„Zbój” Roberta Walsera, czyli jak zachęcić do lektury zniechęcając?

Na ogół z pisaniem o jakichś zjawiskach kulturowych bywa tak, że pisząc o nich chce się innych do nich zachęcić albo mocno wręcz odwrotnie. Tymczasem paradoks obecnego tekstu o noweli Roberta Walsera będzie polegać na tym, że chcąc zachęcić do lektury raczej zniechęcę. Dlaczego? Z prostej przyczyny, przyczyny w dzisiejszych czasach często nie do pokonania przez przeciętnego konsumenta treści – otóż trzeba się mocno skupić i przyjąć przy lekturze reguły gry zupełnie odmienne niż te, do których przywykliśmy podczas czytania.

kim był Robert Walser, ale najpierw dywagacja

Zanim przejdę do opiewania tych odmiennych reguł, które w ostateczności was zniechęcą, co jednakowoż nie stanowi przeciwskazania dla mnie do opisania ich, kilka słów o Walserze. Otóż jest to uważam postać nadzwyczaj interesująca. Walser – szwajcarski pisarz, był mniej więcej rówieśnikiem Emila Zoli i Roberta Musila – pisarza z kolei austriackiego. Pisał tuż po I wojnie światowej, jego twórczość kompletnie odbiegała od tego co robiły literackie pomniki typu Flaubert, czy szermierz naturalizmu jak Zola, ale za to sporo łączyło bohatera „Zbója” z musilowskim „Człowiekiem bez właściwości”, która to powieść jest moim zdaniem jednym z bardziej imponujących literackich osiągnięć wszech czasów, ale słabo u nas docenianą, bo poziom wychodzenia poza tradycyjną i lubianą narrację jest za duży dla czytelników żądnych prostych akcji, w których na koniec wszystko się wyjaśnia. Bohater Walsera, tytułowy Zbój ( w ogóle uwielbiam te anachronizmy językowe ), podobnie jak bohater 4 tomowej powieści Musila – nie ma właściwości, co oznacza, że mógłby być każdym z nas lub nikim albo wszystkim na raz, i czytelnik nigdy nie wie, jaki naprawdę jest bohater, który raz za razem wymyka się tradycyjnym kwalifikacjom. Ja postrzegam to jako zaletę, jeśli chodzi o konstruowanie świata przedstawionego i bohatera, który jest tego świata elementem. Fajnie jest bowiem mieć świadomość, że nikt z nas nie poddaje się takim jednoznacznym kategoryzacjom, dlatego taki właśnie bohater najlepiej moim zdaniem oddaje prawdę o naturze rzeczy. Że nie ma prawd, tylko opinie i zachcianki.

Wracając do Walsera.
Postać to była nie byle jaka. Niezwykle uzdolniony twórca powieści, zresztą u nas mało znanych.  „Zbój” został przetłumaczoy na język polski poraz pierwszy i wydany właśnie teraz! Więc uzdolniony, ale za życia kompletnie nie doceniany, skłócony ze środowiskiem literakim, żyjący na jego obrzeżu, a w dodatku naznaczony chorobą psychiczną, spędził kilka ostatnich lat w szpitalu psychiatrycznym (przytułku jak podają niektóre źródła). Ja nie wiem, może tylko szaleńców stać na taki autentyzm i szczerość wobec siebie, jakie zaprezentowane są w Zbóju. W każdym razie badacze donoszą, że Walser nie pisał Zbója z myślą o wydaniu tego w formie powieści.To, co pozostawił po sobie, to były tzw. mikrogramy – pisane na skrawkach papieru, przypadkowe (pozornie) zapiski powstałe w różnym czasie. Po latach zebrano je w całość i wydano jako nowelę „Zbój”. Więc sama historia powstania wydaje mi się interesująca i niejako determinująca i kształt całej tej noweli jak i jej czytelniczą percepcję.

w czym jest “problem”?

I tu pojawia się zapowiadana trudność w odbiorze, która jednocześnie jest silnym elementem mojej rekomendacji tej lektury. Jest to bowiem nowela autotematyczna, czyli – najprościej rzecz ujmując – powieść ujawniająca cały pisarski backstage. Narrator nie występuje tu w roli Wielkiego Reżysera czy demiurga, który wie o bohaterach wszystko. Niemal na każdym kroku zdradza nam nie tylko warsztat,  czy kulisy swojego pisania, jak i pewnego rodzaju nieporadność wobec powołanych do życia bohaterów. W tym momencie przestaje być ważna sama akcja, czyli to, co tam będzie sobie robił tytułowy Zbój i w jakie relacje, z kim wchodził, tylko samo opowiadanie narratora o tym, jak z materią życia postaci się zmaga.

Bohater jest bez właściwości, „rabuje” skłonności, historyjki a nawet wrażenia krajobrazowe! Nie jest zbyt ceniony przez środowisko, właściwie traktowany protekcjonalnie albo wręcz źle, za to kobieciarz mający o tych kobietach poglądy zgoła nie w duchu feminizmu i ruchu MeToo. Kobiety traktuje przedmiotowo, nie wiadomo dlaczego w jednych się kocha lub ich pożąda a inne pozostają mu obojętne. Ale nie jest to w tej noweli za bardzo istotne. Narrator co raz porzuca tę tzw. „akcję”, aby snuć rozmaite rozmyślania o ludzkiej naturze, o świecie, zachowaniach i relacjach. Robi to z wielkim wdziękiem, ale kłamałabym gdybym stwierdziła, że ułatwia to skupienie się. Nasza uwaga lubi linearność, wszelkie poboczności powodują, że myśl także nam niebezpiecznie zbacza ku rozmyślaniom nie związanym z lekturą, zatem w takich wypadkach skłonni jesteśmy uważać, że lektura jest nudna, a tymczasem nic z tych rzeczy. Jest to na swój sposób fascynujące. Na przykład kiedy narrator nam się ujawnia, jak boski demiurg zza kurtyny:

Niejedno na tych stronicach wyda się czytelnikowi tajemnicze, i w tym, by tak rzec, cała nadzieja, bo gdyby wszystko leżało już tak jak na dłoni, zaczęliby Państwo ziewać nad treścią niniejszych linijek”.

„Tak więc w każdym razie panuję nad opowieścią o zbóju. Wierzę w siebie. Zbój nie do końca mi ufa, ale ja nie przywiązuję większej wagi do tego, by we mnie wierzono. Sam muszę w siebie wierzyć”.

„Ze swobodą recenzenta kontynuuję pisanie i oświadczam ci droga Edith, że jeśli nie jesteś jeszcze sławna, to z czasem będziesz”.
Tak więc narrator wchodzi w dyskurs nie tylko ze swoim czytelnikiem, czyli z potencjalnymi wami, ale też ze swoimi bohaterami. Pokazuje, jak panuje, czy próbuje panować nad nimi jako swoimi tworami, ale daje do zrozumienia, że ta demiurgiczność wymyka mu się, ale nie robi sobie z tego powodu wielkich wyrzutów. Za to często wtrąca w jakiś narracyjny wątek uwagę – „ale o tym potem”, czytelnik zaś wyczekuje i brnie, aby skonstatować, że to „potem” nie następuje nigdy. Czyż to nie jest fascynujące? Nie jest szczere? Nie jest przejawem największej prawdy o tak zwanym życiu?

aforyzm do twojego pamiętnika

Apropos aforyzmów. Otóż te w noweli pojawiają się bardzo często. Biorąc pod uwagę, jak to zostało napisane, że na tych skrawkach papieru otrzymujemy mądrości czy przemyślenia autora jak zapis w formie rozsypanki jego przekonań i obserwacji. A przyznać trzeba, że 47 -letni wtedy autor miał te obserwacje dość uniwersalne i niegłupie. Oczywiście, że każdy ma tam swoje poglądy i my z niczymi nie musimy się utożsamiać, więc absolutnie do tego nie namawiam, ale stwierdzić muszę, że wiele z myśli XX – wiecznego  pisarza ze Szwajcarii, który umarł w zapomnieniu, jest mi bliskich. Mój najbardziej ulubiony wtręt dotyczy wiary w ludzi. Walser pięknie tu obnaża uciążliwość tej pojmowanej za zacną cechę „wiary w ludzi”, pisze on tak:
Czy taka wiara w kogoś nie jest szczytem wygodnictwa? Wiara bowiem absolutnie nic nie kosztuje. Jest protekcjonalnym gestem, a nie tym, co się przez nią rozumie. (…) sama wiara nie jest wcale zasługą, bo ten, w kogo wierzę ma tylko siebie do pomocy. Po tysiąckroć wolę, aby we mnie nie wierzono, nie kochano mnie, bo to tylko obciążenie. Ma się poczucie, że się coś taszczy.”

No i sporo dywagacji o byciu człowiekiem:
„Może wielce pożytecznie jest być niepożytecznym, skoro pożytki tylekroć okazały się szkodliwe?”.
„Dręczymy się wzajemnie, ponieważ wszyscy jesteśmy czymś udręczeni. Człowiek mści się najchętniej w stanie dyskomfortu, mści się, nie dlatego, że jest zły, ile dlatego, że doświadcza czegoś złego”.
„Jej oczy miały władczy wyraz. Często bywa, że maluczcy zachowują się władczo, niejako po to, żeby wywołać uśmieszek postronnych.”
I tak dalej.

obserwacje i wnioski

Walser jest nad wyraz bystrym obserwatorem ludzkich zachowań i nie omieszkuje czytelnika o tym powiadamiać, jednak nie robi tego z pozycji Wszechwiedzącego, bardziej faceta siedzącego przy kuflu piwa w knajpie snującego swoje dywagacje, do których nikt nie przywiązuje większej wagi. Pasuje mi takie podejście, nienachalne dzielenie się tym, co zdołało się zaobserwować w zachowaniu ludzi i sprowadzić to do jakichś sensownych wniosków. Z wniosków jednakże powinno coś wynikać. Zatem jak dla mnie – z tych akurat zamieszczonych w „Zbóju” wynika jedno – nie wartka akcja, o której zapomnę szybciej niż mgnienie, tylko wprowadzenie czytelnika w stan zwątpienia. Zwątpienie to polega na tym, że nic co widzi nie jest takie jak przypuszcza. Temu służą te narracyjne zabiegi moim zdaniem, pokazanie, że można o kimś opowiedzieć tak, a można inaczej, można wiedzieć i nie wiedzieć jednocześnie i na tym prawdopodobnie polega sens rzeczy – na mniemaniach i porzucaniu ich, a nawet wyrzekaniu się ich w imię czegoś, co jest niedoścignione, tzw prawdy, prawdy, która nie istnieje.

Taki mam zysk wyniesiony z tej niewielkiej, trudnej acz uroczej szwajcarskiej noweli, do której – mam nadzieję – udało mi się odpowiednio zniechęcając ostatecznie zachęcić.