnątrz. Wg nich granice naszej skóry nie są granicami naszego ciała.

    Adelina Cimochowicz, Alka Nauman – „Za tobą moja zimna ciotko” Komuna Warszawa

    Wracamy tu do kwestii rozmyślań nad narzucanymi przez system wizjami ludzkiej cielesności, kiedy to system  – religie, rynek, systemy prawne, kulturowe dyktują co jest wstydliwe, co piękne, co obrzydliwe, co wolno a czego nie odnośnie naszej ekspresji. Diagnozy, etykiety, powinności. W to są ubrane nasze skóry, mięśnie, tkanki i kości.

    „Łabędzi śpiew” Todd Stephens, Festiwal Filmów LGBT

    W ten sam weekend przyszedł kolejny obraz będący idealnym podsumowaniem rozmyślań o cielesności. Tym razem mowa o kolejnym wypieranym aspekcie naszych ciał, tym mianowicie, że są one podatne na entropię i mają określony czas funkcjonowania w tej przestrzeni. To jest też kolejny aspekt, który system wypiera z narracji traktując kres ciał, śmierć jako efekt jakichś zaburzeń, które przytrafiają się jakimś innym, nie nam i tym czy temu co jest nam bliskie. I tak oto na otwarciu Festiwalu Filmów LGBT zobaczyłam  „Łabędzi śpiew” Todda Stephensa z Udo Kierem.

    Udo Kier w „Łabędzi śpiew”

    Bohater mieszka w jakimś prowincjonalnym miasteczku w Utah, dokańcza swoją historię w domu opieki paląc po kryjomu niemodne papierosy, gdy ze świata żywych przychodzi propozycja, aby bohater- dawny fancy fryzjer uczesał swoją dawna klientkę do pochówku. bo to zmarła, a miała życzenie, by wyglądać pięknie w trumnie. Bohater ucieka więc z domu opieki, bez pieniędzy próbuje zdobyć środki na realizację życzenia zmarłej, a przy okazji odbywa podróż w przeszłość swojego życia, utraty partnera, majątku, przyjaciół itd. Ani razu nie traci jednak podczas tej wyprawy animuszu. Odzyskuje poczucie swojego bycia tym kim jest, przywdziewa różowy kapelusz ciotki Erny i szuka w tym zapyziałym mieście śladów tego, co minęło żegnając się z tym wszystkim czesząc klientkę na godną queerową ikonę i upijając się na ławce butelką kradzionej whisky. Film pokazuje jak system odziera starych ludzi z ich tożsamości, odbiera im ich ciała i godność, redukuje do roli zidiociałych, infantylnych starych dzieci. To jest moim zdaniem ostatni cios jaki kultura wbija w nasze ludzkie ciała.

    Nie dajmy się temu.

  • Dlaczego ona jest taka brzydka? – czyli co może uświadomić sztuka i aktywistki

    Ten tekst nie będzie stanowił precyzyjnej analizy niczyjej twórczości ani działań artystycznych, nie pretenduje też do ukucia jakieś nowej, odkrywczej idei społecznej i kulturowej. Jest za to próbą przedstawienia mojej własnej drogi zrozumienia czym jest wygląd, co oznacza to pojęcie, czym jest ciało moje i ciała innych, czym jest mój stosunek do nich, skąd się wziął i dlaczego taki. Wydaje mi się to istotne, bo nie świadczy wcale o próżności, jak przez stulecia wmawia się kobietom stającym przed lustrami, świadczy za to dobitniej niż nam się zdaje o naszej kondycji w świecie.

    Przeżyłam już parę dekad i dopiero całkiem niedawno dotarła mnie świadomość, jakiej społecznej i kulturowej tresurze zostałam poddana jako osoba płci żeńskiej w tym konkretnym obszarze geograficznym i kulturowym. Wcześniej o tym nie wiedziałam. Uważałam, że „tak po prostu jest” i nie zastanawiałam się nigdy dlaczego widzę swoje ciało tak a nie inaczej, a konkretnie dlaczego nigdy nie jestem z niego zadowolona, a tym samym bardzo zdecydowanie, przeważnie negatywnie, wypowiadam się na temat ciał innych. Nauczono mnie, że dziewczynka powinna być ładna i miła, kropka. Jednak wszystko albo wiele – co jest nami, dziewczynkami – raczej wymyka się z tego dyktatu.

    Tu przychodzi czas, kiedy należy przywołać ważny moment, właściwie punkt zwrotny w procesie mojej świadomości, tj. prace Agaty Zbylut prezentowane w różnych galeriach na wystawach pod tytułem „Pańcia”. Szerzej pierwszy raz zetknęłam się z nimi w 2018 roku w Lublinie w Galerii Białej, dokąd Agata zaprosiła mnie na swój wernisaż. Była to wystawa złożona z jej prac dokumentujących m.in. różne zabiegi medycyny estetycznej, jakim artystka się poddawała dokumentując też na zdjęciach swoje stany emocjonalne związane z tymi zabiegami, a konkretnie z pewnymi ich nieoczekiwanymi – mówiąc eufemistycznie – efektami, których tysiące kobiet poddających się takim zabiegom – raczej światu nie prezentują.

    fot. moja, z wystawy w galerii Bacalarte czerwiec 2021, na zdjęciu kuratorka Inés R. Artola i Beto Bacalarte

    fot. moja, zdjęcie z wystawy w mieszkaniu Agaty w ramach projektu „Our own room” kuratorowanego przez Inés R. Artola, październik 2020

     

    Przyznam szczerze, że oglądając te prace czułam się nieco confused, ponieważ niewiele z nich rozumiałam. Nie bardzo wiedziałam, o co chodzi, czy to apologia czy potępienie, co Agata chce powiedzieć, jakie wrażenie wywrzeć na widzu, ale z pewnością te prace oglądane potem w różnych wystawienniczych konfiguracjach sprawiły, że zaczęłam się zastanawiać, dlaczego właściwie myślę o kimś „brzydka/brzydki”? Z czego wynika, że czyjś wygląd oceniam z wyższością? Dlaczego w ogóle poddaję cudze ciała bezwzględnemu skanowaniu? Dlatego styczność z twórczością Agaty mogę nazwać swoim aktem emancypacyjnym albo inicjacyjnym.

    Jako osoba wytresowana przez system i uważająca, że rolą kobiet jest być ładnymi – jestem w stanie wchodzić dziś z tym poglądem w polemikę dzięki m.in takim aktom jak twórczość Agaty. Z polemik tych nie wynika czysty i prosty przekaz, że jedyną drogą do wolności i odzyskania kontroli nad sobą i swoją cielesnością jest negacja tego, co narzuca kultura. Zakwestionowanie tego, co system kobietom narzuca jeśli chodzi o ich wygląd i ciała to dopiero jeden ze schodków, po których należy wspinać się dalej. Należy na przykład uważnie baczyć na to, aby nie ulec odwrotnej formie opresji i negować wszystkich tych, którzy sobie za pomocą medycyny estetycznej coś poprawili, nosy, usta, biust, czy korygowali bruzdy czy też wstrzykiwali botoks starając się przechwycić moment odchodzenia w strefę kulturowego cienia i temu zapobiec. Należy uważać, żeby nie popaść w wyższościowy ton, kiedy samemu hoduje się np. włosy na nogach z pogardą nie patrzeć na cale rzesze kobiet pracowicie polujące na najdrobniejszy włosek na ciele zakłócający idealną harmonię ich nieskazitelnej gładkości. I uważność, aby nie popaść w tę skrajną wersję wizji wyglądu i oceny ciał wcale nie wynika z prostego przełożenia, że tak nie wypada robić, że to jest niemiłe i komuś może zrobić się przykro. Nie. Uważność ta powinna wynikać z mozolnej pracy nad świadomością, z czego nasze odruchy, zabiegi, ich zaniechanie, oceny ciał swoich i innych wynikają. Wydaje mi się, że zrozumienie tego procesu przełoży się na możliwość odczucia prawdziwej wolności, która pozwoli dokonywać bardziej własnych świadomych wyborów odnośnie naszych ciał, pozwoli na uzyskanie odpowiedzi dlaczego robię ze swoim ciałem to co robię, dlaczego uważam, że 5 kg mniej uczyni mnie szczęśliwszą, dlaczego kaloryfer na brzuchu ma stać się miarą mojej niezłomności, dlaczego trzebienie włosów na ciele ma takie znaczenie, czy farbowanie włosów na głowie to coś więcej niż tylko „dbanie o siebie”, co w ogóle znaczy bycie zadbaną kobietą i zaniedbaną, gdzie przebiega ta granica i jak sama mogę te trajektorie kształtować.

    Kiedy rodzi się pytanie, z czego wynika silny trend poprawiania urody, to w sukurs przychodzi ikoniczne dzieło na ten temat, napisane 3 dekady temu a mające obecnie coraz silniejszy wydźwięk, mam na myśli „Mit urody” (The Beauty Myth) Naomi Wolf  w Polsce wydany w 2014 r.przez wydawnictwo Czarna Owca i do tej pory nie wznawiany. Przypadek?

    fot.moja, książka z zaznaczeniami zrobionymi przez Agatę Zbylut i Zofię Krawiec, ja dodałam swoje

    Wolf bada obowiązujące kanony urody w kontekście czasów, geografii, ekonomii a także związków z religiami, które zresztą zawsze były nośnikiem wszelkich opresji odnośnie ludzkiej cielesności oraz prototypem zniewolenia przez obecny kapitalistyczny chociażby system. Z grubsza rzecz biorąc – z czego wynika trend poprawiania urody u kobiet? Jak zawsze z kanonów społecznych, umów, które powstawały bez udziału ich samych. Wymyślano je pod męskie gusta w taki sposób, aby były zawsze narzędziem władzy nad kobietami. Od wieków to się udawało i udaje się do dziś. Zatem uznano np., że ładne jest wąskie i małe, co w przypadku dorosłych kobiet wiązało się z koniecznością wiązania gorsetami, czy deformowania stóp w Chinach poprzez ich wiązanie, bo męski wzorzec kobiecej urody zasadzał się i zasadza właściwie na pożądaniu kobiet gładkich, filigranowych, wiotkich, czyli przypominających bezwolne, niewinne dzieci. Dziecięcość, virginity, czerwone usta jako symbol witalności to skojarzenie z naiwnością, płodnością, uległością, z czymś czym łatwo jest po prostu sterować.

    Kultura nigdy nie była i nie jest zainteresowana siwymi, dojrzałymi kobietami bez wyraźnie zaznaczonych cech płciowych. Takie postaci były dla patriarchalnego wzorca kłopotliwe. I to nie dlatego, że taka jest „biologia” i jest oczywiste, że przedmiotem męskiego pożądania może być gładka dziecięca kobieta, bo to oczywiste i biologicznie uzasadnione. Takie postawy wobec kobiet dojrzałych, czy o wyglądzie nie podlegającego męskiemu kanonowi urody, wynikają głównie z relacji władzy, nie biologii. Siwa dojrzała kobieta nie wdzięcząca się do patriarchalnego wzorca urody wskazuje, że trzeba się z nią układać, a po co komu taki ambaras jak układy z kobietami. Można zastosować wobec nich inna broń – pogardę i wykluczenie z pola widzenia jako podmiotów do dyskusji.

    Ale cóż z tego, zapyta ktoś. Co da komukolwiek ta świadomość skąd pochodzą wymogi i opresje na temat wyglądu kobiet. Nawet jeśli z układu władzy oczywistym jest też to, że ten kto zajmuje w społeczeństwie uprzywilejowaną pozycję i z tego korzysta, nie wyrzeknie się tej pozycji, bo ktoś inny mu powie, że to jest nie fair. Żadnego systemu takie wskazania jak wyżej nie obejdą ani go nie zdetonują.

    Jednak są sposoby na robienie wyrw w systemowym wmawianiu ludziom, jak mają się prezentować, aby byli społecznie atrakcyjni i widzialni.

    Ta walka, jak wspomniałam wcześniej, nie będzie krótka ani łatwa. Każdy z nas, w tym ja, cały czas pławi się w swoich nawykowych myśleniach o urodzie swojej i innych i niełatwo jest przełamywać te schematy. U mnie pierwszym zwiastunem nowego myślenia było żachnięcie się na postrzeganie mnie np przez pryzmat zgranych nóg. Ich wygląd nie jest bowiem moją zasługą. Udało mi się po prostu w genowej ruletce mieć nogi w kanonie. A co jeśli bym nie miała takich? Co będzie kiedy zbrzydną? Czy nie będę wtedy sobą? Jednocześnie stale we mnie silny jest skaner cudzych ciał. Kiedy widzę na ulicy na oko 60- paro letnią szczupłą kobietę w mini spódnicy z odkrytymi nogami i zwisającą skórą na kolanach – pytam siebie „ale dlaczego tak”, czy kiedy widzę ładną dziewczynę, która z roku na rok ma coraz węższy nos, pytam siebie – „ale po co”, kiedy widzę skóry pokryte tatuażami – znowu zjawia się pytanie – „ale czemu”?
    Dziś mamy na to tyleż sprytną co niezadowalającą odpowiedź – „bo mogę”, wyklucza ta odpowiedź właściwie każdą dyskusję. Ale wg mnie pytanie „po co” pozostaje otwarte i tworzy przestrzeń do zastanowienia się, czy to co robimy ze swoimi ciałami jest NA PEWNO tym, co chcemy my, czy też może wynika z czegoś innego.

    Rozmawiałam niedawno na ten temat z właścicielem kliniki medycyny kosmetycznej, który wykonuje takie zabiegi upiększające, odmładzające swoim klientkom, ale również sam im się poddaje. Pokusił się o bardziej obszerną odpowiedź na pytanie, po co zadawać sobie ból w celu deformowania twarzy pod jakiś kanon niż tylko lakoniczne „bo mogę”. Stwierdził bowiem, że stosując korekty twarzy szuka odpowiedzi na to, czego potrzebuje, a ta wiedza i te możliwości czynią go wolnym. Mówił, że skupia się na tym, na co ma wpływ i satysfakcjonuje go, ze ma te możliwości ma wybór. Posunął się nawet do konstatacji, że gdyby wszystkich było stać na poprawianie wyglądu – to każdy by to robił.

    Jakiś pogłos tego stanowiska odnalazłam w znakomitym komiksie polskiej feministki i działaczki społecznej mieszkającej od lat 80 tych w Australii Wandy Hagedorn. W komiksowej opowieści „Twarz, brzuch, głowa” ( to kolejny komiks po świetnym i recenzowanym przeze mnie „Totalnie nie nostalgia”) pokazała swoje próby sprawowania kontroli nad starzejącym się ciałem, możliwości korzystania z wyboru – wyglądać staro, szaro i przygnębiająco czy też świetliście, energicznie i młodo. Było to o tyle zaskakujące działanie dla niej samej, bo jest świadomą kulturowo kobietą, którą zdawałoby się nie powinno obchodzić kanonowanie się, czyli dopasowywanie się do przyjętych kulturowo wizji widzialnych kobiet. Jednak uszeregowanie jej przez kogoś z obsługi jako babci spowodowało, że wolała narazić się na realne oszpecenie w podejrzanych klinikach kosmetologicznych, a nawet utratę zdrowia niż na traktowanie siebie jako „babci”. Jest to historia o zawstydzeniu samej siebie z powodu pragnienia osiągnięcia nierealnego, czyli zatrzymania czasu oraz zawstydzenia z powodu uświadomienia sobie własnej historii wzajemnego dyscyplinowania się przez kobiety we własnych rodzinnych czy przyjacielskich gronach. Hagedorn pokazuje, że my kobiety robimy to wszędzie i stale. Jesteśmy prawilnymi narzędziami systemu, który chciałybyśmy zwalczyć. To pokazuje także jak trudna jest droga do robienia wyrw w systemie opresji.

    fot.moja

    I tu wracam do prac Agaty Zbylut, która zapytana co dały jej te zbiegi estetyczne, którym się poddała, odpowiedziała, że nic, ale dokumentacja tego otworzyła pole do dyskursu. Dyskursu o potrzebie kontrolowania swojego wizerunku za pomocą bolesnych zabiegów, o cierpieniu, jakie kobiety odbywają w ciszy i wpychają je w strefę tabu aby móc głosić światu, że są po prostu naturalnie gładkie i piękne, a zmiana rysów twarzy wywołana jest dietą. Cierpi się w ciszy i mówi, że ostatecznie to był nasz wybór i tu powraca znów pytanie, czy rzeczywiście ten wybór był nasz.

    fot. moja, prace Agaty Zbylut w jej mieszkaniu, obok praca Pawła Żukowskiego

    Na ciekawą rzecz zwróciła w „Micie urody” Naomi Wolf, kiedy przywołała badania mówiące o tym, że osoby z niepełnosprawnością fizyczną wykazały większe zadowolenie ze swoich ciał niż kobiety całkiem zdrowe. Wolf pisze o tym w klimacie niedowierzania, że w czasach, kiedy kobiety cieszą się rzekomo większą wolnością niż niegdyś, kiedy mogą zachować dłużej zdrowie i życie – pozostają jednak niezadowolone, traktując poszczególne części ciała jako wadliwe – za duży nos, za duży brzuch, za grube uda, za cienkie włosy i dalej niekończąca się litania braków. Ale bądźmy szczerzy. To nie zmieni się szybko. System zadba o to, aby to się nie stało. Jak pisze Wolf – kobieta zadowolona to kobieta nieopłacalna. Dlatego systemy czy to religijny, czy ekonomiczny nie ustaną w wysiłkach w pomnażaniu nienawiści kobiet do samych siebie. Zadba o chwiejność ich samoocen, aby dokarmić miliardowe biznesy kosmetyczne, dietetyczne czy fitnesowe, dlatego możemy być pewne, że nie wyplączemy się z tego łatwo.

    Tymczasem na tę scenę wkracza coraz mocniej zauważalny trend zwany bodypositive, bardziej swojsko – ciałopozytywność. Ale moim zdaniem nie rozprzestrzeni się jeszcze szybko jako główny wątek w dyskusji o ludzkiej cielesności. Choćby z tego względu, że część społeczeństwa łączy ciałopozytywność z propagowaniem otyłości. Zresztą, nawet jeśli zakładając hipotetycznie, że jako społeczeństwo bylibyśmy gotowi znowu za ok uznać ciała pulchne albo włosy na nogach kobiet – to jak wspomniałam wyżej – nie zezwoli na to system, w jakim żyjemy. Kapitalistyczny i korporacyjny system karmi się ludzkimi lękami, więc jest silnie zainteresowany ich podbijaniem. Znajdzie sposób, aby wszczepić lęk przed starością, przed nienormatywnością, przed akceptacją naturalnych oznak zmian, nie zezwoli na fanaberie w postaci mycia twarzy wodą, wmówi nam, że potrzebujemy 150 kremów, bo jesteśmy tego warte.

    Dlatego właśnie fakt, że komentarz do finisażu prac Agaty Zbylut w galerii Bacalarte w czerwcu tego roku dała krzewicielka ciałopozytywności w Polsce – Kaya Szulczewska stanowi wg mnie idealny moment wskazania na pęknięcia systemu a tym samym na możliwości przenikania go i demontażu. Wydawałoby się, że wydźwięk prac Agaty i clou idei propagowanych przez Kayę nie współbrzmią ze sobą w sposób oczywisty, a okazało się, że wręcz przeciwnie – są świetnym swoim dopełnieniem. Prace Agaty nie są prostym potępieniem zabiegów upiększających, nie są też ich apologią. Kierują uwagę na sytuację kobiety we współczesnym świecie, na jej kondycję i samoświadomość. Propagatorka idei „moje ciało, moja sprawa” Kaya Szulczewska swoim komentarzem dopełniła dyskusję na ten temat czyniąc ją wciąż otwartą.

    fot.moja, finisaż wystawy prac Agaty Zbylut, galeria Bacalarte lipiec 2021, od lewej – Agata, Kaya Szulczewska, Agata Całkowska, Paweł Woźniak

    Obie nakłoniły do przyśpieszenia procesu samoświadomości w wyborze składników tego co określa nas jako piękne, ładne czy godne pożądania. Na koniec oddam głos samej Wolf, która pisze tak:

    „Problem z kosmetykami istnieje wtedy, kiedy bez nich czujemy się niewidzialne lub niedoskonałe. Problem z ćwiczeniami fizycznymi istnieje tylko wtedy, gdy nienawidzimy się, gdy nie ćwiczymy. „Uroda” boli, kiedy jesteśmy zmuszane do ozdabiania swojego ciała, by zyskać zainteresowanie, gdy potrzebujemy wyglądu, by chronić tożsamość, gdy chodzimy głodne, żeby nie stracić pracy, gdy musimy zwabić utrzymującego nas kochanka, by móc zająć się swoimi dziećmi. To, co nas boli w związku z mitem urody, to nie ozdoby, wyrażanie seksualności czy czas spędzony na dbaniu o wygląd czy pragnienie zainteresowania kochanka. Wiele ssaków dba o wygląd, a każda kultura wytwarza ozdoby ciała. To co „naturalne” i to, co „nienaturalne”, nie jest tu poddawane w wątpliwość.Właściwa walka odbywa się między bólem a przyjemnością, między wolnością a przymusem”.