Uciec, ale dokąd, czyli jemy kanapki na „Into the wild” i „Captain Fantastic”

Motyw ucieczki od systemu, powrotu do natury i stale brzęczący laitmotiv niby żartem, a chciałoby się serio – a może rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady, jest odwieczny. Niezależnie, czy ludzie funkcjonują w systemie banksterów, korporacji, neoliberalizmu, monarchii czy jakiegoś innego systemowego zamordyzmu, jakaś część z nich ma takie marzenie, żeby z tego uciec. Powód jest moim zdaniem prosty i zawsze ten sam, niezależnie od czasów. Po prostu każdy system jest opresyjny, nawet dla garstek uprzywilejowanych. Opresywność systemowa nie oszczędza nikogo stawiając poszczególne jednostki w roli pionków mających odgrywać swoje role, które tylko pozornie im samym przynoszą jakieś korzyści. Tak więc pytanie – jak żyć, jaka jest korzyść z życia, co jest ważne, zawsze pozostaje pytaniem otwartym, pytaniem, na które szuka się odpowiedzi.

Uciec, ale dokąd

Ostatnio dwa obejrzane przeze mnie filmy okazały się próbami odpowiedzi na te pytania i wyszły na przeciw moim własnym niepokojom i lękom związanym z tym, czy to miejsce, w którym jestem jest na pewno właściwym miejscem, tym, w którym powinnam być. Niestety okazało się, że jako ofiara coachingowych głupot wtłaczanych przez inne ofiary systemu, że mogę wszystko, że wszystko to mój wybór i moje decyzje, zabrnęłam zbyt daleko w dychotomię między zadowoleniem z bycia beneficjentem systemowości a odrzuceniem tego rodzaju zniewolenia jakie niesie współczesne funkcjonowanie na rynku i w grupie. W związku z tym taka forma ucieczki, jaką pokazują te dwa filmy nie jest już raczej dla mnie. Mało tego. Oba w sumie pokazują, że każdy eskapizm niesie ze sobą spore koszty, a nawet ofiary.

Niemniej uważam warto się poprzyglądać, jak by to mogło być, gdyby wybrać taką właśnie drogą, wrócić do natury i zobaczyć co dalej, co to za sobą niesie.

Into the wild

Pierwszy film „Wszystko za życie”  („Into the wild”) ma już 12 lat i mi umknął wtedy, kiedy wszedł na ekrany. Nie wierzę w przypadki, zawsze jak mam w głowie  większy kaliber prób dojścia o co chodzi, nagle pojawiają się podpowiedzi. Tem film podsunął mi akurat jakiś przypadkowy młody człowiek, którego nie znam, ale chciałam zobaczyć jak myśli, więc zobaczyłam ten film. Okazało się, że być może był o nim, może o wielu z nas, o mnie w jakiś sposób na pewno też. Znacie to uczucie, kiedy ogląda się jakiś obraz, czy czyta jakieś słowa i myśli się – tak!! to przecież o mnie jest! No. I tu właśnie tak było.

Sean Penn, który to wyreżyserował, wziął sobie na warsztat książkę alpinisty Jona Krakauera. Autor tej książki sam przeżył 4 lata na gigancie z cywilizacji próbując życia w głuszy na Alasce. Ale nie jest to kolejna opowieść o jakimś Robinsonie, tylko o konkretnym bohaterze, który świadomie zadziałał według zasady „fuck the system”. Młody gość kończy szkołę i może iść na najlepsze uczelnie w Stanach, ma zamożnych, zaradnych, wykształconych rodziców, dom, siostrę, jest miły,lubiany, przystojny, typowy WASP, przed którym klasyczna kariera stoi otworem i zachęca. Samochody, karty kredytowe, czeki, pożyczki, pułapki, obietnice. Jednak chłopak nie chce iść tą drogą i przygotowuje sobie zawczasu plan ewakuacji z tego amerykańskiego snu w taki sposób, żeby nikt z rodziny nie zdołał go odszukać. Ucieczkę zaplanował precyzyjnie, potem zdał się na przypadki zaliczając kolejne punkty pobytu na łonie Alaski etapowo. Założeniem było posuwać się wciąż naprzód, na północ bez pieniędzy a jeśli już to tylko z tymi, które będą gwarantem przeżycia.

Co ciekawe, nie natykał się na złych ludzi. Większość z nas, a ja na pewno, przyjmuje z góry, że ludziom nie można ufać, że są nieżyczliwi. Ale może to tak działa. Słynna przepowiednia samospełniająca się, masz to, czego oczekujesz itd. W każdym razie bohater spotyka po drodze wielu pozytywnie nastawionych ludzi, sam dla niech jest też bardzo pomocny i empatyczny, jednak im bardziej chce on od nich odchodzić, tym bardziej oni się do niego przywiązują. Tak jakbyśmy lubili dla zasady to, co jest nieuchwytne.
Wszystkie układy Chrisa z rodziną i spotykanymi ludźmi pokazują jednak, że relacje zawsze oparte są na kompensacji. Zawsze ktoś chce uzupełniać własne deficyty naszym kosztem i my robimy względem innych ludzi to samo. I dlatego Chris ucieka. Świadomie porzuca rodzinę, nie nawiązuje z nimi kontaktu, świadomie porzuca dobrych, ciekawych ludzi po drodze tylko dlatego, żeby się nie uwikłać w te zależności, które w gruncie rzeczy zniewalają tak samo jak system.

rozważny, romantyczny, przegrany

Film stanowi zlepek przypowieści o tym, jak Chris sobie radził bez wszystkich udogodnień jakie daje cywilizacja, jak korzystał z niej umiarkowanie i tyle, ile naprawdę było trzeba, jak bazując na ludzkiej życzliwości i własnym przemyślności dopiął w końcu swego i na tej dzikiej Alasce się znalazł.

Film przemyca widzowi nieco romantyczną wizję człowieka blisko natury. Są takie fragmenty, które mają widza uwieść, ale wiele wspólnego z twardą rzeczywistością raczej nie mają, choć wierzę w to, że faktycznie jak bohater mył sobie włosy pod własnoręcznie zrobionym prowizorycznym prysznicem z konewki i kiedy tak rozpuszczał te włosy na wietrze w świetle zachodzącego słońca, to bardzo czuł ten oddech w piersiach i tak samo wierzę, że na maksa się wzruszał, kiedy widział dzikie konie w galopie. Wierzę, że tak może być, po to przecież wychodzi się choćby na zwykły spacer, żeby odetchnąć i czymś tam po drodze się zachwycić. Tylko niestety tak zwane łono natury to nie tylko ładne krajobrazy. To, że bohater wiedzę o naturze brał głównie z książek, że brakowało mu doświadczenia i też zwykłej pokory, poskutkowało tym, że poczuł się na niej nie mniej wyobcowany niż w cywilizacji. Dzielnie zmagał się i walczył o przetrwanie. Ale okazała się rzecz prosta, że nawet uzbrojeni w noże, strzelby czy buty jesteśmy tam kompletnie nikim. Natura taka ładna,  z tymi zwierzątkami, roślinkami pozostaje głęboko obojętna na nasz los i to jest doświadczenie dość ożywcze i inspirujące, chociaż dla bohatera ożywcze niestety się nie okazało. On akurat swoją walkę przegrał.
Nasunęło mi się pytanie, czy w ogóle jakakolwiek walka tu czy tam jest wygrana? Osobiście uważam, że samo życie jest skazane na klęskę, we wszystkim jesteśmy tylko szachowymi konikami, mamy ograniczone dość pola manewrów niezależnie od tego czy znajdujemy się w korporacyjnym centrum czy w dzikim lesie na Alasce. Ilość możliwości jest wyczerpywalna, a większość decyzji bywa błędna. Wcześniej czy później i tak się umiera i tak życie przypłaca się życiem. Nie chcę przez to powiedzieć, że w związku z tym trzeba siedzieć na dupie i milczeć, nigdy nie chcieć przekraczać własnych ograniczeń i własnego lenistwa. Ale warto nie dać samemu sobie zwieść, że życie jest gdzie indziej.

dziwny tytuł „Captain Fantastic”

Fabuła drugiego filmu z 2016 roku z Viggo Mortensenem pod tytułem „Captain Fantastic” zasadza się na jednym zdaniu, że oto ekscentryczny, hippisowski ojciec 6 dzieci wiedzie z nimi życie z dala od cywilizacji i uczy je, jak sobie z naturą radzić. Nie ma więc romantycznego zrywu jak w „Into the wild”, jest przemyślana decyzja i przemyślane kroki podejmowane w konkretnych celach, żeby godnie przeżyć, nie dać się naturze pokonać, okiełznać ją do potrzebnego poziomu i nie uczestniczyć w szaleństwie jakie oferuje nam współczesność. Dzieci uczą się więc wszystkiego ze starannie wyselekcjonowanych przez ojca książek, wiedzą wszystko o opresjach systemowych, wiedzą jak trzymać swoje ciało w ryzach i nie dać się mu rozleniwić, żyją w porządku i dyscyplinie. Przynajmniej tak się wydaje.

captain fantastic
Captain Fantastic

Wszystko to wychodzi dość mocno na przeciw coraz silniejszym ruchom uświadamiającym jak bezmyślnie i brutalnie postępujemy wobec świata, w którym żyjemy, jak konsumpcja zagania nas do konsumpcyjnych więzień, jak rozpasanie i chciwość mnożą do niczego potrzebne śmieci, które nas trują, zabijają i przytłaczają.
 Jedna z pierwszych scen pokazuje ten inny, starannie urządzony w środku lasu świat, szałasy, namioty, domki, zapasy na zimę, maszyny do szycia, sprzęty niezbędne do przeżycia.

śmierć, a co to takiego

Jedyne co mnie na wstępie zbiło z tropu to naturalistycznie pokazana scena zabijania jelenia, jako że rodzina jadła mięso i zabijanie zwierząt było jednym z elementów radzenia sobie z tym, w czym żyli. Ten sam rodzaj przykrego zetknięcia z prostą prawdą, że żeby zjeść ciało zwierzęcia, trzeba je wpierw zabić przeżyłam przy reportażu Ilony Wiśniewskiej o Grenlandii. Ona też pokazała inny stosunek do polowania i jedzenia mięsa niż mam ja. Chodzi z grubsza o jakiś sensowny obieg, cykl życia i śmierci. Zresztą, kiedy w filmie umiera matka dzieci, to choć szczerze wszyscy ją opłakują jako bliską osobę, jej śmierć w ich pojęciach nie stanowi przyczyny do popadnięcia w czarną depresję, opierają się też tradycyjnej chrześcijańskiej żałobie traktującej śmierć jako coś szalenie przykrego. Tymczasem dla ojca i dzieci śmierć to włączenie się do ogólnego obiegu materii, tylko w inny sposób. Następnie spuszczają jej prochy, z jej życzeniem zresztą, w toalecie i wszyscy się przy tym śmieją. Ten wątek mocno mi uświadomił, że lęk przed śmiercią jakim karmią nas religie jest niczym innym jak chęcią wzbudzenia lęku przed życiem, a przecież ten kto się boi jest bardziej sterowalny. To prosta zasada wszystkich religii, które są niczym innym jak współgrającym z resztą systemem.

to, czego już nie umiemy

Film ten pokazuje też, że życie w zgodzie z naturą jest możliwe, ale wymaga żelaznej konsekwencji i dyscypliny, czyli czegoś, z czego współczesna cywilizacja nas zwalnia. Zawsze znajdzie się ktoś, kto za nas coś wymyśli, ułatwi nam życie, a w zamian za to, my będziemy musieli za to czymś zapłacić. Dlatego płacimy wykonując szereg nieistotnych z punktu widzenia przetrwania prac i tak to się zapętla. Ostatecznie któregoś dnia siadamy i dostrzegamy, że daliśmy się wpędzić w takie klatki i sieci zależności, że wyjście z tego równa się szaleństwu.
Tryb życia rodziny z filmu też wydaje się szalony, nie współgra z tym, do czego przywykli przeciętni spadkobiercy nadymanych wzorców kulturowych i cywilizacji. Ich postawy, czyli mówienie prawdy, traktowanie dzieci jak podmiotów, nie traktowanie ich jak bożków, maszyn do spełniania chorych rodzicielskich wizji, ich brak wyrachowania i szczerość też są traktowana we współczesności jako dziwactwo, bo przecież kto mówi dziecku na czym polega seks, jak umierają ludzie albo kto chce się żenić po jednym pocałunku. Działanie w taki sposób czyni ludzi w naszych warunkach już niczym innym jak tylko dziwolągami i to jest bardzo smutne.

wspólny mianownik i różnice

Oba te filmy mają wspólny mianownik: negację współczesności, cywilizacji jako źródeł nieporozumień i zniewolenia jednostek oraz widzenie w naturze środka do zbawienia, jedynego słusznego środka umożliwiającego człowiekowi odpowiedzenie sobie na pytanie kim naprawdę jest i co jest mu potrzebne.

Ale są też dość istotne różnice. W podejściu do znaczenia międzyludzkich relacji. W „Into the wild” bohater świadomie podjął ewakuację od relacji z ludźmi, zerwał kompletnie kontakt ze swoją rodziną, którą uznał za siedlisko hipokryzji i samooszustw. Potem świadomie nie wchodził w kolejne układy nie chcąc dać się uwikłać w kompensację cudzych deficytów emocjonalnych.

W „Captain Fantastic” jest zupełnie inaczej, pokazane jest, na czym polega siła kolektywu. Siedmioosobowa osobowa rodzina to już duża grupa, w której każdy ma swoje miejsce i swoje znaczenie, bez jednego członka sypie się dobrze funkcjonujący system oparty nie na wyzyskiwaniu danej osoby, tylko wykorzystywaniu i podbijaniu jej naturalnych możliwości. Oczywiście w filmie pokazane są różne perypetie, spory światopoglądowe, bunty i przeszkody, co nie przeszkadza bynajmniej sądzić, że dobrze zorganizowany kolektyw, to jest tyleż trudne co pożądane przedsięwzięcie. Jest to ciekawe podejście, chociażby z racji tego,że w naszej obecnej kulturze mocno obstawia się indywidualizm, działanie nakierowane na siebie. Krach wszystkich systemów i śmietnikowy chaos zdeprecjonowanych idei każe nam robić zwrot ku sobie, słowo kolektyw kojarzy nam się z nieudanymi socjalistycznymi ideami, które niewiele przyniosły dobrego, a tymczasem na filmie tym fajnie widać, że nie właśnie, nie ja sam, tylko my razem coś możemy. I siłą tego filmu jest to, że ten przekaz nie jest pretensjonalny i nie trąci obciachem i żenującym dydaktyzmem.

tekstu motywującego nie będzie

Tak naprawdę na obu tych filmach byłam mocno poruszona, tak nawet aż do płaczu, bo oba poruszyły we mnie szalenie silne a jednocześnie głęboko w każdy poniedziałek rano zakopywane myśli, czy nawet tęsknoty za czymś co na pewno się już w moim życiu nie zdarzy, za czymś co pewnie jak w każdym człowieku jest, ale co nigdy nie wyjdzie na dzienne światło, co jest  w sumie trochę smutne, ale na ten moment nie umiałam do tego podłączyć jednak innej pointy. Może prócz takiej, że trzeba te filmy obejrzeć. Nie warto, ale trzeba.