• „Trzeba opuścić dom ojca, trzeba przestać czekać na matkę” – o esejach Paula B. Preciado  „Mieszkanie na Uranie”

    osobisty wstęp, który możecie sobie darować, jeśli chcecie

    Jestem osobą zakodowaną kulturowo jako heteroseksualna kobieta, narodowość polska, rasa w sumie mocno kundelkowata, mieszana, ale biała.
    Kłamałabym, gdybym twierdziła, że odkąd prowadzę świadome życie – czyli w sumie nie wiem od kiedy – ale powiedzmy, że odkąd pamiętam – to kłamałabym mówiąc, że byłam świadoma tego, co potrafię nazwać dopiero teraz.

    Wiodłam sobie życie typowego dziecka określonego jako dziewczynka, z Europy Środkowo – Wschodniej, które to dziecko – dziewczynka nie bardzo zastanawiało się, co to znaczy być dziewczynką z Europy Środkowo -Wschodniej. Dopiero z czasem fizyczne dystynkcje płci wdarły się mocno w umysł rozdzielając świat dziewczynek od świata chłopców. Były one dla mnie balastem, a wrodzona skłonność do tego, co system kwalifikował jako „pyskowanie” powodowała wybitny deficyt popularności wśród tych „innych”, czyli chłopców. System zakwalifikował mnie też jako „niesforną”, co było eufemistycznym określeniem „niegrzeczna” i nie przypominam sobie żadnych wielkich big deal, po prostu mówiłam więcej i wprost niż system przewidział dla mojej roli.
    Nie wiedziałam oczywiście, jak to wszystko ogarnąć wtedy i nazwać. Przywilej dzieciństwa polega przecież na tym, że się po prostu jest a dopiero z czasem się to jakoś szufladkuje. Pamiętam za to, że nigdy nie znosiłam się podobać w takim znaczeniu, jak dziewczynki podobają się chłopcom. Przyglądałam się tzw ładnym dziewczynkom z sąsiedztwa kręcącym loka i spoglądającym ku chłopcom i myślałam, że to jest śmieszne. Nie z wybitnej świadomości feministycznej, ale zupełnie nie umiałam wczuć się w konwencję tego teatru.

    Mimo to kilka spraw było dla mnie oczywiste: że idzie się na studia (dobrze), że tam trzeba znaleźć kandydata, bo potem trudno (może i tak), że trzeba wyjść za mąż za tego kandydata (no nie wiem), że ma się dzieci (do negocjacji), chociaż fantazjowałam od dziecka o byciu zakonnicą, bo spanie z jakimś typem, który chrapie i zabiera przestrzeń wydawało mi się kompletnie niefunkcjonalne. Fantazje te wzmacniał brak odczucia typu żądza, i jeśli nawet gdzieś tam moje ciało funkcjonowało zgodnie z przewidywaniami, to pożądanie nigdy nie było tym, co napędzało mnie do czegokolwiek. Nie wiedziałam wtedy, że to jest w porządku.Myślałam raczej typowo – że coś ze mną jest nie tak.

    Z upływem czasu docierało do mnie coraz dotkliwiej, zwłaszcza na skutek konfrontacji z systemem, że mimo pozorów zwyczajności, nie pasuję jednak do tych wytycznych. Miałam stabilne życie, ale nie czułam się w nim dobrze. Długo jednak nie wiedziałam dlaczego, a za główną winowajczynię uważałam samą siebie.

    Wprowadziłam ten przydługi wstęp osobisty, ponieważ uznałam, że stworzy on potrzebny kontekst, w którym czytelnik tego tekstu będzie mógł umiejscowić sobie na właściwej skali powód i stopień mojej zażyłości z tekstami Paula B. Preciado. Będzie wiedział, dlaczego lektura jego manifestu „Testo-ćpun” i esejów „Mieszkanie na Uranie” jest tak ważna dla mnie i dlaczego tak zachęcam do ich lektury nawet jeśli czytelnik/czytelniczka sąz adowoleni z nadanych im kodów paskowych przy urodzeniu. Bo wydaje mi się, że nawet czując się ok na swoim miejscu w życiu – warto mieć świadomość, że inni mogą wcale tak się nie czuć i warto też wiedzieć, dlaczego tak może się dziać.

    Od lat byłam za to fanką myśli feministycznej, równości, inkluzywności. Dyskryminacja ze względu na płeć czy formy uprawiania konsensualnego seksu, traktowanie kobiet  z góry albo z obślizgłą atencją wujka z wesela – zawsze mnie uwierały, doprowadzały do tłumionej wściekłości, bo niewiele z tym wszystkim można było w sumie zrobić. To znaczy – ja nie wiedziałam. Ale feminizm, upominanie się o prawa kobiet to dla mnie było jeszcze nie wszystko. Poza tym rozpościerała się cała terra incognita redefinicji pojęć męskości, kobiecości, wdrożenia pojęć nie-binarności, objęcia całej masy ludzi, którzy czuli się dziewczynkami bez macic czy chłopcami bez penisów. To wszystko gdzieś było w mojej głowie, ale totalnie jeszcze do odkrycia.

    powoli przechodzimy wreszcie do “Mieszkania na Uranie”

    Na nazwisko Preciado wpadłam już przygotowana, po lekturze Judith Butler i „Uwikłanych w płeć”, podczas rozmów o strategiach komunikacji z organizatorami pierwszego w Polsce Post Porn Festiwalu, który nie był oczywiście dystrybucją pornosów, ale artystyczno-filmową dyskusją o performowaniu płci, o jej emanacjach społecznych, politycznych, osobistych. Mogę śmiało rzec, że manifesty Preciado i teraz jego eseje były, są dla mnie literaturą formacyjną. To jego wypowiedzi uporządkowały moje przeczucia, wczesne myśli, postawiły pieczątkę przy tym, co trudno mi było kiedyś jakoś sensownie ponazywać.

    W jednym z esejów w zbiorze „Mieszkanie na Uranie” Preciado napisał tak: „Jesteśmy ludźmi lub zwierzętami. Mężczyzną lub kobietą. Żywym lub umarłym. Jesteśmy kolonizatorem lub skolonizowanym. Organizmem lub maszyną. Zostaliśmy podzieleni przez normę. Przecięci na pół i zmuszeni do pozostania po jednej albo drugiej stronie pęknięcia. To, co nazywamy podmiotowością to tylko blizna, która powstała po wielorakiej różnorodności tego, czym moglibyśmy być, i która ciągle wskazuje ranę po tym pęknięciu. To na tej bliźnie ufundowaliśmy sobie prawo własności, rodzinę, dziedziczenie. To na tej bliźnie piszemy swoje imię i potwierdzamy tożsamość płciową.

    Preciado jest egzemplifikacją kogoś, kto opuszcza antropocentryczny kokonik, zrzuca z siebie kody, nie chce być Hiszpanem, chce być każdym, przechodzi tranzycję płci, ale nie lubi się definiować, robi to, bo musi ulec reżimowi systemu, który narzuca ludziom ich identyfikacje. Zaprzecza kulturowemu myśleniu o miłości, szczęściu, kwestionuje neoliberalne podwaliny systemu typu rozwój, duchowa spójność, osobisty sukces, wewnętrzna równowag. Uważa, że są to wykładniki kapitalistycznej propagandy i rozszerzenia logiki kapitału.

    Zaleca: nie uśmiechaj się na zdjęciach, nie próbuj się podobać, nadaj wartość temu, co inni uważają za niepotrzebne, pleć, tkaj, podziwiaj to, co inni uważają za brzydkie, ogol sobie głowę, nie szukaj sukcesu…

    Dużo miejsca poświęca Preciado Europie i przyczynie jej upadania, temu, dlaczego Grecja stała się zakładnikiem unijnego długu, dlaczego wypieramy się imigrantów, pilnujemy granic, czyli tych „immunologicznych teatrów, w  których każde ciało postrzegane jest jako wróg”. Jest o niebezpieczeństwie performatywności nad konstatatywnością, czyli działania nad myśleniem, o dezidentyfikacji,  o animizmie, planecie, do której uczucie deklaruje Preciado w sposób niezwykle ujmujący i mi bliski. Pisze rzecz jasna o płci, o heteroseksualności jako reżimie władzy, biopolityce, o emancypacji poznawczej, która polega na uświadomieniu sobie, że każdy mógłby grać rolę każdego.

    Wszystko to Preciado niezwykle czujnie wychwytuje, pokazuje, trafnie przedstawia, bez irytującej egzaltacji i taniego dydaktyzmu opisuje.

    Pozostaje tylko na koniec pytanie – co z tym wszystkim, tą całą wiedzą można zrobić? Nie każdy może jak on przemieszczać się pomiędzy krajami w jakiejś niedookreśloności, w oderwaniu od tego, co nas zakorzenia. Wielu z nas nie daje rady nawet z niejedzeniem mięsa i uznaniu, że wszystkie zwierzęta są równe, nie wspominając o wywikłaniu się z tych wszystkich narodowo, rodzinno geograficznych kontekstów i siermiężnych schematów, które zapuszkowują wielu z nas na całe życie.

    Ale czy chociaż sama myśl, że jesteśmy czymś więcej niż nam się wydaje, nie w duchu rzecz jasna naiwnego zawołania „możesz wszystko”, ale w duchu świadomości, że nawet tkwiąc mocno w narzuconych kontekstach nie sprowadzamy się do jednego QR kodu, jaki wpisano nam w karty urodzeń. Co z tej świadomości może wyniknąć? Nie wiem. Chyba coś na kształt wewnętrznego poczucia bycia wolnym.  Tak mi się zdaje.

  • Sen, ciemność, czekanie jako nowe wartości w świecie “24/7”- o eseju Jonathana Crary

    Zamiast od stwierdzenia, zacznę od  pytania.

    Myślicie, że świadomość tego, jak funkcjonuje system, czyni nas jego niewolnikami w sposób mniej dotkliwy i dojmujący?

    Bo ja już sama nie wiem. Z maniakalnym wręcz uporem czytam rozmaite mądre eseje, w których autorzy, autorki rzadziej – objaśniają świat, zaciekle podkreślam całe akapity, przeżywam potwierdzenia, małe lub większe epifanie, także momenty trwogi. Potem, żeby nie uronić ani skrawka myśli robię z tego notatki, podkreślam na czerwono wężykiem, destyluję, zapamiętuję.

    Gdzie jestem?

    Wiem, że jestem właściwie stracona. Wpięta w system przez system sprytnie i niezauważalnie. Ja, która lekceważyłam kiedyś osoby jeżdżące lanosami i pomstująca, że w Mordorze posadzono drzewa zamiast zrobienia parkingu. Ja entuzjastka ajfonów, nowych technologii i mediów społecznościowych. I w tym całym entuzjazmowaniu się nie zauważyłam tego, co wytyka m.in. Žižek w „Kłopotach w raju”. Że stałam się nikim innym jak tylko dłużniczką systemu, własnym przedsiębiorcą, który został zmuszony do prywatyzowania wszystkich swoich bolączek i potrzeb, że przestałam odróżniać to, co prywatne od tego, co polityczne, bo prywatne stało się polityczne, a praca i bycie przedmiotem nieustannego oddziaływania kontroli oraz presji konsumenckiej odbywa się 24 h na dobę. Nie zauważyłam jak wpadłam w kapitalistyczne prawo seryjności i kontroli, w czasie której moje czynności życiowe zostały poddane automatyzacji przy full świetle jak w  fordowskiej fabryce. Nie zauważyłam, jak przebiega systemowy zamysł wmówienia ludziom, że tworzone przez nich cyfrowe tożsamości to coś fajnego i normalnego, a w gruncie rzeczy zgubnego, bo wpiętego w kontrolingowe DNA systemu już na zawsze. No niby coś tam wiedziałam o kapitalizmie inwigilacji i przywłaszczeniu sobie przez amerykańskie koncerny typu google, apple czy meta naddatku behawioralnego, jaki zostawiamy w sieci, jaki jest zagospodarowany przez ich system kontroli już na etapie tego, co zdążymy pomyśleć, nawet jeszcze nie kliknąć. Więc niby coś wiedziałam, czegoś nie wiedziałam, tysiąc sygnałów wyparłam, coś było mi na rękę i tak suma summarum znalazłam się w tym miejscu, co większość z nas, czyli w dupie.

    Tymczasem wpadam na esej amerykańskiego socjologa Jonathana Crary „Późny kapitalizm i celowość snu” i stykam się z bezpardonową krytyką kanw, na jakich bazuje nasze neoliberalne, późnokapitalistyczne szczęście.

    Sen jako akt oporu

    Crary dowodzi np. tego, jak obecna gospodarka uwagi uwija się, żeby wydłużyć, najlepiej do całej doby, możliwości ludzkiego czuwania. Przytacza badania jakie amerykańskie siły zbrojne robią, aby „wybawić” człowieka z konieczności wyrywania paru godzin życia na sen. Ma to na celu nie tylko uczynienie z ludzi konsumentów doskonałych, konsumentów napędzających wzrost, ale również zapewnienie systemowi kontroli nad tym obszarem ludzkiej natury, jaka nie została jeszcze skolonizowana i zawłaszczona. Sen w kapitalizmie nie cieszy się szczególnym fejmem. Śpią przecież tylko niedojdy, przegrywy, leniwi obłomowowie, którym podczas snu sukces przemyka koło nosa. Chrześcijańskie zawołania – „obudźcie się”, nazistowskie nawoływania „Deutchland, Erwache!”, i tym podobne hasła – to nic innego jak dyskredytacja snu na rzecz czuwania i nieustannej czujności i aktywności, przebudzenia jako paradygmatu sprawczości.

    Tymczasem sen, jak wykazuje Crary, to bodajże jedyny bastion naszej niezależności, jaki w obecnym świecie nam pozostał, jedyna forma eskapizmu przed totalną kontrolą cyfrowego świata. Chwile przed wejściem w stan nieobecności poprzedzone są bezcennym wyostrzeniem zmysłów na otoczenie. Słyszymy najmniejszy szmer, pracę własnego organizmu i to jest ten medytacyjny moment, jakiego nie możemy doznać na jawie żyjąc w nieustającym zgiełku i pod ostrzałem ciągłej jasności.

    Niech stanie się ciemność

    Apropos jasności, to Crary podaje ciekawe podejście zgoła inne wobec tego, jakie zwykliśmy lansować i jakiemu hołdować. Jest  apologetą ciemności, podczas gdy my w naszej szerokości geograficznej ubolewamy na mroki zimy żegnając się ze światłem i witając z depresją, Crary wskazuje, że być może to są te momenty, które ratują nam życie. Jakkolwiek oczywiście bezdyskusyjne jest, że bez światła nie ma życia, to czy byłoby one możliwe bez ciemności i bez snu? Czy możliwa byłaby aktywność bez okresów bezczynności? Tymczasem my ulegamy kapitalistycznej narracji wzrostu, że trzeba być ciągle na stand by i w ruchu, bo nic nierobienie skazuje nas na niechybną życiową porażkę. Pytanie też, kto tak niby korzysta z tej naszej nadaktywności. Czy faktycznie my? Czy to system tak zaprojektował to wszystko najpierw w fabrykach potem w technologiach, abyśmy swoją aktywnością ten system napędzali i generowali zyski, których lwia część nie jest naszym benefitem. To, że stajemy ludźmi sukcesu przez całodobową aktywność i pracę to mit.

    Crary przypomina nie tylko o zbawczej sile snu, temporalności, interwałów w aktywnościach życiowych, ale także… czekania.

    Apologia kolejki

    Jednym z największych zmian, jakie zaszły w naszej mentalności i postawie są te wygenerowane przez akcelerację postępu technologicznego, który za najważniejsze wyzwanie uznał wyzbycie się sytuacji oczekiwania. Żyjemy z nowymi technologiami i internetem szerokopasmowym, 5G stosunkowo niedługo, jednak nie wyobrażamy już sobie, że czekamy na załadowanie się pliku dźwiękowego czy filmowego. Mamy wszystko na żądanie, szybkie płatności przez internet, szybkie oglądanie, szybkie zaczynanie, szybkie kończenie, wyrastają pokolenia szybkiej gratyfikacji. Bogaci nigdy nie stoją w kolejce. My też chcemy dostąpić przywileju nie-czekania. Czekanie postrzegamy jako błąd systemu, karę i pecha, nie chcemy mieć w życiu żadnych lagów ani bugów. Zgubność tego Crary punktuje bezwględnie. Szybka konsumpcja wszystkiego nie pozostawia nam przestrzeni na wymianę z innymi. Alienuje nas. Robi z nas piksele błyskawicznie poruszające się w spektrum wszechogarniającej konsumpcji. Pozbawia nas możliwości społecznej wymiany. Jako przykład podaje Crary za Sartre – trywialną kolejkę. Wystarczy sobie przypomnieć co czujemy stojąc w kolejce. Najpierw gniew, irytację, potem godną rezygnację na rzecz poczekania na to, na czym nam zależy, potem nawiązanie kontaktu z innymi oczekującymi, wymianę, obserwację, czyli zyskujemy udział w wymianie wspólnotowej, nawet jeśli odbywa się w ograniczonym czasie. Jest co prawda popularna idea slow life, ale nie jestem przekonana, czy to jest to, co może odratować jednostkę przed naporem skutków życia on demand. Slow life to wg mnie marketingowy wybieg zachęcający do niczego innego jak do konsumpcji rzeczy, konsumpcji wydłużonej po prostu w czasie. Slow life towarzyszą przecież niezbędne akcesoria-  jakieś hygge gadżety no i piękne otoczenie, w którym wiadomo – może przebywać tylko uprzywilejowana klasa ludzi, która ma budżet na bycie lub posiadanie takich miejsc oraz stać ją na bycie w trybie slow.

    Społeczeństwo spektaklu

    Jednak tym, co poruszyło mnie w tekście Crary’ego najbardziej to demaskacja logiki seryjności i hiperekspansji logiki spektaklu, który wydziedzicza nas sekunda po sekundzie z naszego czasu, przestrzeni i odpowiedzialności za własne życie.

    Żeby skleić piętrzące się pułapki zatrzaskujące nas w obiegu systemowego wyzysku i kontroli (wypisane na początku tekstu) z seryjnością i spektaklem – trzeba by się cofnąć do lat 60-tych, kiedy to we Francji aktywny był anarchizujący sytuacjonista Guy Debord. Crary często powołuje się w swoim eseju na wydany w 1967 r manifest „Społeczeństwo spektaklu”. To zadziwiające jak Debord trafnie zdiagnozował zagrożenia, jakie niesie ze sobą kapitalizm, wiążąca się z nim konsumpcja, propaganda postępu i wzrostu oraz media. My uciemiężeni II wojną i szarzyzną deficytów komuny, nie byliśmy w stanie chyba tego prześwietlić, jak to zrobił Debord, ale też Sartre w swojej pracy „Krytyka dialektycznego rozumu”. W skrócie ujmując Debord udowadnia, że spektakl, w jakim biorą udział  ludzie zachodniej cywilizacji technologicznej  to sztuczny raj, materialna rekonstrukcja iluzji religijnej. Uważa, że jeśli potrzeby społeczne epoki, w której powstają tego rodzaju narzędzia jak mass media, nie mogą znaleźć zaspokojenia inaczej niż za ich pośrednictwem, jeśli zarządzanie tym społeczeństwem i wszelkie kontakty międzyludzkie muszą korzystać z tych środków błyskawicznej komunikacji, to dzieje się tak dlatego, że ta komunikacja jest jednokierunkowa. Koncentracja mediów oznacza, że w rękach administratorów istniejącego systemu skupiają się środki umożliwiające dalsze zarządzanie tym systemem, nie w naszych jak nam się zdaje.

    Debord i Crary uważają, że masowa komunikacja, technologia, obecnie social media przyczyniają się do zaniku wspólnotowości. Ludzie formatują swoje cyfrowe tożsamości do filtrów wyznaczanych przez system, seryjnie oglądają, konsumują telewizję, seriale, social media, poddają się i kontroli i przymusowej technice personalizacji, licząc na jakieś globalne połączenie, emocjonalną gratyfikację nie dostając w istocie w zamian nic prócz jeszcze większej alienacji. Crary zauważa, że nowe media przypominają piramidy finansowe. Obiecują wiele, wykorzystują ludzki zapał do zaistnienia, podczas gdy kreują kolejne nierówności gwarantując zyski tylko nielicznym, którym udało się wdrapać na szczyt piramidy wcześniej.

    praktyko- inercja

    Według Crary z tych interakcji narcystycznych tożsamości w sieci nie przychodzi nic prócz sartrowskiej le practico-inerte, czyli praktyko – inercji, a więc uleganiu pozorom ruchu, wrzwawy w mediach, a w rzeczywistości oznacza to osuwanie się w bierność. Cóż przypomnijmy sobie poziomy naszych chęci do działań po obejrzeniu odcinków serialu na Netflixie, po scrollowaniu zdjęć, filmów szczęśliwych influencerek z plaż Meksyku czy innych egzotycznych miejsc. Co nam się wówczas chce. Jaki przekaz przetwarzamy, kiedy nasz wypieszczony kontent nie zyskuje uwagi, za to widzimy milion interakcji pod zdjęciem kotleta. Ale obojętność i inercja są efektem strategii władzy. Wywiera się też na nas presję, abyśmy przeprojektowali się tak, aby funkcjonować zgodnie z logiką systemu i przebywać w fantazmatycznym cyfrowym odosobnieniu jako konsumenci i ofiary doskonałe.

    Crary oskarża nowe media za izolację społeczną, reprodukcję samotności, kompulsywny egoizm i niesprawiedliwość gospodarczą, za to, że ludzie nie czują innych celów niż indywidualne. Przyznaje, że nowych technik komunikacji można używać jedynie wtedy, kiedy zapośrednicza się coś gotowego z rzeczywistości, nie zaś do tworzenia iluzorycznych lepszych światów, w których nasze fotograficzne reprezentacje nie mają żadnego znaczenia i znikają po paru sekundach z pola widzenia.

    polemika z Nathanem Jurgensonem

    Ja, zawodowo związana z nowymi mediami, prywatnie też ich entuzjastka, przyznaję, że po lekturze „24/7” niejako zamarłam. Jednak jako osoba krytycznie patrząca na system społeczno – ekonomiczny w jakim funkcjonuję, nie mogłam tego głosu potraktować jako przesadne narzekanie. Kiedy przeczytałam parę miesięcy temu esej Nathana Jurgensona „Fotka. O fotografii w mediach społecznościowych” entuzjastycznie podpięłam się pod jego negację „dualizmu cyfrowego”, krytykę podziału życia ludzi na to realne i cyfrowe. Chciałam legitymizować własne kompulsywne działania w sieci, uzasadnić entuzjazm spowodowany podpięciem się z prywatnym życiem pod nieustanny stream wszystkiego, udział w nigdy niekończącym się spektaklu, pokazie swojego formatu. I wtem okazało się, że hmm, to może nie być jednak godne aż takiej afirmacji, za to wymaga wzmożonej czujności i ostrożności w dystrybucji tej prywatności.

    Wrócę jednak jeszcze do tez Jurgensona, aby rozważyć je ponownie w nowym kontekście.

    Jurgenson dowodzi np., że korzystanie z nowych technologii, robienie miliona zdjęć, publikowanie ich w sieci to dążenie do potwierdzenia bycia świadkiem rzeczywistości, wzmocnienia doznań, zapis siebie, narzędzie do wytwarzania własnej tożsamości cyfrowej. Uważa też, że to nie jest tylko technologia, ale dogłębna część nas samych. Crary natomiast dowodzi, że media społecznościowe to miejsce, w którym jednostka staje się zastosowaniem narzędzi kontroli, formatowanie się do globalnej nijakości, poddawanie się wywłaszczeniu ze swojego czasu, godzeniem się na stały monitoring biometryczny i natrętny nadzór. Poddanie się utowarowieniu.

    Ulotność zdjęć.

    Jurgenson oczywiście uznaję tę kwalifikację fotografii społecznościowej. Ale nie widzi w niej wady. Uważa bowiem, że fotografia obecnie jest narzędziem doświadczenia przyjmującym formę obrazu. Pisze, że szybka fotografia to „maleńki akt oporu wobec czasu”. Z tą tezą koresponduje choćby praca Weroniki Teplickiej, którą widziałam wczoraj na wernisażu, złożona z setek zdjęć jakie Teplicka robiła sobie co dzień od czasu wybuchu pandemii.

    Jurgenson piętnuje to, że ciągle ludzie muszą tłumaczyć się z tego jak praktykuje się te nowe technologie.
    Natomiast Crary uważa, że każda chwila bez telefonu to „egzystencjalna szansa’.

    Jurgenson przekonuje, aby nie fetyszyzować odłączenia, bo nowe media „rozszerzają rzeczywistość”, a Crary uważa, że media te zamiast rzekomej interaktywności, znajdowania podobieństwa do innych, dają tylko powtarzalność i bierność, uzależniają nie dając w zamian żadnej gratyfikacji.

    To co robić?

    Nie bez znaczenia będzie tu zapewne wiek obu twórców. Jurgenson nie ma chyba jeszcze 40 lat, Crary ma 71. Na pewno fakt, że dzieli ich pokolenie ma wpływ na to, jak absorbują i interpretują obecną rzeczywistość, jakie wyciągają wnioski z przeszłości. Nie bez znaczenia jest też, że mnie mój wiek plasuje między nimi. Fascynują mnie nowe możliwości, co nie oznacza, że nie widzę zagrożeń, jakie ze sobą niosą. Nie stać mnie na luksus wylogowania się. Nie z powodu trudności w zmianie nawyków. Ale rezygnując z używania technologii musiałabym mieć zasoby, aby móc funkcjonować bez tego co one mi dają, choćby w postaci zatrudnienia. Znam osoby, które na taki luksus stać. Wykonują prace niezależne aż tak bardzo od tego, jak funkcjonuje się w sieci. Ale są to osoby nieliczne i jest ich też coraz mniej. Ale to nie jest dobra wiadomość. Oczywiście nadal możemy kupować winyle i słuchać muzyki z gramofonu zamiast ze streamu spotify, czytać papierowe książki zamiast e booków, pisać ręcznie i słać wiadomości pocztą zamiast elektronicznego maila czy messengera. Możemy szukać  potrzebnych ludzi, zatrudnienia, pomocy pocztą pantoflową, zamiast przez wyszukiwarki i serwisy internetowe. Możemy też robić wszystko zgodnie z tym jak wyznaczył nam cyfrowy system kodując cyfrowo wszystkie nasze aktywności potrzebne do życia społecznego. Ale jeśli nie ma od tego ucieczki, to warto mieć świadomość w jakiej grze jesteśmy pionkiem. Może to być nie wystarczające, ale od czegoś trzeba zacząć.

     

  • Niechęć, ciało i architektura procesu

    Odwiedzam wiele wystaw, dużo oglądam. To co ludzie robią i na nich potem pokazują, fascynuje mnie. Wolę raczej jakieś performatywne przedsięwzięcia albo interdyscyplinarne działania twórcze niż powiedzmy ładny obraz ładnej pani, pejzażu czy też abstrakcję. Od jakiegoś czasu, kiedy obserwuję te różne akty twórcze – nie wystarczy mi sama rejestracja faktu, że coś widzę i ewentualnie coś w związku z tym obiektem czuję lub coś myślę. Ciekawi mnie za to zawsze to:

    jak do tego doszło, że ten obiekt znalazł się w tym miejscu, kto podjął decyzję, że on tam się znajdzie, jakie to były trajektorie decyzji, jakie inklinacje?
    jak powstał pomysł na ten obiekt?
    czy sam akt tworzenia czyni jego efekt widzialnym z deafoultu?
    i wreszcie:

    jak taki obiekt powstaje? jak to jest zrobione?

    ogólnie ujmując – ciekawi mnie backstage, to co niewidoczne, a bez czego niczego byśmy nie zobaczyli.

    W przypadku obiektów malarskich czy fotograficznych z grubsza wiadomo, jak to się rozgrywa. Kojarzy się narzędzia, techniczny wymiar aktu powstawiania dajmy na to obrazu. Często jeszcze takie artystyczne działania się romantyzuje. Widzi się natchnionego artystę, który maluje, fotografuje ucałowany w czoło przez muzę. Wiadomo też, że jest to raczej intymny akt, którego twórca z nikim nie dzieli, akt osobny.

    Ale jest cały szereg innych działań zasadzających się nie tylko na malarskich, rzeźbiarskich technikach, działań opartych na instalacjach implikujących zachowania powiedzmy bardziej przyziemne jak logistyka, krawiectwo, stolarka, ślusarstwo, mechanika itp. I taki właśnie krąg tematyczny ciekawi mnie najbardziej. Moment, kiedy sobie to uświadomiłam pamiętam bardzo dobrze. Miał miejsce parę miesięcy temu w Polinie na wystawie Od kuchni. Żydowska kultura kulinarna, kiedy brałam udział w oprowadzaniu Anny Królikiewicz pokazującej nam swoje instalacje towarzyszące tej wystawie. Obiekt zatytułowany Diaspora prócz hipnotyzującego działania na zmysły poprzez powolny ruch przesypywania zgromadzonych w wysokim przezroczystym naczyniu ziaren soczewicy, grochu, orzechów, zaciekawił mnie samą swoją historią montażu i powstania. Anna Królikiewicz nie szczędziła szczegółów opisu jak do tego doszło, że to się kręci, mieli, przesypuje. I kiedy to mówiła, jeszcze bardziej nie mogłam przestać na to patrzeć. To samo było z kolejnym obiektem Memories identyfikowanym ze stołem i nałożonymi na niego. Zgromadzone ułożone ciasno obrusy miały fizyczną moc kondensowania myśli i zmysłów. Historie opowiedziane o ich gromadzeniu, układaniu – również.

    Lubię też facebookowe posty Iwony Demko  w których często artystka dzieli się informacjami jak przewozi elementy instalacji swoich rzeźb, z jakimi zmaga się problemami logistycznymi, z czym mierzy przy montażu, przechowywaniu obiektów po wystawach itd. Taki codzienny wymiar sztuki wczoraj czy jutro podziwianej w eleganckich salach a poza nimi… właśnie, co się dzieje zanim trafią do sal i co się dzieje, kiedy z sal się je usuwa robiąc miejsce kolejnym. Gdzie znajdują swoje miejsce, nabywców, admiratorów?

    Może komuś taka wiedza wydawać się zbędna. Dla mnie jednak architektura procesu pozostaje kluczowa dla zrozumienia i domknięcia myśli w pewną złożoną całość. Niestety w większości przypadków nie mamy dostępu do tej wiedzy. Dlatego, kiedy okazało się, że Agata Zbylut poprosiła mnie o pomoc w realizacji jej najnowszych projektów na wystawę w galerii Bacalarte  i Warsaw Gallery Weekend poczułam, że wreszcie nadszedł ten moment, kiedy architektką procesu mogę być trochę i ja, albo przyjrzeć się temu z bardzo bliska, że bliżej już się nie da.

    Na początku jednak myśl ta wprawiła mnie w konfuzję. Pomysł Agaty zasadzał się bowiem na zrobieniu odlewów z piersi, a właściwie z sutków, które potem miały zostać przytwierdzone do instalacji na wzór stuły, jaka jest elementem stroju katolickich księży. Do odlewów miało posłużyć ciało moje i Agaty, a raczej TE jego fragmenty. Nie zwykłam za bardzo interesować się swoim ciałem na tyle, żeby odlewać je w jakiejś masie w charakterze obiektu, właściwie sama myśl o tym wydała mi się mało komfortowa. Zdecydowałam się jednak na ten udział, bo raz że zapewniał mi bliski udział w procesie, co już wspomniałam, a dwa – pozwalał skonfrontować się z niechęcią, jaką odczuwam do tych części ciała. Z tym, że nawet słowo „sutek” wydaje mi się „niewłaściwe”. Nie lubię tego słowa i nawet wiem dlaczego. Nie identyfikuję się ze swoimi piersiami, bo właściwie mi przeszkadzają, spowalniają ruch, sprawiają, że ubranie gorzej leży. Przez kulturę są obłożone całą masą nadinterpretacji o charakterze seksualnym, są obłożone wstydem i anatemą. Męskie sutki nie, żeńskie tak. Pikanterii, że powiem przewrotnie, dodaje sprawie to, że uważam je za brzydkie.Kształt, detale, kolory ludzkich sutków mają w sobie coś odrażającego, podobnie wagina, chociaż nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć dlaczego. Być może wpływ na takie postrzeganie u mnie tych kluczowych jak by nie było dla przetrwania gatunku części ma właśnie dysonans, jaki w postrzeganiu ich wytworzyła kultura i system: z jednej strony obiekty pożądania, z drugiej – wstydu. Uważam, że to jest wysoce destrukcyjne. Żadna z części ciała mężczyzn nie ma takiej złej prasy jak żeńskie pierwszorzędne cechy płciowe i piersi. Penis to dumny obiekt dominacji i sprawczości, męska klatka piersiowa, tors to symbol opoki, pewności, granitu, niezłomności. U kobiet – piersi – to przedmiot do prowokowania i wabienia, do podtrzymania przy życiu ludzkiego dziecka, symbol atrakcyjności, płodności, wagina to tajemnicza otchłań zagrażająca mężczyznom, nieco nieodganiana, ale dobre naczynie do wypełniania męską narracją. I mnie się to wszystko nie podoba, to jak całe wieki to się opowiada, jak się nawiguje narracją. Ludzkie czy zwierzęce ciało jest doskonałe samo ze swojej natury. Nie ma w nim niczego zbędnego, brzydkiego, złego, niefunkcjonalnego. A mimo to kategoryzuje się jego części. Chętnie przykładowo publicznie rozprawia się o chorobach serca, bo serce kojarzy się ładnie, ale już o problemach jelita grubego nie, bo to przecież gówno. I tak samo jest z sutkami kobiet. Wydają się brzydkie.

    Tymczasem jest moment, kiedy spotykamy się z Agatą pierwszy raz i mamy zrobić prototyp tych sutków, odlewy. Nakładanie sobie wzajemnie mikstur, preparowanych metodą prób i błędów, cementowych, silikonowych na początku było nieco ambarasujące. Trzeba było dodać sobie animuszu wspomagając się winem. Ale kolejne razy przeszły w pewien mały rodzaj rutyny i spotkanie z przyjaciółką z siedzeniem przy stole bez staników zrodziło taką myśl, dlaczego właściwie nie robimy tego częściej na spotkaniach towarzyskich. Kiedy jest dajmy na to lato, gorąco, plener, często faceci biegają z gołymi torsami, kobiety zawsze siedzą w coś opakowane. Podejrzewam, że takie wyzwolenie ciał, przyzwolenie kulturowe, brak opresji na temat TYCH części ciała przełożyłby się na totalnie wielkie skutki w postaci zmiany podejścia kobiet do ich ciał, eliminacji skrywanej nienawiści do ciał lub ich części. Ale któremu systemowi zależy, aby połowa populacji poczuła się wolna? na pewno nie temu.

    Robienie odlewów było też niepowtarzalną okazją, żeby oswoić nagość. Siedzieć sobie ze swoimi starannie ukrywanymi przed okiem  świata boczkami, fałdkami, cyckami, brzuszkiem i gadać o sprawach zupełnie innych niż jak wygląda ciało – było odczuciem katarktycznym. Marzenie takie, aby ciała przestały być tematami, przyczynami konfuzji, uwag, ocen, emocji. Wyobrażacie to sobie? Ale nie stanie się tak. Ciało to fundamentalny obiekt trzymania kontroli nad ludźmi. Co lepiej trzyma ich za mordę jeśli nie zawstydzanie i określanie kategorii ładności i pożądania przez męskie, dominujące narracje?

    Kolejne etapy tworzenia projektu zakładały powstanie zdjęć, a na nich postaci ludzkiej, obrazu ciała, na które nałożone zostały odlewy sutków w miejscach typu plecy, przedramiona. Agata była sama własną modelką, fotografką, producentką. Któregoś dnia pomagałam wykonać zdjęcia, kiedy Agata stała tyłem. Większość zdjęć, a potem te wybrane na wystawę obmyśliła i stworzyła sama. Ale jedno z nich zrobiłam ja i jestem z tego powodu zadowolona. Mogłam się też sama przekonać, jak trudno jest uchwycić TEN właściwy moment, ustawienie, ujęcie, żeby poczuć, że TO JEST TO. Ogrom tych zdjęć powstał, potem trzeba było je wyselekcjonować, dobrać papier, tonację w druku. Mnie świadomość tego procesu hipnotyzowała, z prostego w sumie powodu. Większość rzeczy jakie się robi w życiu, w codzienności, w pracy to działania, których efekty są efemeryczne. One w jakiś tam zakamuflowany sposób pchają materie do przodu, ale nieczęsto coś z nich wynika, coś co się pamięta. Kubki do kawy stają się brudne, potem znowu czyste, włosy uczesane, potem znowu potargane, maile napisane i zapomniane, wspomnienia z wakacji przepadły w dziurze czasu, ludzie, którzy kiedyś wiedzieli o nas wszystko też przepadli. Ale czasem zdarza się takie właśnie coś, że się coś robi wiedząc, że każde naciśnięcie spustu migawki ma znaczenie, że ruch pędzelkiem z klejem się liczy, że nakładana i zmywana mikstura nie zostanie zapomniana, że kawałek własnej fizyczności zostanie zaklęty w coś, na co będą patrzeć inni i w związku z tym coś odczuwać. Wrzucać ludziom jakieś skrawki własnych pomysłów, o których oni potem myślą we własnych kontekstach, to jest coś co podciągnęłabym pod definicję „szczęścia” gdyby ktoś o nie mnie zapytał i gdyby ono istniało. W każdym razie, tak to sobie wyobrażam.

    ja z Agatą Zbylut na wernisażu wystawy WHIP w galerii Bacalarte

    Bardzo ciekawa jestem, jakie ludzie mają skojarzenia patrząc na zdjęcia nagiej osoby, w tym przypadku Agaty, na których nie widać nagich piersi, pośladków, waginy, widać wszystko to, co kultura uznała za neutralne, dała etykietę „przyzwoite”,ale rozpoznawalność tych kolan, przedramion, pleców została zakłócona przez jakieś obiekty, które okazują się częściami piersi  skrupulatnie wymazywanymi przez social media, przez obyczajowość, mentalność. Jednak umiejscowione nie na froncie na wysokości płuc, z przodu jakoś mniej rażą, jakoś nie pobudzają erotycznie, nie chichocze się na ich widok, nie odwraca wzroku pruderyjnie spuszczając oczy. Dlaczego? Jeśli odpowiedź brzmi, bo taki nadaliśmy sutkom kontekst, to generuje się kolejne zapytanie – czy nie można tego kontekstu zmienić?

    Sutki w futrze z nutrii przytwierdzone do stuły nasuwają zapewne też wiele myśli. Skojarzenie ze zwierzęcością na pewno, może z kapłaństwem? Ideą kapłaństwa, o ile pamiętam, było niesienie oświecenia, dobrej nowiny, ale w rzeczywistości kapłaństwo i kiedyś i teraz niesie głównie segregację, eliminację, potępienie, hipokryzję, żądzę władzy a wszystko pod hasłem „bo tak urządzony jest ten świat”. A może czas na nowe porządki, na to, żeby niewidoczne stało się widoczne, to co zamknięte otwarte?

     

    na backstage z Agatą Zbylut w trakcie prac

    to zdjęcie zrobiłam ja, a na nim Agata Zbylut

    pomysł, kreacja, wykonanie – Agata Zbylut

  • Kategoria personal review, czyli rzecz o książkach Ewy Kuryluk

    Podoba mi się w życiu to, że kiedy wpadnie się na trop jakiegoś wątku w sobie, jaki uzna się za z jakiegoś powodu istotny, wszystkie sprawy zaczynają się nagle składać w pożądaną całość i wprawiać machinę zdarzeń w koincydentalny obrót. Mam tak z pozyskiwaniem szerszej perspektywy widzenia rzeczy, jaką implikuje wiek i co za tym idzie, dokonywaniem pewnych nie tyle rozrachunków z tym, co minęło, ile próbą złapania tej materii i zatrzymania jej na niepokojąco szybko przesuwającej się do kresu mojej osi czasu. Z poczuciem tym powiązało się zapotrzebowanie na specyficzną literaturę, którą krytyka nazywa „personal journalism”.

    Zaczęło się w Wenecji. Apropos możliwości zwiedzenia wystawy Ewy Kuryluk towarzyszącej biennale, z kuratorskim oprowadzaniem: towarzyszki mojej podróży mówiły przy stole w restauracji nad gumowatą pizzą, że tragiczne życie ma za sobą  Kuryluk, że się kochała ta rodzina, ale była tam choroba psychiczna i że ciężko. Wtedy myślałam, że aha, no tak ciężko, ale taka gówniana pizza kosztuje 13 euro i czy to aby nie przesada, każdy ma w sumie ciężko w jakiś tam sposób, np płacąc 13 euro za niedobrą pizzę. Tak wtedy myślałam. Ale kiedy już dobrnęłyśmy do Palazzo Querinii na wystawę, byłam przygotowana na coś niezwykłego i nie zawiodłam się. Na dwóch piętrach weneckiej kamienicy, na różnych planach rozłożone prace Kuryluk – obrazy, instalacje z płótna, zdjęcia, video przedstawiające studium jej samej, hiperrealizm, mnogość wątków, zapośredniczeń, no i opowiadanie Ani Muszyńskiej – kuratorującej wystawę, wszystko to sprawiło, że na dźwięk słowa „Frascati”, które usłyszałam pierwszy raz, wzrosła moja czujność, a następnie pewność, że książkę tę muszę przeczytać.

    Części auto opowieści artystki o życiu swoim i swojej rodziny okazało się być 3. „Goldi”, „Frascati”, „Feluni”. Monika Weychert rzuciła wtedy przy stole pamiętam, że kiedy umarł ich chomik Goldi, posypała się cała rodzina. Co wydało mi się szczególnie intrygujące, bo czasem taką cezurą bywa życie psa. może nawet wyjątkowego kota, ale przecież rzadko chomika, krótko żyjącego mało istotnego w narracji antropocenu gryzonia. Fakt ten wyznaczał już intrygujący faktor tej rodziny – totalne pionierstwo w  niezwykłym podejściu do anime, do świata, w którym ważny był każdy nawet z punktu widzenia człowieka upierdliwy owad czy drzewo lub krzew. W tamtych czasach, wojennych, powojennych, kiedy ludzkość doznała upodlenia na niespotykaną dotąd skalę taka postawa wobec świata natury była bardzo, bardzo rzadka.

    W każdym razie zachowując porządek chronologiczny tych opowieści zaczęłam lekturę od „Goldiego”, czyli od chomika i na początku trochę się na tę książkę obraziłam. Po intrygującym wprowadzeniu moich koleżanek i Ani Muszyńskiej podczas oglądania wystawy – myślałam, że będą to miłe opowiasteczki o zwierzątkach i ich życiu w zwariowanej rodzince (celowo używam tych zdrobnień rzecz jasna infantylizując i ośmieszając fakt moich oczekiwanek). Ale nic z tego. Do języka Goldiego i kolejnych części trzeba było przywyknąć, trzeba było się go nauczyć. Na początku jest to kakofonia głosów, planów czasowych. Ciężko dociec kto co  do kogo mówi i w jakim czasie to mówi. Kuryluk przywołuje, werbalizuje dźwięki swojego domu i swoich bliskich, przytacza dosłownie frazy, jakimi się posługiwali, słów jakich używali ojciec zwany Łapką, matka zwana przez ojca Mijaczkiem i brat Piotruś zwany Felunim. Wypowiedzi te są chaotyczne, czasem miękkie, czasem zgrzytliwe. Czytanie tego przypominało mi słuchanie koncertów na Warszawskiej Jesieni przez kogoś, kto nie zna się na muzyce. Niby słyszy się dźwięki, tak jak zna poszczególne słowa, ale nic nie lepi się w rozpoznawalną całość. Ja mam taki zwyczaj, że przed oglądem czy wystawy prac czy czytaniem książki – nie zapoznaję się dogłębnie z autorami, biografiami i opracowaniami. Pracuję na wiedzy z rzędu „mniej więcej”. Tu mniej więcej wiedziałam, że rzecz jest o rodzinie Kuryluków pisana z perspektywy artystki Ewy Kuryluk po śmierci ojca, brata i matki, przywołująca pamięć o jej niezwykłej rodzinie, losach tej rodziny i całej społeczności polsko-żydowsko-ukraińskiej, którą II wojna naznaczyła w sposób, jaki do ogarnięcia jest trudny. Niemniej jednostkowa perspektywa nieco to wszystko przybliża. Ogrom tego, co ma nas wpływ mimo że nie zdajemy sobie do końca sprawy jak wielki.

    Tak więc, mimo że „Goldi” był niełatwy w lekturze, to stanowił wystarczające zadzierzgnięcie do tego, aby sięgnąć po kolejne części. Lektura całości przypominała dekodowanie enigmy, odszyfrowywanie losów rodziny, tak jak po śladach zdjęć matki znalezionych w butach szła Ewa Kuryluk odzyskując pamięć nie tylko po rodzicach, ale odkrywając sprawy swojego pochodzenia, o których nie miała pojęcia, ponieważ były przez rodziców starannie ukrywane i przemilczywane.

    Kolejna część nosząca tytuł na cześć ulicy, przy jakiej w Warszawie mieszkali Kurylukowie, „małej Italii”, jak nazywała te okolice matka Ewy, a więc kolejna część jest dalszym odkrywaniem tej niezwykłej historii. Idziemy dalej przez rozedrgane opisy, wymieszane plany czasowe i wymieszane dialogi, przez swoisty strumień świadomości i tego, co zapamiętała Ewa. Siedzimy więc razem z Ewą i jej rodzicami  w miłym mieszkaniu przy Frascati, za chwilę w mieszkaniu Anny Kowalskiej i Marii Dąbrowskiej we Wrocławiu, gdzie oddano Ewę na czas przyjścia na świat młodszego brata Piotrusia, widzimy chwile szaleństwa matki (chorowała na schizofrenię), zmęczenie ojca (był przez 2 lata ministrem kultury w rządzie Cyrankiewicza), geniusz małego Piotrusia Wunderkinda (umiał grać skomplikowane utwory na fortepian w wieku 3 lat) i jego szaleństwo po śmierci chomika a zaraz potem ojca, słyszymy rozmowy Ewy z matką, kiedy ta wracała ze Stanów, z Paryża, aby doglądać jak się miewa, cały czas utrzymując dom, matkę i chorego brata, który większość życia przesiedział gnębiony w zakładach psychiatrycznych nie wiadomo czy dziedzicząc po matce chorobę psychiczną czy świadomie wycofując się z życia ze strachu po śmierci ojca, że świat ten bezpowrotnie go zmiażdży, co w istocie faktycznie się stało.

    W „Felunim”, czyli opowieści o Piotrusiu Wunderkindzie i jego psychiatrycznej gehennie, o uwikłaniu w konieczność bycia głową rodziny z psychiczną niepełnosprawnością jest też cały ten środkowo-wschodnio europejski tygiel historii. Wymiecenie ze wschodnich rubieży Polski, ukraińskich terenów, prześladowania, szmalcownictwo, obozy zagłady, ukrywanie się, przesiedlenia, egzekucje, dramaty ideologiczne po wojnie, komunistyczne apanaże, świadomość uprzywilejowania klasowego, bycia innym a jednak takim samym. Wszystko to jest w tych 2 częściach posklejanych niczym skandynawskie śledztwo mające wykazać dokładną żydowską tożsamość matki Ewy jak i kwestię tego, kto był jej biologicznym ojcem. Jednostkowy los rysuje dramat historii 3 narodów tak celnie, że kiedy to się czyta, napisane językiem członków rodziny, pamiętanymi dialogami, bez grama egzaltacji i patetycznego dramatyzmu – ogarnia człowieka czytelnika prawdziwa groza. Groza tego, że to wszystko jest takie namacalne, wciąż żywe. Takie doznanie czytelnicze z pewnością jest efektem niezwykłości tej prozy, jej wyjątkowości.

    Książki te, jak przystało na te z kategorii „świetnie napisane”, nie są tylko powojennym freskiem środkowoeuropejskich narodów w wymiarze jednostkowym. Są silnym katalizatorem własnych czytelnika odczuć. Pobudzają czy podjudzają emocje w codzienności skrzętnie ukrywane, pieczołowicie zapominane.

    Rozmawiałyśmy sobie o tym z Moniką Weychert, która pożyczyła mi te wszystkie 3 książki, kto nas najbardziej denerwował w tych opowieściach i co wzbudzało naszą zazdrość, jakie miałyśmy myśli o tym wszystkim co przytrafiło się Ewie Kuryluk, polskiej artystce tworzącej i mieszkającej za granicą obecnie, a wychowanej w trudnej rodzinie na Frascati. Mnie w trakcie lektury przyszło do głowy pytanie – jakiego nie lubię sobie zadawać, ale które powraca – kim bym była, gdybym miała takiego ojca jak Ewa. Faceta, który karmił chomika z czubka paznokcia i robił łódeczki z dłoni, żeby chomik mógł sobie na nie wleźć i polizać go w nos. Przy czym Karol Kuryluk nie był tylko typem, który uciekał przed grozą życia w miłość do zwierząt, był typem, którego cechowała niesłychana dobroć i szacunek dla wszystkich ludzi. Wspierający, pomocny, sprawczy odszedł w wieku 52 lat na zawał. Nie zdołał tego unieść: choroby żony, władzy, jej braku, codzienności. Czytając dialogi Ewy z ojcem, dialogi ojca z matką czułam zazdrość. Jaki jest los kogoś, do kogo zawsze mówi się z szacunkiem i uczuciem? Czy może więcej?czy unosi więcej jak Ewa czy załamuje się jak Piotruś, bo świat nie chciał przemawiać do niego głosem kochających rodziców.

    W trakcie lektury czułam też ogromną niechęć do matki artystki, z domu Miriam Kohany. Niezwykle utalentowanej muzycznie, językowo, chorej na schizofrenię kobiety otoczonej niezwykłą wprost opieką i miłością męża, który zresztą z holocaustu ją uratował. Dlaczego tak się stało, że czułam do niej tę szczerą i naprawdę wielką niechęć to jest już temat na zupełnie inną, moją opowieść, która może kiedyś się zdarzy, w okolicznościach, które będą bardziej recenzją mojego własnego życia niż cudzych książek. Ale zanim to nastąpi, przeglądam się w lustrach innych żyć i o nich też będzie i to akurat wkrótce.

  • Czy Wenecja jest utopią?

    Wenecja nigdy nie była dla mnie wymarzonym kierunkiem destynacji.

    Jako człowiek wyćwiczony na siermiędze, uznający PRL-owski modernizm za szczyt archi piękna – nie mam w DNA zbytniego przywiązania do ładności. Nie jestem organicznie w stanie machać nonszalancko eleganckim mokasynem siedząc na jakimś piazza i kontemplować Wielkie Piękno przy akompaniamencie cykad jak bohater filmu Paolo Sorrentino. Choć nie twierdzę, że bym nie chciała, raczej bardziej mnie to onieśmiela jako coś co naturalnie do mnie nie przynależy.

    Toteż wybierałam się w tę podróż nie bez obaw. A że samoloty latają jak chcą (były o czasie), a że drożyzna ( tak samo jak w Warszawie), a że dużo osób, aż 6 a ja samotnik (okazały się wspaniałe), a że turystycznie – to owszem, ale też nie do końca, o czym za chwilę.

    Wcale nie tak mało jest w sumie ludzi, którzy nie lubią podróżować. Ja z podróżowaniem mam tak jak Dorothy Parker z pisaniem. Pisarka mawiała, że nie lubi pisać, ale lubi mieć napisane. Nie lubię być w podróży, ale lubię stan, kiedy przebrnę opresję lotnisk i absurd przemieszczania się, żeby gdzie indziej napić się kawy, której mogę napić się w domu. Jak już to uda mi się przeżyć, jak obce ulice zaczną układać mi się w sensowną układankę, którą jestem w stanie jako tako kontrolować – zaczyna mi się podobać, zarówno w Tczewie, tak i w Wenecji. Z tą różnicą, że trzeba mieć więcej narzędzi do ogarnięcia uroku miast powiatowych niż Wenecji. Wenecja jest łatwa. Kiedy zejdzie się ze szlaku piazza san Marco czy Ponte Rialto nawet w szczycie sezonu Wenecja okazuje się miastem roztaczającym swoje uroki w sposób wręcz nieprzyzwoity. W Wenecji nawet rozłożone pranie w oknach jest malownicze, wszystko jest jak na ładnościowym speedzie, jest spotęgowane, a jednocześnie dostępne na wyciągnięcie ręki i nie przytłaczające.

    Wenecja jako utopia

    Niemniej pozostaje to miasto pewnego rodzaju utopią. Z tego prostego powodu, że zaludniają je tylko ludzie w nastroju uroczystym, ludzie wyrwani z codzienności, ludzie na przerwie od życia, rozglądający się wokół, nawołujący się, trzymający za ręce, ubrani w najlepsze outfity nabożnie bieżący ku miejscom, w którym na najlepszym tle świata napiją się aperola.

    Tym samym Wenecja odjęła mi zwyczajową moja radość z podróżowania, tj bycie turystą i możliwość podglądania innych w ich zwykłości. Jest dajmy na to wtorek, a ja siedzę na skwerze i patrzę jak inni się krzątają. To zawsze podbijało moją własną atmosferę odświętności. Wenecja tego mi nie dała, byłam jedną z tysięcy. Musiałam mocno się nawypatrywać, aby dojrzeć tych, dzięki którym ten cały biznes miał szanse trwać: dostawców, tragarzy, koordynatorów, logistyków, przewoźników, usługodawców, sprzątaczy. Udało się, ale nie było to łatwe. Atmosfera wiecznej fiesty uczyniła z nich ludzi niewidocznych. Nie wyobrażam sobie mieszkania w tego typu mieście, którego każdy kawałek co dzień zawłaszczałby ktoś inny. 

    be real

    Aby znaleźć choć mały ślad życia z reala wystarczy jednak wsiąść w vaporetto i przejechać się 2 przystanki na wyspę Giudecca. Mija się doki, porty przeładunkowe, odrapane bloki mieszkalne i wysiada na miejscu, gdzie toczy się jakieś życie, jest nawet fryzjer i sprzedawca ryb oraz sklep z wypłowiałym AGD. Zbłąkani turyści zapewne ucieszeni, że aperol prawie połowę tańszy niż w centrum Wenecji. Pobyt tam mnie uspokoił. Oczy nie zrakowaciały od nadmiaru kategorii „ładne”. Nie, żeby Giudecca była jakaś brzydka. Była zwyczajna, jak większość włoskich miast nad wodą. Miała kolory, portowe klimaty, ale zero tej nachalności, orientu placu św. Marka, gdzie nieprzyzwoicie kapie złoto a nieopodal ustawiają się kolejki do sklepu Louisa Vuittona.

    Nie dotarłabym do Wenecji gdyby nie splot okoliczności towarzyskich związanych z tegorocznym biennale. Był to main point i tak, jak się spodziewałam akurat była to totalna art fiesta. Bałam się na początku, że nie znajdę do tego żadnego klucza, że niczego nie zapamiętam, ale to co mogłam, to stamtąd wyniosłam. 

    sezam sztuki

    W Arsenale czułam lekką frustrację z powodu nadmiaru, którego nie mogłam okiełznać z powodu gorąca i złego samopoczucia. Ale to, w czym się znalazłam było oszałamiające. Ilość instalacji, prac zdawała się nie mieć końca. Kiedy wydawało mi się, że widziałam coś wow, za drzwiami otwierał się kolejny sezam. W którymś momencie miałam obawę, że to jest nieskończone, a jeszcze potem zbłądziłam w przeciwnym kierunku niż wyjście, nad kanały, na rzeźby Lorenzo Quinna, na szutrowe ścieżki w pełnym słońcu weneckiego lipca.

    rzeżby Lorenzo Quinna, Arsenale, Wenecja 2022

    Potem okazywało się, że jeszcze coś przeoczyłam i jeszcze coś i jeszcze. Mimo to udało mi się złapać sznurek głównej reprezentacji. Otóż stanowiły ją kobiety oraz techniki twórcze, które nie zasadzały się tylko na malarstwie, ale na tak szalenie różnorodnych materiałach i tworzywach, że wprawiało to mój umysł w rodzaj euforycznego high emotion. Dużo wychwyciłam prac z tkanin, dzierganych, wyszywanych cekinami, koralikami, z pluszu. Ogólnie robionych technikami kiedyś przez art world pogardzanymi, uznawanymi za domowe, niszowe, niegodne. A tu te tkaniny hawajskie  Myrlande Constant, figury z tkanin Emmy Talbot czy wielkoformatowe tkaniny w pawilonie polskim romskiej artystki Małgorzaty Mirgi – Tas, żeby wspomnieć tylko te, które zapamiętałam.

    tkanina Myrlande Constant, Arsenale, Wenecja 2022

    Emma Talbot, Arsenale, Wenecja 2022

    Małgorzata Mirga-Tas, pawilon polski, Giardini, Wenecja 2022

    Przechodząc przez pawilon główny w Giardini moją uwagę złapała seria zdjęć. Przedstawiała `dziewczynkę bawiącą się popiersiem dorosłej kobiety. Widać było nagie piersi i martwe oczy tej figury. Dziewczynka bawiła się tym odlewem jak lalką, woziła w wózku, sadzała na leżaku, myła włosy. Ta zabawa przypominała jednocześnie akt opieki matki nad małoletnim dzieckiem. Zdjęcia prezentowały pewien rodzaj polemiki z rolami kobiet w relacjach, były niejako odwróceniem tych ról, zwróceniem uwagi na bycie uprzedmiotowioną w tych rolach. Prace te zrobiła polska artystka Aneta Grzeszykowska i były one dla mnie najciekawszą ekspozycją w tym pawilonie.

    Aneta Grzeszykowska, Griardini, biennale Wenecja 2022

    W Giardini przez sam fakt możliwości przechodzenia z pawilonu do pawilonu w ładnych okolicznościach weneckiej przyrody i malowniczych kanałków oraz przestrzeni gęsto usianej barami z winkiem po 3 euro – kontemplowanie, że tak powiem, sztuki poszło mi efektywniej. I udało mi się nieco skatalogować moje obserwacje tego ogromu twórczych działań z całego świata. Prócz silnego głosu kobiet uwypuklił mi się nurt badania związków człowieka z ziemią z naciskiem na pojęcie zagrożenia, w jakim żyjemy, do tego aspekt płynności gatunkowej, animizmu, nacisku na refleksję, że jesteśmy częścią tego anime a nie władcami świata natury. Ten aspekt był mocno widoczny w pawilonie duńskim, gdzie Uffe Isolotto w hiperrealistycznym świecie duńskich stajni pokazuje transhumanistyczną instalację, centaury, ludzko zwierzęce postaci wskazując na dwuznaczność świata, zamęt, rozpacz, śmierć. Do tego dochodzi mi wspomnienie z Arsenale, gdzie wielką instalację z gleby otaczającą zwiedzających zewsząd stworzyła Delcy Morelos.

    Uffe Isolotto,

    Uffe Isolotto, pawilon duński, biennale Wenecja 2022

    Delcy Morelos, Arsenale, biennale Wenecja 2022

    Łatwe do wychwycenia było także nie akcentowanie bezpośredniego dziedziczenia, zwrot ku bolączkom współczesności, wskazania konsekwencji nacjonalizmów, kolonializmu, uchodźców, obcych, przybyszy. Dlatego reprezentantami poszczególnych krajów nie byli rdzenni ich obywatele, Polskę reprezentowała artystka romska wskazując na rolę największej mniejszości narodowej czyli Romów, Francję Zineb Sedira artystka o korzeniach m.in. algierskich, która w swoim filmie i dekoracjach akcentujących moc pamięci osobistej wobec pamięci zbiorowej wskazywała na aspekty francuskiego kolonializmu. Szwajcarię reprezentowała z kolei artystka pochodzenia marokańskiego Latifa Echakhch. Jej drewniane instalacje przypominające ludzkie części były nadpalone, zanurzone w czerwonej łunie pożaru, migotały niepokojąco wskazując na cykl śmierci i odradzania się.

    Zinedib Sedira, pawilon francuski, biennale Wenecja 2022

    Latifa Echakhch, pawilon szwajcarski, biennale Wenecja 2022

     

    “The Milk of Dreams” – Mleko marzeń

    taki tytuł mają tegoroczne biennale. Pochodzi on z książki Leonory Carrington, w której surrealistka na nowo wyobraża sobie świat. Z pewnością pokazane na biennale prace redefiniują pojęcie człowieka, na pewno nie stawiają go w centrum, odzierają z atrybutu bycia miarą rzeczy, przekształcają obecne hierarchie, wieszczą koniec antropocentryzmu, prorokują mocne związki z nie-ludzmi, z naturą, mieszają rdzenne tradycje z osobistymi mitologiami, i to wszystko – także dla ludzi nie związanych ze sztuką, niezbyt biegłych w historii sztuki – będzie na weneckim biennale łatwe do wychwycenia.

    Teraz po pewnym czasie wszystkie te obrazy, jakie zarejestrowałam w aparacie, w telefonie migoczą mi kalejdoskopowo składając się w ten jeden sensowny ciąg mocnego przekazu, że nadchodzi kres dawnych narracji. I to jest dobra wiadomość.

    W Wenecji zadzierzgnęła mnie jeszcze jedna wystawa, zorganizowana też w ramach wystaw towarzyszących biennale przez Fundację Rodziny Staraków – w Palazzo Querinii. Zgromadzone prace tekstylne, filmowe, zdjęciowe, malarskie Ewy Kuryluk objaśniła nam kuratorka wystawy Ania Muszyńska. Hiperrealistyczne obrazy artystki, tkaninowe cykle przedstawiające jej codzienność typu jedzenie jajka na śniadanie w towarzystwie partnera, te zapisy etapów jej życia, inscenizacje zwykłości, cielesności skojarzyły mi się z obejrzanym niedługo potem już w Warszawie filmem amerykańskiej artystki wizualnej Susan Mogul. Obie te artystyczne reprezentacje mocno rezonują mi w głowie, jeśli chodzi o kwestię czynienia ze swojego życia obiektu twórczej ekspresji. Dziś prywatność, codzienność to waluta zdewaluowana. A one wiedzą, wiedziały, jak zapośredniczyć kąpiel w wannie, jedzenie śniadania, aby akty zwykłości stały się narzędziem estetycznego poznania.

    Ewa Kuryluk, tkanina, Palazzo Querinii, biennale Wenecja 2022

    Czy wiem, jak zrobić z własnego życia sztukę?

    Nie, nadal nie mam o tym pojęcia, chociaż mam pewien pomysł, który nie wiem czy wypali.
    Podróż do Wenecji nie była nigdy obiektem moich wzmożonych chęci. Bo gorąco, bo tłumy, bo drogo, bo kiczowato, jak  mylnie zakładałam. Okazała się jedną z ciekawszych moich podróżniczych peregrynacji.

  • Co oglądać w środku lata

    Przez moje social mediowe ścieżki wpadłam na platformę streamnigową Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych 35mm.online, na której bezpłatnie jest baza filmów z lat 60/70/80/90. Filmy są po rekonstrukcji cyfrowej, znakomita jakość, całość współfinansowana ze środków unijnych. Wspaniała jest to sprawa, bo ja często wracam do polskich seriali z tamtych lat i muszę je kątem gdzieś oglądać w jakości słabej. Znajduję ogrom przyjemności z powrotu do kinematografii tamtych lat.
    Odpowiada za to nie tylko nostalgia, właściwie nawet wcale nie ona. Ważna dla mnie jest obserwacja, jakie pomysły realizowano w komunistycznej Polsce, jak to było realizowane i jak zmieniły się relacje społeczne. W skrócie (ale nie przywiązujcie się do tej idei) mogę powiedzieć, że te społeczne stosunki nieco ewoluowały, w kierunku – zaryzykuję stwierdzenie – raczej dobrym. Mimo że patriarchat i mizoginizm trzyma się całkiem dobrze, nikt już chyba dziś nie zrobi filmu obyczajowego, w którym kobiety klepie się w pracy po tyłkach, robi im uwagi, że „to nie dla ciebie temat” itp.
    Zmienia się też w narracjach obecnych stosunek do natury, nie traktujemy jej już tak obcesowo i jako coś oczywistego jak kiedyś. Natomiast pod względem realizacyjnym, mimo że obecnie jest dostępna nowoczesna technologia, nieograniczony dostęp do praktycznie wszystkich informacji, zapewne też i większe są budżety, to współczesne produkcje są wg mnie marnym echem filmów z tamtych lat jeśli chodzi o historie, konstrukcje scenariuszy, bohaterów, intrygę, klimat. Właściwie wszystko. Ze świecą szukać dziś produkcji tzw autorskich. Chcąc zrobić film, trzeba pozyskać przychylność producentów powiązanych z gigantami filmowymi i te narzucają na te produkcje swoje algorytmy, które ze sztuką nie mają właściwie nic wspólnego. Jedna „Euphoria” wiosny nie czyni:)

    Rozpoznanie platformy 35mm.online zaczęłam od 2 filmów.
    Pierwszy, taki na czasie, no bo „W środku lata” -1975 r. reżyser Feliks Falk, Andrzej Jaroszewicz zdjęcia.

    Tak się zastanawiałam, czy Ozon jak robił „Basen” to oglądał film Falka:) To jest ten sam klimat. Czuć go od pierwszych sekund filmu, niby fajnie, miło, ładne okoliczności przyrody, lato, urlop, a jednak gdzieś coś się czai. Uwielbiam filmy, które łączą w sobie klimat mocnej obyczajówki, realizm z grozą. Akcja osadza się na historii pary (młoda Teresa Budzisz – Krzyżanowska i Andrzej Chrzanowski – naczelny intelektualista filmów tamtych lat:) ), która jedzie do wynajętej od znajomego leśniczówki na wieś spędzić ze sobą więcej czasu, wzmocnić więzy, ale widać od początku, że coś tam się nie klei. Pan zajęty jest swoimi pracami naukowymi a pani szuka bliskości. Jednak jest w tych poszukiwaniach osamotniona i zbywana. Jest to też przy okazji studium związku. Wydaje mi się, że dynamika związku jest pokazana w filmie w wymiarze uniwersalnym, aktualnym, mimo zmieniających się standardów społecznych. Albowiem niezależnie od deklaracji, wiele relacji intymnych, w 4 ścianach pozostaje przemocowe. Tu przemoc polega na tym, że pan zbywa zabiegi pani o tę bliskość, bagatelizuje też jej obawy, bo kobieta słyszy wszędzie odgłosy, widzi nieznajomych za płotem a pan kwituje to prostym „zdawało ci się”. Łatwo wyczuć, że partnera irytuje jego partnerka i posądza ją o nadwrażliwość, fanaberie, histerie, no jak to kobitki, tak mają. Nie trzeba się przejmować. Pada też najbardziej opresyjny tekst ever, kiedy bohaterka odkłada płytę winylową bez uprzedniego wsadzenia ją w osłonkę. Pan mówi wtedy, a dzieje się to przy zaproszonym gościu – „czy mogłabyś nie odkładać MOICH płyt w ten sposób? Mówiłem ci to już tyle razy”. Serio. Ja nie znam bardziej opresyjnych tekstów niż takie jak ten, zwłaszcza, kiedy mówi się je w obecności osób trzecich.
    Prócz dramatu małżeńskiego rozgrywa się tu coś nierealnego, nienazwanego a podszytego grozą. Krzątanie się bohaterki podszyte jest lękiem, a widzimy to dzięki sposobowi filmowania, są to obrazy z niską ekspozycją (bardzo teraz modne na pintereście!:)), przyciemnione, mimo, że to lato. Widzimy przyglądających się kobiecie obcych mężczyzn, poruszające się złowrogo krzewy, słyszymy historie o utonięciach, morderstwach i dużo, dużo zabitych zwierząt – zajęcy, saren, ryb. Te zwierzęce umierania pokazane są wręcz hiperrealistycznie. Ja wtedy zamykam oczy. Cierpienie zwierząt ma dla mnie wymiar ludzki. Wtedy, a nawet dziś jeszcze, tak do tego nie podchodzono, ale jestem pewna, że reżyser użył tych obrazów celowo, dla podbicia atmosfery zagrożenia i śmierci. Wg mnie wpływ na ten wydźwięk mogło mieć miejsce akcji. Rzecz dzieje się na Kaszubach, na terenach poniemieckich. To było 30 lat po wojnie, moim zdaniem pamięć krzywd ludzi, którzy tam mieszkali, tych którzy ucierpieli na skutek wojny i powojennych porządków gdzieś tam nadal była żywa, żyła w tych lasach, w tamtym powietrzu, w tamtych ludziach.
    I tak para nowoczesnych ludzi z miasta chciała sobie żyć w warunkach pokoju i słuchać Haydna, pisać socjologiczne rozprawy habilitacyjne, ale niedawna przeszłość, niezidentyfikowane lęki ludzkie jeszcze ich ścigały.
    Film – świetny. Ani razu nie grzebałam w telefonie oglądając go, a biorąc pod uwagę, że przy nowych produkcjach robię to nieustannie, no to jest chyba wystarczająca rekomendacja.

    Drugi film – totalny sztos 10/10 debiut Barbary Sass z Dorotą Stalińską w roli głównej, z 1980 roku „Bez miłości”.

    Historia jest o młodej dziennikarce, reporterce, która chce odnieść sukces w zawodzie i porusza się w mizoginicznym świecie z taką samą bezwzględnością jak ci wszyscy paternalistyczni szefowie, koledzy, współpracownicy. Wykorzystuje ich w sposób totalnie cyniczny, robi bez wyrzutów sumienia karierę przez łóżko, potem sięga po kolejnego kochanka na stanowisku wyżej, nieślubne dziecko oddaje na wychowanie matce, w której zresztą ma ogromne wsparcie, ma plan, jest zdeterminowana, dynamiczna, na wspomagaczach, ale do celu dąży – jak to mówią – po trupach. Co okazuje się potem niemal prawdą. Film poddaje pod rozwagę nie tylko rolę kobiet w społeczeństwie, kobiet, które chcą być niezależne i aktywne zawodowo, ale podbija też temat zawsze na czasie – wolności słowa, praw do własności cudzych opowiadanych historii, granicy reporterskiej prawdy, tego co wolno opowiadającemu. Dziś z pewnością takie praktyki, jakie stosowała bohaterka w swoich reportażach na pewno by nie przeszły, mamy copyrighty, legale i rodo. Ale potężna fala mediów społecznościowych rozwalcowująca nasze życia to pytanie o granice prawdy i prywatności ciągle stawia i pozostawia aktualne.
    Zastanowiła mnie też tam jedna rzecz. Czas, w jakim dzieje się film to okres przed stanem wojennym, jak pamiętamy fale niepokojów społecznych, zagrożenie, niewiadome. Jest taka scena, kiedy koleżanka pyta głównej bohaterki – czy nie boi się gdzieś tam jechać czegoś robić skoro czasy takie niespokojne, na co Stalińska – Ewa Bracka odpowiada – zawsze czasy są niespokojne i zawsze coś się dzieje. I to jest akurat prawda, niby banalna, ale naprawdę pozwala zyskać inną perspektywę choćby dla obecnych czasów, kiedy co dzień zbieramy trwożliwy plon wieści z kraju i ze świata, a ja zawsze powtarzam, że zawsze tak było. Zawsze działo się coś i zawsze będzie, dwie granice dalej, czy za płotem czy w środku.
    Bohaterka ma też credo pasujące do tych całkiem liberalnych czasów, że nie ma sytuacji bez wyjścia, zawsze można coś wymyślić. Instagramowi kołczowie byliby z niej dumni. Niemniej na tamte czasy to była niecodzienna postawa, taka wiara we własną sprawczość, zwłaszcza w przypadku kobiety. Los ostatecznie przyciera jej nosa, ale to jak Sass wymyśliła tę postać, jak wszczepiła figurę silnej kobiety w tamten betonowy patriarchat wzbudza we mnie podziw niekłamany. Do tego dynamiczny montaż, konstrukcja scen, prowadzenie postaci. Z całości idzie spójny obraz i uniwersalny przekaz.

    Proszę mi wskazać, kto dziś tak robi filmy?

  • Szkic o lęku

    Dzisiaj taki nietypowy tekst, bo o mnie, a tyczy konkretnie lęku. Problematyka bardziej jednak demokratyczna niż recenzja aktu twórczego, który może być dostępny nielicznym. A tu zaryzykuję stwierdzenie, że chyba nie ma ludzi, którzy niczego się nie obawiają, nie boją, choć z pewnością gradacja lękowości jest bardzo różna. Temat ten postanowiłam opisać w związku z jednym wydarzeniem, a mianowicie moją wizytą w ośrodku wczasowym Świt w Wildze, w lasach pod Warszawą. Wybrałam się tam na poszukiwanie straconego czasu i na duchologiczne eksploracje śladem czaru dawnego PRL, którym za dzieciaka się gardziło, a teraz klimacik ten zajmuje poczesne miejsce w segmencie Nostalgia. Nie jest istotne, czy było wtedy fajnie, raczej niefajnie, bo mnie się kiedyś chyba nic nie podobało, ale mniejsza z tym. Wróciłam na teren dawnego ośrodka, w którym bywałam na wczasach mając kilka lat i wdychałam zapachy dawnych czasów robiąc zdjęcia w kultowej stołówce ośrodka przy Borowików 8.Pozostała ona w niezmienionym stanie od 40 bodajże lat.

    Dlaczego piszę o tym przy okazji lęku?

     Ponieważ niespodziewanie okazało się, że po tym, jak personel opuścił ośrodek w okolicy 15:00, zostałam na jego terenie całkiem sama. Nie zjawił się tam nikt przez te 4 noce, które tam spędziłam i tu zaczyna się właśnie ta historia, którą chcę się podzielić.

    Każdy, komu o tym wspominam, o tych 4 nocach w środku lasu wyłącznie we własnym towarzystwie, zdumiewa się i na ogół twierdzi, że nie dałaby/nie dałby rady rady tak samopas, że porobiłby/-aby kilka zdjęć, wsiadła/-ł w samochód i zawrócił/-a do domu. Albo przynajmniej byłaby/byłby uzbrojony w gaz pieprzowy.

    Nie wiem czy ja bym się zatrzymała tam w takich okolicznościach, gdybym o tym wiedziała. Byłam przekonana, że będą ludzie, albo że zaraz ktoś dojedzie. Pani z recepcji zapewniała, że tak ma się stać. Nie dotarł nikt ,a ja, siłą inercji, zostałam na miejscu zagłuszając ciszę nocy głosem telewizora i kanału TVP Kultura, na którym leciały stare komedie Fredry w Teatrze Telewizji.

    Kłamałabym, gdybym twierdziła, że nie odczuwałam żadnego lęku, ale ze względu na to, co nieoczekiwanie przyniosły mi okoliczności, postanowiłam przyjrzeć  się moim emocjom i myślom. Może taka okazja do konfrontacji nigdy się nie powtórzy?

    W tym momencie rozmaitym przekołczowanym ludziom przyjdzie na myśl światła rada wszystkich liberalnych kołczingowców, że hello, wszystko kochana/-y masz w głowie! Ogarnij to! Pozbądź się toksyn myślowych, lęku, bo se tylko go stwarzasz a on wcale nie istnieje!

    Postanowiłam skonfrontować się z tym hasłem osobiście. Według mnie prawdą jest, że wiele naszych działań i myśli bywa kwestią decyzji. Jeśli zdecyduję, że jakiś wyjazd będzie udręką i nudą to prawdopodobnie mało co mnie przekona, że jest inaczej. Jeśli zdecyduję, że nastawiam się na case – będzie co będzie i decyduję w trakcie o emocjach, to prawdopodobnie tak się stanie i to pozostawia szerszy zakres możliwości doznawania tych emocji. Jeśli nastawię, że będzie ekstra – niestety istnieje niebezpieczeństwo, że wysoko wywindowane oczekiwania mogą przynieść odwrotny skutek. Zatem jest trochę prawdy w tym, że wiele jest w naszych głowach, wiele zależy od tzw nastawienia, ale jednak nie wszystko.

    Siedząc w tym domku w środku lasu i słysząc albo telewizor albo nic, myślałam o tym, co jest w mojej głowie. Obserwowałam uważnie każdą myśl i rozkładałam ją na czynniki pierwsze. Myślałam oczywiście o tym, że ktoś może tu być i chcieć mi zrobić jakąś krzywdę, bo tak. Bardzo, ale to bardzo, starałam się, żeby ta myśl nie rozgościła się w mojej głowie, żeby nie rozpełzła mi się po zwojach i nie przełożyła na reakcje w ciele. Racjonalizowałam ten lęk myśląc, że ale kto tu mógłby przyjść? kto mógłby chcieć okraść jakąś babę, która jeździ starym nissanem, po co komuś jakieś morderstwa w tym lesie, na dobrą sprawę pewnie nikt nie śledzi mieszkańców ośrodka, a poza tym wszędzie, na co drugim niemal drzewie, był monitoring. Dziś trudno tak naprawdę przemykać przez życie niezauważalnym. Zdobyłam się na wysiłek odtrącając te myśli, oglądając Fredrę i w końcu zasypiając, ale z radością niekłamaną witałam nadejście dnia. Każda kolejna noc nie była ani lepsza ani gorsza. Podjęłam decyzję, że ta totalna samotność będzie wartością dodaną do tego wyjazdu i odliczałam czas aż wszyscy pracownicy polezą sobie do domów i wszystko będzie należało tylko do mnie. Będę robić, co zechcę, siedzieć gdzie zechcę i nikt nie będzie zawracał mi głowy swoimi myślami, swoją obecnością. Było to wspaniałe uczucie.

    Nie jest tak, że zdarzyło mi się to pierwszy raz. Często podróżuję po Polsce sama i zdarza mi się trafiać na Mazurach czy nad morzem, zawsze poza sezonem, na pusty las i mnie w środku, opustoszałe jeziora albo wytrzebione z drzew polany, tereny totalnie puste. Ten lęk w takich sytuacjach opanowałam już jakiś czas temu, ale nie zdarzyło mi się obcować z tą samotnością aż przez 4 noce. 

    Jednak ważne jest, że ten trening odbywał się już wcześniej, a dodatkową istotną sprawą pozostaje to, że ja uwielbiam być sama i mam tak od dziecka. To był i jest dla mnie zawsze największy stan szczęścia. Więc to pomogło mi kiedy byłam sama w ośrodku Świt.

    Ale też prawda jest taka, że ktoś inny mógłby z takiej próby wdrożenia nośnego optymistycznego nakazu – że wszystko masz w głowie i decydujesz – wyjść pokonany. System oczywiście wbija ludzi z takich powodów w poczucie winy, że są lamusami, przegrywami i leniami, którym nie chce się podejmować czelendży. Jednak oczywiste jest przecież, że w tych głowach każdy ma inne repozytorium doświadczeń, inny sposób absorbowania zdarzeń zaistniałych i wymyślonych, inne rodzaje reagowania i kumulowania emocji. To jest wg mnie skrajnie szkodliwe wymagać od ludzi, że każdy reagował podobnie na jakąś sytuację trudną. Niby oczywiste, ale kiedy zerkniemy na jakikolwiek nasz pogląd wyrażony choćby ostatnio w jakiejkolwiek rozmowie, okazuje się, że rzadko dajemy innym prawo do tego, żeby mniemali o czymś inaczej niż my.

    Hasło „wszystko jest w twojej głowie” to paradoksalnie jedno haseł, które wyrządziły mnóstwo spustoszeń w relacjach międzyludzkich. Wbiły ludzi w poczucie winy, że są niewystarczający, zrobiło z innych opresyjnych rozmówców oczekujących od innych działań, jakie im wydają się słuszne etc.

    Wracając do tematu lęku. Ja siebie uważam np. za osobę lękową.

    Miałam lękową matkę, która bała się sama przechodzić przez ulicę i obiecałam sobie, że nigdy taka nie będę, co oczywiście udało mi się mocno średnio. W procesie upływu lat, socjalizacji, doświadczeń udało mi się pokonać różne lęki, ale wrzucone na matrycę wzorce zachowań nie dają się wymazać gumką myszką, stanowią punkt odniesienia już na zawsze. Mając ten właśnie wzorzec w swojej głowie nigdy nie byłam człowiekiem tzw przygód, nie szukam wyzwań i czelendży, nie fascynuje mnie rywalizacja i ze wszystkiego co kręciło i kręci mnie najbardziej to jest święty spokój. Na pewno ma to podłoże lękowe w jakimś stopniu, ale pogodziłam się z tym i mi to nie przeszkadza. Jako człowiek lękowy kocham rytuały, swoje zwyczaje, bo dają mi oczywiście złudzenie poczucia bezpieczeństwa. Jak byłam dzieckiem jadłam latami tylko chleb z powidłami i frytki. Do dziś mam takie kulinarne fiksacje i mnóstwo dziwnych fobii.

    Nie lubię zmian, nie lubię się przemieszczać, wszystko to potem akceptuję, ale nie wywołuję tych zdarzeń jakoś namiętnie. Pierwszy raz samodzielnie jechałam pociągiem mając 19 lat na praktyki robotnicze do Jarocina i miałam dwie przesiadki. Pamiętam, że wszystko, dosłownie wszystko i każdy wydawało mi się zagrożeniem. Okazało się, że dotarłam bez problemu, nic się nie zdarzyło i potem wielokrotnie miałam okazję przekonać się, że to co mnie stresowało, napędzało strach typu: medyczne atrakcje jakieś, zepsuty samochód w polu, trudne konfrontacje z ludźmi, nagła zmiana sytuacji życiowej – było do przeżycia, kiedy już w tym byłam. Z prostego powodu. Kiedy ma się zabieg, psuje się coś nagle, coś idzie nie pomyśli, ktoś jest niemiły – to przecież nie podejmuje się wtedy decyzji, że się z tego powodu umrze. Żyje się dalej. Wychodzi się nawet silniejszym i tu każdy kołcz mówi – a nie mówiłem. Z tym, że wiemy, że też nie każdy tak ma i są ludzie, którzy obumierają w środku bo muszą odezwać się do obcego. Ja mam szczęście – nie lubię, ale mogę to zrobić.

    Oswajanie lęku to proces, który nigdy się nie kończy. Świat, media, informacje bardzo nam w tym pomagają, abyśmy stale się bali, stale utrzymywali się z stanie poczucia zagrożenia. Taką masą łatwiej jest manipulować, łatwiej wmówić, że jak zrobią coś tam ,to będzie lepiej, a wcale tak przecież nie jest. Kiedy sobie przypomnimy ostatnie info, jakie przeczytaliśmy w internecie, obejrzeliśmy w tv to jest wojna, znęcanie się nad zwierzętami, ludźmi, to są ludzie, którzy mają więcej a my mniej, to są problemy ekonomiczne, zagrożenia klimatyczne, absurdy rządzących, próby niewolenia ludzi, dyskryminacja i tak bez końca. Rzadko do tego przebija się coś dobrego. Dobro słabo się klika, chyba że jest to Paulina Młynarska i jej dobro, które opowiada apropos swoich przygarniętych kotów i psów, a i tak ludzie zarzucają jej, że jest niemiła albo mówi dziecinnym językiem o kocie a nie powinna. Lubimy do każdego dobra włożyć łyżkę dziegciu i nawet przestaliśmy się zastanawiać skąd nam się to bierze. Boimy się zostać sami w środku lasu nocą, bo co by było, gdybyśmy usłyszeli swoje własne myśli.

    Czy to właśnie nie ich boimy się najbardziej?

  • „Kiedy widzę Filipkę, chcę założyć garsonkę”- o spektaklu „Orlando.Biografie”- Teatr Powszechny

    Według mojej obserwacji żyjemy obecnie trochę w takiej aberracji jeśli chodzi o narrację odnośnie płci, ciał, ludzkiej seksualności. Bo z jednej strony jesteśmy w kraju, który posiada najbardziej restrykcyjną politykę kontroli prokreacji, który nadal mocno usadawia kobiety w stereotypowych rolach i niżej w hierachii uposażeń za tę samą pracę jaką wykonują mężczyźni, w kraju, który ustanawia „strefy wolne od LGBT” a osoby queer nazywa ideologią, prezes wiodącej partii rządzącej zaś stwierdza na jakimś wiecu na temat środowiska queer, że „on by to badał”. A z drugiej strony niebinarność, perfomatywność płci, reprezentacje queerowe, kultura drag coraz silniej przebijają się do mainstreamu. Myślę, że nadal w wielu miejscach usłyszy się wyraz słynnej tolerancyjnej postawy a la wujek „niech oni se robią co chcą, kochają jak chcą, ale po co tak się z tym afiszować, parady jakieś urządzać”. Jednak da się zauważyć, że jawne kwestionowanie płynności seksualności, płci i tego, że miewa ona przeróżne reprezentacje zyskuje powoli status obciachu.

    Judith Butler napisała flagowy manifest gender „Uwikłani w płeć” 30 lat temu, więc świadomość tego, że płeć to płynny kulturowy kod, nie tylko coś zdeterminowane biologią, prostym podziałem – chłopiec czy dziewczynka? istnieje nie od dziś. Jednak dopiero teraz częściej być może przychodzi nam do głowy pytanie – dlaczego osoba dekodowana jako kobieta ubrana w obcisłą sukienkę i buty na obcasach zyskuje społeczną aprobatę a osoba dekodowana jako mężczyzna ubrana tak samo jak kobieta tej aprobaty nie zyskuje? Dlaczego nie dziwi nas osoba męska przebrana w złocone szaty, suknie, ornaty, ze złotym pierogiem na głowie, a Andrzej Szwan znany jako Lulla de La Polaca mówi, że w Polsce boi się wyjść na ulicę w kolczykach i z umalowanymi ustami. Czy zastanawiamy się w ogóle nad tym kto konsekruje takie a nie inne wzorce zachowań przypisanych do płci? Kto o tym decyduje co jest „męskie”, co „kobiece”, co właściwe a co nie? Dlaczego kiedyś nie do pomyślenia było, aby kobieta nosiła spodnie a teraz, że mężczyzna nosi sukienkę? Czy myślimy nad tym, że to jak wyglądamy, jak wyglądać chcemy, czego się boimy w swoich reprezentacjach to nic innego jak tylko pochodne funkcji władzy, narracji systemów państwowych, religijnych, które nakładają na społeczeństwa narzędzia opresji, kontroli, aby nimi łatwiej zarządzać i przy okazji wzniecać podziały i kontrolę wewnątrz nich samych?

    Tymczasem – Judith Butler, która udowadniała, że wyznaczanie jedynych słusznych reprezentacji płci to prosta droga do hierachizacji i wykluczeń, Paul B. Preciado i jego biopolityka, farmakopornografia, spektakle Nowa Europa w Teatrze Nowym, wcześniej Simone de Beauvoir, Michel Foucault, Tilda Swinton:) i wiele więcej jeszcze głosów przebija się i wychodzi z backstage na mainstage społeczny.

    Dowodem tej aktywności pozostaje także spektakl z Teatru Powszechnego, w reżyserii Agnieszki Błońskiej, który sięgnął jeszcze dalej w kulturowych inspiracjach, a mianowicie do tekstu Wirginii Wolf „Orlando” oraz do postaci 16 letniego chłopaka z dworu królowej Elżbiety, która to postać była emanacją dwoistości ludzkiej natury, jej niejednoznaczności. Orlando to figura dramatu uwikłania w kulturowe reguły płci, a spektakl zatytułowany „Orlando. Biografie” przedstawia ten temat z perspektywy konkretnych, wyrazistych losów postaci, które w nim występują. Całość zaaranżowana jest jako zjawisko na pograniczu teatru, perfromancu, sztuk wizualnych, techno-party, terapii zbiorowej i wykładu. Poszczególne osoby dzielą się swoimi historiami funkcjonowania z innym poczuciem na temat kodu swojej płci niż przewiduje to nakaz społeczny, wszystko zestawione i przestawione jest tak, że brzmi jak mocny wolnościowy manifest i zdarzenie społeczne. Uteatralizowanie tych historii nadaje im zaś wymiar czytelnego symbolu łatwego do odczytania także przez osoby nie zorientowane w akademickich dyskursach o reprezentacji płci.

    Nie ma w spektaklu hierachii ważności poszczególnych losów. Poddajemy się terapii zafundowanej nam przez Anu Czerwińskiego będącego w momencie tranzycji płci (jego losy były wplecione w historię „Mieszkanie na Uranie” w Teatrze Nowym), jest taka chwila, kiedy po zapytaniach jakie Anu rzuca do widowni czy jesteśmy gotowi przysiąc, że zawsze czuliśmy się tymi, kim się czujemy – osoby ze sceny długo patrzą na osoby na widowni, a widownia osoby na scenie – w totalnym milczeniu i jest to jeden z najbardziej gęstych momentów, jakie przeżyłam ostatnio w teatrze. Ludzie patrzą na ludzi. Proste, a jednak…

    Przysłuchujemy się komentarzom Filipki Rutkowskiej, która z gracją godną pozazdroszczenia obnosi swoje torebusie i garsonki i nakłania do weryfikacji naszych poglądów odnośnie reprezentacji outfitów oraz spojrzenia na tematy nie tylko z męskiej perspektywy, do której przyzwyczaił nas patriarchalny system. Jak powiedziała w rozmowie moja przyjaciółka Agata Zbylut podsumowując oglądany spektakl “Kiedy widzę Filipkę, chcę założyć garsonkę”:)
    Widzimy Pepe le Puke trans osobę z kolektywu dj’skiego oraz Lullę – najstarszą drag w Polsce. Andrzej Szwan ma 84 lata i można powiedzieć, że wreszcie jest na fali. Stał się widzialny, ma wiele reklamowych kontraktów, udziela wywiadów, bierze udział z niezliczonych queer imprezach. Jest barwny, jest wytrwały, jest dowcipny i nie użala się nad sobą. Widziałam dokument o nim w reż. Bogny Kowalczyk „Boylesque”, w którym poznajemy bliżej tę niezwykłą postać nadal zawzięcie tańczącą do przeboju Beaty Kozidrak „Co mi panie dasz” po nieudanej randce na mieście, zabawnie tłumaczącą kolegom, że może się z czymś nie wyrobić, bo zapominają, że jest od nich jednak starsza o 50 lat:) Czuje się, jak zwyczajowe uprzedzenia związane z tym, jak kto wygląda, ile ma lat zanikają.

    fot. Magda Hueckel

    Ale dopiero na scenie Powszechnego słowa Anadrzeja Szwana, który zawsze lubił przebierać się w sukienki i malować usta, uderzają mnie mocno. Szwan w kilku słowach szkicuje moment, jaki zapamiętał z wczesnego dzieciństwa, bomby spadające na miasto, ukrywanie się przed 2 miesiące w szczelnie zabarykadowanej piwnicy, szczęcie, że bomba nie trafiła akurat w ten budynek. Ciężko uniknąć skojarzenia z tym, co dzieje się obecnie na naszych oczach, tuż za naszą wschodnią granicą. Kiedy wydawało nam się, że wszystko mamy z grubsza poukładane, okazuje się, że to nie stabilizacja ale chwiejność i niepewność jest wpisana w nasz los. Co niby wiemy, ale do końca nie dowierzamy nigdy.Z wywiadów dowiadujemy się też Lulla la Polaca to szczęśliwie ocalone dziecko holocaustu. Potem ten mroczny PRL, akcja Hiacynt, te homofobiczne opresje i oto stoi na scenie ona/on w kostiumie scenicznej diwy, w błyszczącej sukni i śpiewa dla nas, a ja nie ukrywam, jak szalenie mnie to wszystko porusza.

    Do kultury drag zawsze miałam wielkie umiłowanie i właściwie nigdy nie zastanawiałam się dlaczego. Pociągała mnie teatralność tego zjawiska, ten rodzaj przerysowania, brania w nawias  pewnych atrybutów kobiecości, które akurat mnie cis kobiecie wydawały się nieznośne. Fascynowało mnie to i fascynuje nadal. Po przyjrzeniu się też losom Kim Lee – Wietnamczyka mieszkającego w Polsce, który w sile wieku zmarł rok temu na covid, odnalazłam w tym więcej niż przegięcie i zabawę. Widzę w tym polemikę z zasadami, jakie zostają ludziom wyznaczone, zapytania- dlaczego nie mogę wyglądać, poruszać się, być – w sposób inny niż przypisuje kultura. Kim Lee przebierała się nie tylko za kobietę, tańczyła np w stroju ludowym do piosenki „My Słowianie”. Nie było to jednak przaśne kulturowe zawłaszczenie jak Gosi Rozenek prężenie się na instagramie w indiańskim pióropuszu podczas podróży do Stanów. To była performatywna polemika z tym jakie role wypada nam odgrywać. To jest rodzaj dyskursu, poddania w wątpliwość znaków uznanych za kanony.Stąd prosta droga do wyzwolenia się z myślenia o swojej płci, jej reprezentacji w sposób jaki wyznaczają systemowe reguły.

    Oczywiście to wszystko nie polega na tym, że płeć to rodzaj ubrania, które zmieniamy, odwieszamy do szafy w zależności od potrzeb czy humoru.

    fot. Magda Hueckel

    Przedstawione na scenie losy postaci, przygotowana przez Katarzynę Kozyrę scenografia złożona z pluszowych, plastikowych części ciał, dramatyzm losów, czasem komizm jednostkowych doświadczeń wskazują wyraźnie trop, aby uświadamiać sobie że spektrum bycia człowiekiem nie jest binarne, nie bywa jednoznaczne, bywa też zmienne w czasie, jest prądem, z którym unosi nas biologia, społeczeństwo, nakazy, role, własne samopoczucie i świadomość, że możemy przyglądać się bacznie i polemizować z tym co jest uznawane za „oczywiste”, „naturalne” i „przyzwoite” i mapować swoje życie po swojemu.

    W październiku spektakl wraca na scenę. Warto, aby wam to nie umknęło.

    fot. Magda Hueckel

  • I libido i romantico – o nowym spektaklu Teatru 21

    Nienormatywność, inkluzywność, ciałopozytywność, różnorodność reprezentacji seksualności i płciowości – te tematy przewijają się w moich własnych obserwacjach społecznych norm i narzucanych zachowań. Biorąc pod uwagę ilość spektakli i performenców teatralnych, które w ubiegłym i bieżącym roku obejrzałam, a które ilustrowały emancypacyjne odniesienia do wymienionych kwestii – mogłabym pokusić się o stwierdzenie, że coś w temacie drgnęło. Przywołam tu choćby „Tanz” Florentyny Holziger, „Habitat” Doris Uhlich w Nowym Teatrze czy „Larvę” Marty Ziółek w Komunie Warszawa. Stosunek do naszych ciał i jego potrzeb przeobraża się, wychodzi z ciemnych szaf opresyjnych religijnych reżimów i systemów zaprzężonych do obsługi patriarchalnych instytucji. Zaczynamy nabierać nawyku coraz śmielszego mówienia o tym i w praktyce wychodzenia poza praktyki pamiętane z epoki Anieli Dulskiej.

    Wydawało by się, że jesteśmy już na dobrej drodze i nic nie umknie nam uwagi, żadna grupa, żadna ludzka potrzeba. Jednak możemy się mylić obierając ten punkt widzenia.

    Tu w sukurs przychodzą twórczynie z Teatru 21 – Justyna Wielgus – reżyserka i Justyna Lipko – Konieczna – scenarzystka, dramaturżka, które na scenie Komuny Warszawa wystawiły spektakl „Libido Romantico”. To już drugie moje – po „Jak przestałem być doskonały” – przedstawienie tego teatru, w którym scena należy do osób z niepełnosprawnością umysłową, z zespołem Downa. Tym razem po performensie w cyrkowo – mityczno – hinduskim anturage biorącym na warsztat kwestię odmienności fizycznej twórczynie  dają widzom obraz sytuacji ludzi z niepełnosprawnościami w kontekście ich seksualności. My ze swoją się oswajamy a co z nimi? Z ludźmi i tak społecznie marginalizowanymi w widzialności społecznej?

    Aby opowiedzieć te historie Wielgus i Lipko – Konieczna odwołały się do tekstu, którego na współczesnych scenach też raczej byśmy się nie spodziewali. To licealna narodowa zdawałoby się – ramota, dzieło koturnowego wieszcza  Mickiewicza „Ballady i romanse”. Jednak twórczynie odnalazły w tym dziele performatywny potencjał. Mija równo  200 lat od wydania Ballad. Wtedy rewolucjonizowały kostyczną oświeceniową narrację i każdy, kto choć trochę uważał na polskim pamięta, że od „Ballad i romansów” datuje się początek epoki romantyzmu w literaturze. Jakie to jednak ma związek z seksualnością osób z niepełnosprawnością? Czy teksty z XIX wieku mogą trafić w jakąkolwiek współczesną tarczę. Otóż mogą. Mogą być dobrym komentarzem do tematu, o którym niełatwo się mówi i który praktycznie w mainstreamowej narracji nie istnieje. „Ballady i romanse” na tamte czasy realizowały się jako rewolucyjny tekst, bo głos dostały w nim osoby właśnie dotąd niesłyszalne, ludzie z gminu, z klas niższych, ci których głos nie był istotny. Dzikość, mroczność, silne koneksje z naturą, sensualność przedarły się do świadomości czytelników z poziomu ludzi, którym prawa do odczuwania odmawiano i nawet nad tym nigdy się nie pochylano. Wtem okazało się, że ich odczuwanie, ich praktyki są bliższe niepokojom epoki i pytaniom jakie stawia niż oficjalny język szacownego „mędrca” ze szkiełkiem i okiem. To „Ballady i romanse” wysunęły postulat demokratyczności uczuć. Tym samym lektura wieszcza ożywa na nowo w kontekście seksualności osób z niepełnosprawnością. Ich seksualność jest wypierana z głównego nurtu narracji, tak samo jak kiedyś głos czy emocje ludzi z tzw. gminu. Ze sceny rezonuje w głowy widzów pytanie – czy osoby z niepełnosprawnością mogą czuć pożądanie i jak sobie z tym radzą one i otoczenie? Prawda jest taka, że osoby takie są zaklęte w wiecznej figurze dziecka. Nieistotne jest dla nas, czy mają lat 10 czy 30. Widzimy ich jako wieczne dzieci. Dzieci, do których przemawia się dziecinnym językiem i spodziewa po nich emocji przypisanych parolatkom.

    Jak ten niełatwy dyskurs został urządzony i przełożony na język sceny?

    Według mnie brawurowo i spektakularnie. Jest dramatycznie, zabawnie i wzruszająco, bardzo energetycznie, zero czasu na zwyczajowy odruch grzebania w telefonie, co definiuję jako gruby sukces twórczyń.
    Osią spektaklu jest wg mnie postać Remigiusza Kijaka. 

    Kim jest Remigiusz Kijak?
    Jak sam mówi na wstępie – nie skojarzymy go z innych scen teatralnych, z prostego powodu, że nie jest aktorem. Jest wykładowcą uniwersyteckim, pracownikiem naukowym na UW specjalizującym się w seksualności osób z niepełnosprawnością intelektualną. Twórczynie miały taki pomysł, żeby historie, jakich wysłuchał, w jakich doradzał Remigiusz były przytaczane przez niego na scenie w ramach improwizacji, a do tych opowiadań i historii z życia będą dołączane odpowiednie komentarze z „Ballad i romansów” oraz  teksty aktorów Teatru 21 przygotowane specjalnie lub też improwizowane. W ten sposób pod lupę wzięto motywy ludzkiej seksualności osób z niepełnosprawnością takie jak: miłość romantyczna, pożądanie, erekcja, miłość homoseksualna, seks sado – macho, macierzyństwo, kontakt z przemocą seksualną, a do tego – odrzucenie, pragnienia z poziomu i emocji jak i ciała. Wszystkie te konteksty są przygotowane w zupie porządnej popkultury zarówno wizualnej, muzycznej jak i wyznaczającej kulturowe wzorce. Jake i Rose z Titanica, Celine Dion i hit z tego filmu, włoskie San Remo, plakatowe wzorce męskości, mity o macierzyństwie, kobiecości i płci – wszystko w kontekście tego, jak odczuwają to osoby z niepełnosprawnością.
    Spektakl jest dynamiczny i spójny. Wyzwala ten rodzaj energii, jaką mamy na codzień skrytą przed światem, a nawet przed samymi sobą. Nie myśli się o jego bohaterach w kategorii ckliwego współczucia, raczej zażenowania, że wciąż i wciąż nie jest się tylu kwestii świadomym, że myśli się o fundamentalnych ludzkich potrzebach wybiórczo, pobieżnie i schematycznie.

    Usadowiłam się w pierwszym rzędzie i choć nienawykła do interakcji ochoczo przyjęłam zaproszenie, do końcowych wspólnych z aktorami pląsów na scenie w rytm włoskiego hitu z lat 80-tych. Totalnie moje klimaty, choć radość to nie jest coś co definiuje mnie na codzień. A tam właśnie tak się zdarzyło. Czy to jest wystarczające reko?

  • Mówić głośno, o czym się nie mówi – „Kobieta i życie” w teatrze WARSawy

    To był taki nic nie znaczący poniedziałek kolejnej brudnej zimy – nie zimy w Warszawie. Ciemno o 15:00 i zero ekscytacji. Nie lubię chodzić na wydarzenia w poniedziałki. Zakładam, że poniedziałki nie są po to, żeby się nimi emocjonować. A jednak tak wyszło, że poszłam. W zimnym foyer teatru Ateneum czekałam na spektakl kupiwszy uprzednio kieliszek białego wina, chociaż nie wiem czy to ma znaczenie, ale raczej nie. Po mającym rozegrać się za chwilę spektaklu niczego się nie spodziewałam, bo uwielbiam luksus niespodziewania się. Pielęgnuję w sobie tę myśl i wchodzę na widownię.

    To nie był spektakl grupy z Ateneum, tylko użyczona w budynku scena dla offowego teatru WARSawy prowadzonego przez Adama Sajnuka. Teatr WARsawy nazywa siebie „Rynkiem Nowego Myślenia”, deklaruje otwartość na dyskusje, wymianę poglądów, niezależność myślową, poszukiwania społecznych tożsamości. Zakłada też wsparcie reprezentacji młodych absolwentek aktorstwa na swojej scenie, co uważam, jest z góry skazane na słuszność. Mam obejrzeć tym razem spektakl wyreżyserowany przez Jerzego Jana Połońskiego, do którego tekst napisała poznańska dramaturżka Malina Prześluga.

    „Kobieta i życie”, taki ma tytuł i myślę wtedy, że jest banalny. Przywołuje mi wspomnienie poczytnego za czasów mojego dzieciństwa tygodnika – wtedy społeczno – kulturalnego, dziś poradnikowego i o życiu gwiazd. I nawet nie wiem czy ktoś ma jeszcze świadomość, że taki tytuł istnieje na rynku i nie wiem też czy to skojarzenie ma jakieś znaczenie. Może tylko takie, jak potransformacyjne kapitalizacja kultury spłyciła przekaz „kobiety i życia” sprowadzając je do domowych porad i plotek. 

    Tytuł nie pociąga mnie też, bo wolałabym coś mniej oczywistego, mniej jednoznacznego, nie że ciągle o kobietach, bo przecież o tym, że mają ciężko wiem przecież WSZYSTKO. 

    A teraz jest właśnie ciekawy czas tożsamościowych weryfikacji, poszukiwań odpowiedzi na pytanie kim jest obecnie kobieta, jakie jest jej miejsce, kim była, kim być miała, jakimi obłożono ją oczekiwaniami i jak weryfikuje je czas. Paradoks polega na coraz większej eskalacji emancypacyjnych aktów w przypadku kobiet, i nie mam na myśli prostego wyzwolenia się z zasady 3 K (Kinder, Küche, Kirche) i możliwościach swobodnego decydowania o tym co zaważy na wartości ich losu, przy jednoczesnym zacieśnianiu się pętli systemowych ograniczeń odnośnie praw kobiet do samostanowienia o swoim ciele. Kwestie kulturowych kodów płciowych, rewizje rzekomych kompetencji przynależnych płci to już fakty, a mimo to przy takim poszerzeniu pół redefinicji skostniałych teorii płci, podejścia do ciał odbywa się brutalne likwidowanie możności decyzji o tym, jak to ciało ma wyglądać i czemu służyć. Ciało pozostaje wciąż znakiem reprodukcyjnego celu, aktu podlegającego ścisłej kontroli systemu i państwa. Jednak – ujmując w skrócie – wszystko się zmienia a mimo pozostaje tak samo.

    W protest przeciwko temu systemowi zawłaszczania ciał osob kodowanych kulturowo i biologicznie jako kobiety wchodzi dużo aktów twórczych. Wystarczy choćby przypomnieć “Cząstki kobiety” Kornela Mundruczo z TR, w których każda bohaterka przemyca jakieś smutne fragmenty swojej biografii, na ogół palące i wstydliwe. Strata dziecka, prawo do przeżywania śmierci na swój sposób, metody wychowawcze, relacje matka-córka -siostra, te wszystkie mocno realistyczne obrazy trudnych rodzinnych i systemowych uwikłań nasuwające jedno pytanie – dlaczego bycie kobietą jest tak przygnębiająco duszne i ciężkie.

    Tak więc wiem, jestem świadoma, widziałam, doznałam, czego jeszcze mogę się dowiedzieć o życiu kobiety?

    Ale jak często bywa w takich sytuacjach i brawurowo postawionych sprawach – znowu się mylę. I nie chodzi tu o tę całą nadbudowę, ale o to, co na ogół chowa się w szafie i o szeroko pojętą rewizję samoświadomości. A piszę o tym, bo to własnie umożliwił mi spekatkl Połońskiego i Prześlugi.

    Ogromna w tym zasługa tekstu, rozpisanej na 4 aktorki quasi ballady z rymami częstochowskimi i piosenkami obrazującymi kolejne etapy życia jednej bohaterki – od jej wczesnego dzieciństwa, dorastania w małomiasteczkowej, przeciętnej rodzinie, dojrzewania poprzez czasy nauki, kariery w dużym mieście, małżeństwa, macierzyństwa, rozwodu aż do wyjścia na ulice w ramach protestu przeciwko aborcyjnym restrykcjom rządowym.

    Zdawałoby się, że cliché , banał, #aletojużbyło, jednak tekst poznańskiej dramaturżki poprzez stylizowaną naiwnośc językową, rym, powtarzalność zyskał siłę rażenia, która mnie zaskoczyła. Już pomijam fakt, że długo potem myśli układają się człowiekowi wierszem:)

    Siedzę na widowni w pierwszym rzędzie i ulegam melo-deklamacyjnemu transowi scen z życia przeplatających się między 4 aktorki. Kamilla Baar i 3 młode absolwentki aktorstwa: Pola Dębkowska, Klaudia Janas, Jowita Kropiewnicka.  Żadna z nich nie przypisana na stałe do jakiejś figury głównej bohaterki, matki, ojca, kolegi ze szkoły czy męża. Dialogi, monologi przepływają przez nie niepostrzeżenie, w ich postaciach widać całe panopticum rodzinnych dramatów, emocji ciasnych pokoi z boazerią, kuchni z ceratami na stole, szyderstw ojca i kolegów ze szkoły, utyskiwań matki, toksycznych uwag męża w nowoczesnym apartamentowcu na kredyt. W tej pozornie naiwno-kabaretowej formie upostaciawia się dramat dzieciństwa i dorastania dziewczynek w Polsce lat 80 tych, ich losu jako dorosłych kobiet, dopełniania się schematów, w których każda przeciętna kobieta funkcjonuje i których odium nosi praktycznie całe życie. Dramat, w którym chodzi tylko o to, aby ona była grzeczna, żeby była cicho, żeby nie sprawiała problemu, żeby nie płakała, nie awanturowała się, nie za dużo chciała.

    To jest też dramat o ciele. Właściwie  ono jest też głównym bohaterem. Od początku podlegające rozmaitym ocenom, opresjom, cudzym pomysłom jak powinno wyglądać i jak się sprawować i do kogo należeć.

    Wszystko to już widziałam, słyszałam, wiem, że życie nie głaszcze i w zasadzie dla kobiet bywa średnio przyjazne, na pewno było, bo tak to zapamiętałam z własnego dzieciństwa, chociaż nie pochylałam się nigdy nad tym zanadto, bo wydawało mi się, że TAKIE WŁAŚNIE JEST ŻYCIE. Mocno średnio fajne. Ze świadomością, że średnio to skala sporo na wyrost. A jednak  mimo to, że wszystko juz wiem, kiedy spektakl dobiega końca, dokonuję niemiłego spostrzeżenia, że zaskakuje mnie moje własne wzruszenie, afekt i niepożądane w publicznych okolicznościach łzy. Konsternuje mnie to, bo poważni ludzie, którzy na wszystko mają definicję nie ulegają wzruszeniom. Umysł podsuwa więc szybko podejrzenia. Czy może to po prostu sceniczna terapia, drama mająca przywołać rodzaj oczyszczenia. Pytania, jak reagowałaby moja córka, moje przyjaciółki, czy tak samo, czy inaczej. Czy poruszenie było efektem odnalezienia podobieństw do moich własnych historii czy też tego, że spektakl był taki dobry? 

    Trudno mi to jest rozdzielić. Efekt został wywołany tymi konkretnymi historiami, w taki sposób opowiedzianymi, tymi głosami, ciałami i ekspresjami tych konkretnych aktorek, z których każda była absolutnie inna, wyrazista, spektakularna. I według mnie nie był to łatwy materiał do zagrania. W mojej ocenie 2 godziny nieustannej, rytmicznej, naprzemiennej deklamacji, nieuchwytnego przeistaczania się z postaci w postać, bez przerw – zgubienie jednego słowa sprułoby pracowicie nanizany łańcuch sensu. To ogromna presja. Młode aktorki pozostawiły mnie pod wrażeniem pasji, talentów, braku nieznośnych manier, wiarygodności, zerowej emfazy, która na ogół w teatrach mnie drażni. Tak więc pomimo moich osobistych powodów do poruszeń, całość tego przedsięwzięcia miała szansę wywołać takie efekty poprzez sposób, w jaki została skomponowana i zagrana. Niby dziecinna piosenka, rzewna ballada a jednak mocny głos wkurwu i sprzeciwu wobec tego jak kultura, system traktują ciała zakodowane jako kobiece, sprzeciwu wobec presji, oceniania, uciszania, przycinania, formowania.

    Dalsza część tego poniedziałku okazała się mieć kolejne niespodziewane następstwa, kiedy to niezwyczajnie, bo w poniedziałek poszłam do Pawilonów na Nowym Świecie uczcić udany wieczór, a tam, w czasie kiedy prowadziłam rozmowę do baru weszły 4 osoby kodowane jako męskie i które z tego powodu tylko uznały, że ich rozmowa jest lepsza niż moja, a na pewno powinna być bardziej słyszalna. I jak ja wtedy zareagowałam – to jest już początek zupełnie nowej, przynajmniej dla mnie, historii.

  • zjedz kanapkę