• Rodzina jako źródło opresji – „L’etang” Giselle Vienne w Nowym Teatrze

    Miesiąc temu świetny „Habitat” Doris Uhlich w Nowym Teatrze w ramach Festiwalu Nowa Europa. Inne spojrzenie, a teraz „L’etang” („Staw”) francusko – austriackiej reżyserki Giselle Vienne pokazywany pierwotnie w Theatre Nationale de Bretagne. Spektakl zrealizowany na podstawie młodzieńczej powieści niezwykłego szwajcarskiego pisarza Roberta Walsera, o którym świat przypomniał sobie – i bardzo słusznie – długo po jego śmierci. Pisarz zresztą sprawy nie ułatwiał. Miał na przykład zwyczaj pisania tylko ołówkiem na skrawkach przypadkowo znalezionych papierów, coraz drobniejszymi literami. Deszyfrowanie tych zapisków to z pewnością integralny element walserowskiego przekazu. „Staw” natomiast jest młodzieńczą powieścią Walsera, którą napisał dla swojej siostry Fanny. Opublikowała ona ją dopiero tuż przed swoją śmiercią w 1972 r. Zawiera wątki autobiograficzne. Jest to historia dorastającego chłopca, pozornie zwyczajnego, jedzącego żelki, kłócącego się z siostrą, mającego poczucie humoru, który jednak jest nieszczęśliwy z powodu odrzucenia przez matkę, przemocowego ojca, zazdrość o rodzeństwo. Z tego to powodu pozoruje samobójstwo, utopienie się w stawie, aby ściągnąć na siebie uwagę skupionych na sobie członków rodziny. W centrum uwagi pozostaje napięcie rodzinne, pełne przemocy, odrzucenia, niechęci, przemilczenia oraz życie w tzw porządku i „według zasad”. Postaci zdają się grzęznąc w klaustrofobicznej dusznej atmosferze „reguł”. Klimat ten oddaje minimalistyczna scenografia, białe wysokie ściany przypominające pokój w szpitalu psychiatrycznym albo izolatkę. Biel pomieszczenia kłuje w oczy, czasem zaskakuje nieprzyjemnie neonowymi barwami świateł korelującymi z emocjami postaci na scenie. Walser lubił naruszać porządek linearności narracji. Czasem, czytając „Zbója” trudno uchwycić od razu kto mówi czyim głosem. Tu dialogi kilku postaci też nachodzą na siebie i są rozpisane na 2 osoby. Adèle Haenel mówi głosami dzieci: Fritza, jego siostry Clary, braci, kolegi, w niepokojącej zaś zmysłowości głosy rodziców niesie Ruth Vega Fernandez. Niezwykła precyzja i kunszt Adèle  Haenel pozwalają widzowi szybko złapać te nitki dialogowych współzależności. Każdy najdrobniejszy gest, dźwięk, jaki wydaje – jest tak starannie dopracowany i wyartykułowany, że nie ma się wątpliwości, gdzie przyłożyć ucho. Czemu służą te pozorne komplikacje, zawiłości scenicznych poziomów i narracyjne zmiany planów? Kwestia tego, że rodziny są źródłem różnorakich opresji, nierzadko przemocy i odrzucenia – to stara jak świat prawda. Wszystkie Antygony, Edypowie to są faktory naszego ludzkiego DNA. Powiedzieć cokolwiek odkrywczego na ten temat jest w sumie niezwykle trudno. Pozostają więc poszukiwania formy, która uderzy w nas tak, aby chciało nam się podjąć trud rewizji naszych osobistych odczuć. Strategie inscenizacyjne proponowane przez Giselle Vienne badają modele rodzinnych układów i norm poprzez wybicie postrzegania „realności” na inne poziomy. Miesza się to, co sztuczne i umowne z tym, co „realne”, to, co się myśli, z tym co się mówi i robi. Spektakl jest mroczny, klimatyczny. Vienne pogłębia tę estetykę o grę z pogranicza brzuchomóstwa, nagłaśnia szepty i krzyki, mikroszumy ciał. Wszystko jest tu precyzyjne, znaczące, nieprzypadkowe, dziwaczne i intrygujące. Atmosfera przyprawia o mdłości, czujemy się jak na bagnie i mamy w pamięci zapachowy performance Agnieszki Brzeżańskiegj „Chaszcze” tuż przed spektaklem i ten charakterystyczny zapach starych piwnic, piołunu, butwiejących zbiorników wodnych. Postaci poruszają się wolno, jak owady, które wpadły do jakiejś smolistej substancji, jakby były zaklęte w grząskość bagien ludzkich, rodzinnych relacji. Czasem przybierają spotworniałe pozy, wydobywają z siebie odgłosy jak w Egzorcyście. Jakbyśmy wszyscy musieli wypędzać z siebie demona rodzinnych relacji, które nieustannie zakażąją nasze umysły toksyną. Fritz, który upozorował samobójstwo, mówi do siostry; „Rodziny się nie wybiera, ale można wybrać sposób, w jaki się jej pozbyć.”<To prawda.
  • Habitat. Poetyka ciał.

    To  jest taki znany mechanizm, że kiedy o czymś intensywnie się rozmyśla, świat podsuwa te obrazy. Z tysięcy innych, podsuwa pod nos właśnie te. Mam tak ostatnio z ciałem. Mocno absorbuje mnie kilka ważnych wątków odnośnie ciała w kontekście płci biologicznej, kulturowej, w kontekście wyglądu, normatywności, ubioru jako kodu, ocenności, przyporządkowania.

    Habitat. Doris Uhlich – Nowy Teatr

    Niezaplanowanie, rzutem, jak to mówią, na taśmę znalazłam się w piątek w Teatrze Nowym na performansie Ewy Partum Zapach Kobiety a potem wciągnięto mnie na  gościnny spektakl austriackiej artystki Doris Uhlich „Habitat” w ramach Festiwalu Nowa Europa. Inne spojrzenia. To, co zobaczyłam było najsilniejszą konfrontacją tego, co naprawdę siedzi w mojej głowie na temat cielesności, jaka mi się dotąd przydarzyła. W „Habitat” widzimy na scenie kilkanaście osób, kobiety, mężczyźni, w różnym wieku, o bardzo różnych sylwetkach. Wszyscy są nadzy. Pierwszy raz zetknęłam się z taką mocą z emanacją nagości obcych ludzi. Ludzie i ich ciała siedziały, przyjmowały pozycje leżące, klęczące, wibrowały, drżały, biegały, wpadały na siebie, wyglądały jakby chciały dokądś się wyrwać, ale coś niewidzialnego trzymało je w miejscu, pociły się, oddychały, ruszały nogami, rękami, głowami, w ciszy lub w rytm transowowej muzyki techno.

    Doris Uhlich – Habitat

    Te widoki generowały w mojej głowie tysiące myśli. Stałam tam wobec tych ludzi ja ubrana, ale naga. Moje myśli jakie miałam, nie pozostawiły mi złudzeń na własny temat. Moje erudycyjne nadbudowy na temat ciał innych i własnego to jedno. To efekt wielu lektur, rozmów, przemyśleń, obserwacji i spostrzeżeń. To efekt jakichś moich ewolucji w światopoglądzie. A drugie to nawykowe, wyuczone przez lata życia w wychowaniu i systemie myślenie pełne opresywnych ocen, bardzo typowych w stylu „ale ma wielki ten brzuch, ale ma małego penisa, ale wielką mosznę, ale grube uda, ale nieproporcjonalną sylwetkę, ale mały biust, ale duży biust, ale cellulit, ale dużo znamion” i tak dalej. Widok tych ciał w większości budził moją odrazę. Ale z czasem, kiedy przyglądałam się ich palcom, ich kościom, pośladkom, sromom, odbytom, ramionom, nogom, plecom ta odraza kruszała. Ruch ciał tych ludzi nakierowywał uwagę na ich funkcjonowanie, na możliwości jakie daje ciało – zmierzania w prawo lub w lewo, kładzenia się na plecach lub boku, możliwości oddychania, pocenia się, biegnięcia, spoczynku. Po czasie przestały być dla mnie kategorią estetyczną. Zaczęły być dla mnie jedynymi narzędziami, jakie posiadali ci ludzie, aby iść, biec, oddychać, ruszać się, żyć.

    Nie znajduję prawdy w powiedzeniu, że wszystkie kobiety są piękne, czy wszyscy ludzie są piękni. Nawet nie dlatego, że pętają mnie te okowy kulturowych normatywności, bo jak wiemy, jest to bull shit. Po prostu nie jest to dla mnie zagadnienie czy ktoś jest piękny czy nie. a przynajmniej nie chcę, aby było. Każdy jest jaki jest w stanie być i jeśli jego ciało funkcjonuje na jakichś płaszczyznach – to jest wystarczająco odpowiedni. Tak mówi mi moja nadbudowa. Tą myślą zaszczepiam się ostatnio again and again przeciw truciźnie wymogów systemu wtłaczającego nas w jakieś fit i beauty abstrakcje, aby móc zarabiać żerując na naszych lękach o to, czy wyglądamy wystarczająco dobrze, aby ten wygląd legitymizował nasze bycie w świecie.

    Odebrałam spektakl  Doris Uhlich jako moment mojej dużej prywatnej epifanii. Jej performance koncentrują się na weryfikacji standardowej percepcji obrazu ciała, poszukują wspólnotowości tych ciał, dzielą się energią i moje własne ciało i myśli wspaniale z tym rezonowały.

    Adelina Cimochowicz, Alka Nauman – „Za tobą moja zimna ciotko”

    Zaraz drugiego dnia poszłam na spektakl do Komuny Warszawa „Za tobą moja zimna ciotko” przygotowany przez Adelinę Cimochowicz i Alkę Nauman. Temat ciał wciąż był na scenie. Całość performansu skupiała się na identyfikacji z ciałami performerek, które uwięzione były w nylonie jak w symbolu naszej własnej skóry. Punktem odniesienia dla ciał była wielka kurtyna ze starych skrawków materiału, jak wielka granica, mur oddzielający coś co jest na zewnątrz od tego, co jest niby wewnątrz. Za kurtyną działy się SPRAWY: bulgotanie, ciamkanie, całowanie, plucie, prychanie, całe to misterium działania żywych organizmów plus chęć sforsowania tej granicy, ujarzmienia jej, zlikwidowania tak, aby pokazać, że w istocie ta granica nie istnieje. Cali jesteśmy spektaklem bulgotania, trawienia, ciamkania, gazów, przepływów, rodzenia się i umierania tkanek.

    Koncepcja tego przedstawienia zrodziła się z praktyki pary psychoterapeutów zza niegdysiejszej żelaznej kurtyny tj. z Czechosłowacji -małżeństwa Knoblochów. Według nich żyjemy „w paradygmacie fałszywej dychotomii zakładającej istnienie podziału na doświadczenie wewnętrzne i to co inne, na zewnątrz. Wg nich granice naszej skóry nie są granicami naszego ciała.

    Adelina Cimochowicz, Alka Nauman – „Za tobą moja zimna ciotko” Komuna Warszawa

    Wracamy tu do kwestii rozmyślań nad narzucanymi przez system wizjami ludzkiej cielesności, kiedy to system  – religie, rynek, systemy prawne, kulturowe dyktują co jest wstydliwe, co piękne, co obrzydliwe, co wolno a czego nie odnośnie naszej ekspresji. Diagnozy, etykiety, powinności. W to są ubrane nasze skóry, mięśnie, tkanki i kości.

    „Łabędzi śpiew” Todd Stephens, Festiwal Filmów LGBT

    W ten sam weekend przyszedł kolejny obraz będący idealnym podsumowaniem rozmyślań o cielesności. Tym razem mowa o kolejnym wypieranym aspekcie naszych ciał, tym mianowicie, że są one podatne na entropię i mają określony czas funkcjonowania w tej przestrzeni. To jest też kolejny aspekt, który system wypiera z narracji traktując kres ciał, śmierć jako efekt jakichś zaburzeń, które przytrafiają się jakimś innym, nie nam i tym czy temu co jest nam bliskie. I tak oto na otwarciu Festiwalu Filmów LGBT zobaczyłam  „Łabędzi śpiew” Todda Stephensa z Udo Kierem.

    Udo Kier w „Łabędzi śpiew”

    Bohater mieszka w jakimś prowincjonalnym miasteczku w Utah, dokańcza swoją historię w domu opieki paląc po kryjomu niemodne papierosy, gdy ze świata żywych przychodzi propozycja, aby bohater- dawny fancy fryzjer uczesał swoją dawna klientkę do pochówku. bo to zmarła, a miała życzenie, by wyglądać pięknie w trumnie. Bohater ucieka więc z domu opieki, bez pieniędzy próbuje zdobyć środki na realizację życzenia zmarłej, a przy okazji odbywa podróż w przeszłość swojego życia, utraty partnera, majątku, przyjaciół itd. Ani razu nie traci jednak podczas tej wyprawy animuszu. Odzyskuje poczucie swojego bycia tym kim jest, przywdziewa różowy kapelusz ciotki Erny i szuka w tym zapyziałym mieście śladów tego, co minęło żegnając się z tym wszystkim czesząc klientkę na godną queerową ikonę i upijając się na ławce butelką kradzionej whisky. Film pokazuje jak system odziera starych ludzi z ich tożsamości, odbiera im ich ciała i godność, redukuje do roli zidiociałych, infantylnych starych dzieci. To jest moim zdaniem ostatni cios jaki kultura wbija w nasze ludzkie ciała.

    Nie dajmy się temu.

  • Zarządzanie emocjami, czyli dyplomowa „Mewa” w Teatrze Studyjnym

    Spektakl dyplomowy studentów Wydziału Aktorskiego Szkoły Filmowej w Łodzi, rocznik 1997.

    Po niemalże 30 latach jestem ponownie w łódzkim Teatrze Studyjnym, żeby obejrzeć dyplom tych, co za chwilę będą kończyć tę szkołę i którzy będą chcieli zarządzać naszymi emocjami ze scen czy z planów filmowych, czego zresztą im serdecznie życzę.
    Jestem o 30 lat starsza niż wtedy, gdy na takie wydarzenie poszłam pierwszy raz, a dreszczyk emocji zupełnie ten sam, ciekawość i pytanie, czy im się uda, czy nie są żenująco do bani.
    Nie byli.

    To są takie moje prywatne momenty epifanii, że jeszcze nie wszystko w tych czasach zeszło na psy, że bywa i może być pięknie, niegłupio, inspirująco, że coś jeszcze się dzieje, komuś się chce i ktoś jeszcze potrafi.

    Tym razem za grupę pięknych, młodych ludzi wziął się reżyser Grzegorz Wiśniewski i wrzucił ich w narrację jednego z najlepszych scenarzystów wszech czasów – Antona Czechowa, ale w dramat jeden z brutalniejszych w dorobku pisarza a mianowicie w „Mewę”.

    Czas najwyższy na wtręty.

    Czechow to ważna figura w moim świadomym życiu. Czytany i za młodu i teraz. Wracam do niego, kiedy czuję, że współczesna rozedrgana, fragmentaryczna i niechlujna narracja robi mi z mózgu kisiel. Jego złożone, spokojne i lapidarne zdania porządkują mi myśli, znowu wszystko idzie jeden za drugim. Jego obserwacje świata każą przestać mi myśleć, że zło przynależy tylko do czasu teraźniejszego. Bo otóż zawsze było i tak samo upostaciowione. Lubimy myśleć, że nasze historie są wyjątkowe, podczas gdy niekoniecznie. Cały arsenał przeżyć, reakcji i emocji wciąż pozostaje bez zmian, a Czechow jak mało kto potrafił je nam skatalogować i uświadomić.

    Zatem już na starcie plus – wybór kanwy.

    Druga rzecz do przebrnięcia – moje obawy, że będzie nużąco, bo w teatrze często dopada mnie myśl, dociera do mnie świadomość, że aktorzy to po prostu ludzie chodzący do pracy. Takie poczucie nie opuszczało mnie podczas paru moich prób oswojenia teatru komercyjnego. Doceniam wychodzenie do ludzi z prostymi sztukami i prostymi przekazami, ale nie umiem identyfikować się z czymkolwiek, jeśli widzę, że całość jest zbudowana pod odegranie, a następnie szybkie wyjście i pójście na piwo. Drażnią mnie wtedy teatralne szepty i teatralne, wystudiowane pełne emfazy gesty na scenie. Ale dość rzadko spektakle bywają przeżyciem katarktycznym, w którym aktorów widzi się jako figury swojego losu, swoich emocji i przeżyć. Aby tak się stało, musi w jednym czasie i przestrzeni zgrać się kilka rzeczy, musi być misterium środków, które ewokują w widzu chowane głęboko emocje, które wywlekają na światło nasze własne małości czy porażki.

    Sposoby przenoszenia widza  w ten wymiar są różne.

    Według mnie najbardziej nośne są: przenikanie się przestrzeni czasowych i scenograficznych, mocna, osadzająca, acz oszczędna, symbolika, zredukowana do minimum scenografia jako swoisty cudzysłów do szybkiej  identyfikacji i fokus na postaci, które mają mocno rezonować nasze własne emocje w sposób przerysowany, ale nie karykaturalny, a w efekcie śmieszny, ma to wleźć między nasze oczy i dosięgać den naszych emocjonalnych szaf.

    To wszystko znalazłam w spektaklu, jaki zgotował na dyplom Wiśniewski.

    Widać było w ciągu 3 godzin konkretną robotę nad każdym elementem – ruchem aktorów w przestrzeni, jej aranżacji i współgrania ze światłem. Nie było żadnej przypadkowości, dziur czy fastrygi. Całość składała się w dobrze naoliwiony mechanizm, w którym ludzkie tryby zmagały się ze swoim przeznaczeniem chcąc go na wszelkie sposoby przechytrzyć.

    W minimalistycznej przestrzeni kilku rekwizytów obserwowaliśmy niby świat rosyjskiej prowincji, na którą zjechało się artystyczne towarzystwo, ale równie dobrze mogliśmy w tym ujrzeć swój współczesny plan gry i prywatnych dramatów. Zasługa w tym młodych aktorów, którzy własne, świeże  doświadczenia potrafili  przerobić na uniwersalne i bliskie każdemu obrazy samotności, niespełnienia, wyobcowania i goryczy.

    kto tu rządzi

    To co mnie podobało się osobiście bardzo to fakt, że światem tym rządziły kobiety. Każda uwikłana w osobisty dramat niespełnień, ale precyzją własnych pragnień i wyostrzoną świadomością możliwości i ograniczeń spychająca na margines postaci męskie, które stanowiły tu tło dla emocjonalności kobiet. Wyrazista mocna postać Niny młodej, urokliwej prowincjuszki marzącej o karierze w wielkim świecie (świetna Justyna Litwic), gwiazdorska Arkadina, w którą wciela się Marta Stalmierska, moim zdaniem niekiedy z przebłyskami zadatków na gwiazdę – jak jej bohaterka, rozczarowana życiem na prowincji Masza (Klaudia Janas) uwikłana w trudne układy z rodzicami, chcąca zostać muzą artysty, a nie skazaną na nudne życie żoną biednego prowincjonalnego nauczyciela i w końcu matka Maszy (Karolina Kostoń) czująca, że życie umyka jej zastraszająco szybko, więc chwytająca się namiastek odczucia, że żyje.

    Wokół nich mężczyźni – zakompleksieni, nieusatysfkacjonowani, albo gnuśniejący jak doktor Dorn ( Daniel Stanko) albo walczący o uwagę i splendor w sposób naiwny i histeryczny jak syn artystki Arkadiny – Konstanty (Jakub Sierenberg)

    Nina (Justyna Litwic), Dorn (Daniel Stanko)

    Arkadina (Marta Stalmierska) i Masza (Klaudia Janas)

    Clou wszystkich układów między bohaterami było jedno – każdy kochał kogoś, kto akurat kochał kogo innego. Nikomu nic w tej miłosnej ruletce się nie zgadzało, co przynieść mogło tylko dramat niespełnienia potęgujący odczucie egzystencjalnej samotności nawet wśród ludzi.

    Chociaż dramat Czechowa wiele mówi też o kondycji artystów pielęgnujących swoje ego w blichtrze, doznających dyskomfortu ciągłego imperatywu bycia on top (tu pisarz Trigorin – Michał Darewski), ale w tym spektaklu akcent jest przesunięty moim zdaniem mocno na odbiór samej kondycji ludzkiej jako predestynowanej do samotnego zmagania się z tym, co nas rozczarowuje.

    czy jest nadzieja?

    Ja sama bardzo odczułam te dramaty, niemniej dotarło do mnie osobiste wrażenie, że jestem niejako odcięta od emocji generujących to uniwersalne poczucie zagubienia dotyczące kochania innych ludzi i bycia w tym jedynie rozczarowanym. I dla mnie osobiście to było główne spostrzeżenie, że nie czuję tego co te postaci, że zbudowałam w sobie rodzaj pogodzenia się z tym, że ludzie mówią jedno, robią drugie i tak jak ja zmieniam zdanie, tak samo zmieniać mogą je inni, a ci których pragniemy wcale nie muszą pragnąć nas. To jest już dla mnie oczywiste. Ale z wielu powodów dla mnóstwa ludzi te mechanizmy nadal pozostają w sferze niezgody na ten stan rzeczy i wiecznej walki i doznanie spełnienia za pośrednictwem innego człowieka. Czy to w ogóle jest możliwe? Według mnie Czechow nie miał co do tego złudzeń.

    Podsumowując: gorzki dramat Czechowa wybrzmiał na tej studyjnej scenie mocno i prawdziwie. Byłam urzeczona współczesną aranżacją tych ludzkich dramatów oplecioną songami Iggy Popa czy Bjork czy Amy Winehouse i tym jak młode aktorki wykonywały te utwory. Byłam pod wrażeniem formy, w jaką wszyscy ubrali ten spektakl, jak się starali i jak dużo mieli do opowiedzenia swoją grą. Wzruszyło mnie to.

    Pomyślałam sobie, że nie wszystko jeszcze stracone. 

    Może.

  • „Inni ludzie” w TR Warszawa, czyli sprawnie zagrany videoklip

    Osobiście nie przepadam za teatrem. Drażnią mnie sceniczne szepty, konwencje i naprawdę niezwykle rzadko zdarza się moim zdaniem w teatrach współczesnych inscenizacja, która tworzy jakąś wartość dodaną do utworu, który jest tej inscenizacji kanwą. Nowe przestrzenie powstałe z kompilacji nieoczywistych dzieł potrafi robić Warlikowski, ale nie będę się o tym rozpisywać, bo moje wielkie uznanie dla jego twórczości jest ogólnie znane, jak histeryczna miłość do kotów.

    Mam też sceptyczny stosunek do adaptacji scenicznych powstałych na bazie utworów dla mnie tyleż kultowych, co według mnie nieprzekładalnych na język teatru przez duże T. Nie dlatego oczywiście, że dla mnie są kultowe, ale dlatego, że zawierają takie armaty, haubice, katiusze (rodzaj wyrzutni rakietowych przyp.aut. hehe) ładunków emocji, prawdy o ludzkiej kondycji, że jeśli nie są specjalnie skonstruowane pod teatr, to są po prostu nieprzekładalne ze względów czysto technicznych, ogarnąć się tego zmasowanego ataku geniuszu na scenie po prostu nie da. Dlatego nie poszłam na inscenizację „Mojej walki”, i ponoć słusznie. I nie zamierzałam iść na inscenizację „Innych ludzi” do TR Warszawa, bo poemat Masłowskiej, którą poważam na równi z Warlikowskim i kotami, jest według mnie genialną diagnozą życia w obecnej Polsce, napisaną tak, że każde słowo, które tam pada, znane przecież z naszych własnych codziennych werbalnych aktywności, dźga prosto w mózg uśpiony omamami o tym, że jest super. Tak, że trochę nam się chce śmiać a potem niczym w Rewizorze rozglądamy się na boki i nagle się okazuje, że śmiejemy się z samych siebie, choć wcale byśmy nie chcieli, bo przecież jesteśmy świetni i tacy zaradni i ogólnie w porzo. Ale o tym też pisałam bardzo kwieciście i zażarcie w tekście o „Innych ludziach„, więc nie będę się powtarzać. Na ten wyczekiwany przez publisię spektakl do TR jednak poszłam, ponieważ miła osoba sprawiła mi cudną niespodziankę kupując mnie, osobie znanej z fanowania twórczości Masłowskiej, bilet na prapremierę w pierwszym rzędzie na samym środku. Bardzo się ucieszyłam i rada w tym rzędzie się umościłam. Miłej osobie spektakl się nie spodobał, reszta towarzystwa uczucia miała mieszane i ja tak samo.

    Wszystko, jak wiadomo zależy od oczekiwań.

    Jak już idę do teatru oczekuję, jak wiadomo, katharsis. Mam ambicje wyjść w coś bogatsza albo na jakimś mocnym speedzie uduchowienia. Jak po „Francuzach”, że wow, kiedy to zwyczajny wątek przemijania wwierca się we mnie tak, że aż mnie to boli, acz nie martwi. Jakoś tak przeczuwałam, że Jarzyna nie zrobi z „Innych ludzi” artystycznego, duchowego, katarktycznego seansu. I co więcej. Nie można się nawet tego czepić, bo w wywiadzie dla Wyborczej sam stwierdził, że przygotowując hip hopowy poemat Masłowskiej na scenę nie mieli sytuacji artystycznych oparów, metafizycznych dotknięć, bo ważniejszy był dla niego „temat samorozpoznania niż kreacja artystyczna”. Nie wyjaśnił niestety co znaczy dla niego to „samorozpoznanie”? Że widz odnajdzie siebie w tych postaciach? To jest w sumie oczywiste, ale aby odnaleźć się w Kamilu i jego prekaryjności i sytuacji przegrywa, Iwonie i jej budzącej litość pretensjonalności damy z Wilanowa, aspiracyjności zaocznych studentek pracujących w Rossmanach, zrzędliwych matek podcinających dzieciom skrzydła – nie trzeba udawać się do teatru, wystarczy ten poemat przeczytać.

    Masłowska, jak wiadomo, pisze sztuki sceniczne, ma też świadomość, że inne jej utwory mogą nadawać się na scenę, ale stanowczo podkreśla, też w wywiadzie dla Wyborczej tuż przed premierą „Innych ludzi”, że nie lubi, kiedy reżyserzy próbują jej twórczość udosławniać, nie lubi „kiedy idą w tautologiczną dosłowność”. Powołuje się na dość wyjątkowy przykład inscenizacji „Wojny polsko ruskiej” w Teatrze Słowackiego dokonanej przez Pawła Świątka, kiedy to reżyser poszedł w abstrakcję, postaci uczynił podwykonawcami, a z języka zrobił bohatera głównego. I że choć całość pozbawiona była blokowego anturażu, bohaterowie swojej tożsamości płciowej, to poprzez zastosowany zabieg widz i tak wiedział, o co chodzi. Zadowolona była autorka, że reżyser nie dał się zwieść pozornemu realizmowi języka, a potrafił z niego samego zrobić kreację.

    Moim zdaniem takiego zabiegu w przypadku „Innych ludzi” Jarzyna nie dokonał, co więcej, jeszcze bardziej ten poemat udosłownił.

    Fabuła „Innych ludzi” jest, jak wiadomo, przerysowana i konwencjonalna. Prawdziwym bohaterem jest, jak zawsze, język odbijający społeczne obsesje, nawyki, naszego polskiego nieco skisłego, zgorzkniałego, obitego narodowymi traumami i społecznymi nierównościami ducha.

    Jarzyna poszedł w inscenizacji w kierunku hip hopowego musicalu na bazie poematu Masłowskiej, czegoś co sprawia wrażenie videoklipu wykorzystującego wizualne elementy mediów społecznościowych, gier komputerowych, całej tej internetowej rzeczywistości, jaka rozgrywa się na ekranach naszych smartfonów i imituje tak zwaną „prawdę” o życiu. Zaprzęgnął do tego różne techniczne możliwości począwszy od muzycznej oprawy, w której maczali palce tuzy polskiej sceny hip hopowej jak Wojtek Sokół chociażby, po ustawione na scenie 3 greenboxy przypominające blachę falistą i wertykalne ekrany naszych smartfonów. Tam na tych ekranach rozgrywa się rzeczywistość utworu, życie bohaterów: Kamila z nizin społecznych co chciał nagrać płytę, sfrustrowanej Iwony z klasy średniej, wszystkich pozostałych rozczarowanych swoim życiem ludzi, no i życie miasta Warszawy. 

    Jarzyna we wspomnianym wywiadzie napomyka też, że odszyfrowywali poemat Masłowskiej kierując się topografią miejsc zdarzeń: Grochów, Wilanów, smutne dzielnice, dzielnice aspirujące do nie wiadomo czego, Warszawa jako miasto korków, narodowych traum i tygiel społecznych i kulturowych zmian. Na greenboxach miasto żyje w rytmie rapu swoim szarym, dziwnym życiem, a bohaterowie wypełniają go próbując jakoś okiełznać, na ogół ze skutkiem ze wskazaniem na słabo. Taki też jest wydźwięk utworu Masłowskiej, że nie za dobrze jest, życie w Polsce to siny styczeń. Spektakl w formie wertykalnych obrazków przypominających stories na Instagramie przekaz daje ten sam.

    Zatem pytanie – po co? I Czy warto?

    Moim zdaniem cały wysiłek realizacyjny tego spektaklu jest dość efektowny. Lekko się to trawi, czasem nawet rechocze zanim przypomni się case Rewizora, nóżka skacze w rytm hip hopu, podczas niektórych sytuacyjek domowych czy monologów bohaterów z tyłu głowy się tłucze znamienne „to kurwa o mnie”. Ale. Cała ta efektowna inscenizacja nie wiem czy się „Innym ludziom” przysłużyła. Była jednak zbyt dosłowna i przez to mało odkrywcza. Widz dostał dynamiczny pokaz brawurowych niekiedy kreacji (matka Kamila Maria Maj chociażby, czy naturszczyk Janek Zmit jako Kamil), ale czy wyszedł na nowo jakoś natchniony przekazem? Nie sądzę. Jeśli czytał „Innych ludzi” to wszystko to już wiedział. Może tak być, że utwory Masłowskiej wystarczy tylko słuchać i tworzyć sobie w głowie własne przestrzenie, jakie ich język nam podsuwa i jakie stwarza. No, słuchać albo czytać.

    Dlatego też podsumowując – „Inni ludzie” w TR Warszawa – ani chała ani arcydzieło, dzieło na scenie szanowanego teatru, do którego nie powstało kongenialne inne dzieło, powstał videoklip na Yotube’a, przedstawienie skrojone na potrzeby konsumentów influencerskich aktywności, ale raczej nie dla wymagających od teatru duchowych uniesień  przedstawicieli ubożejącej klasy średniej mających na to czas w piątek wieczorem, a czasem nawet w czwartek.

  • „Wyjeżdżamy” – Krzysztof Warlikowski i Hanoch Levin o tym po co i dokąd.

    Bardzo długo nie mogłam zabrać się za ten tekst, a dzieje się tak zawsze, kiedy coś bardzo mnie dotyczy. To wtedy jest mi trudno, mam blokadę. Im bardziej powinnam, tym bardziej nie mogę. Ale Teatr Nowy po czerwcowej premierze wrócił teraz do prezentacji sztuki Krzysztofa Warlikowskiego „Wyjeżdżamy” na bazie dramatu Hanocha Levina. Dlatego nadszedł czas, żeby o tej sztuce, o tym teatrze i o wyjazdach powiedzieć swoje zdanie.

    po co na w ogóle ten teatr

    Chodzenie do teatru jest trudne. A już szczególnie na spektakle K. Warlikowskiego. Premiera co 2 lata, wznowienia rzadko, trzeba polować na bilety, śledzić momenty ich sprzedaży. A o co tyle zamieszania?
    Mnie się też nie chce chadzać do teatrów. Denerwuje mnie umowność sytuacji i teatralne szepty i gesty, w mowie potocznej nie bez kozery uznawane za pojęcie pejoratywne na nazwanie sposobu mówienia czy działania. Te uroczyście wygłaszane ze scen kwestie, nie rusza mnie to. Jak już wystaram się o bilety oczekuję, że to będzie jak dzwon z piosenki Krystyny Prońko, co go lekko się dotknie a on już śpiewa. Wiecie, co mam na myśli. Bulgocące z gnuśności bagienko moich myślątek, skrywanych głupotek i mierności musi zostać wysadzone w kosmos, muszę myśleć i zanosić się tam płaczem, że jestem taka bezmyślna na codzień. W skrócie – teatr ma mną potrząsnąć.

    Z „Wyjeżdżamy” było nieco inaczej niż z „Francuzami”(o czym pisałam tu właśnie). Tamten, nazwijmy to, monument powstały m.in. z kompilacji „W poszukiwaniu straconego czasu”, wciągnął mnie mocno za fraki w czeluść tamtego świata. Dziwne postaci, dziwne zdarzenia i sceny, w głowie składanie tego w całość przy dźwięku jednego słowa „WOW”, a więc w ten sposób.
    Tu minęło więcej czasu nim poskładałam dużą ilość postaci na scenie w jakąś sensowną całość. Kaliber tego przedstawienia był inny, zdawałoby się, że lżejszy, bo podlany trochę chichotem, a jak śmiech, to niby lżejszy repertuar i ogólnie wszystko prosto. Ale nic bardziej mylnego. Im więcej o tym myślałam, tym więcej otwierało się szkatułek.
    Całość strukturalnie pomyślana była tak, jak wszystkie inscenizacje Warlikowskiego. Patrzy się na scenę i jest tam wszystko, co ważne i wszyscy ważni, żadnych kurtyn, uroczystego schodzenia ze sceny i wchodzenia, niektórzy na niej zostają, inni wracają, ma się nieodparte wrażenie, jakby oglądało się film, ujęcia są mocno filmowe, nie tradycyjnie teatralne.
    Tu warto nadmienić, że nie wymyślił tego sam Warlikowski. Już Susan Sontag w swoim eseju „Teatr i film”  z lat 60 -tych pisała „Prawdopodobnie pierwszym twórcą, który zaproponował wykorzystanie filmów jako jednego z elementów doświadczenia teatralnego, był Marinetti. W tekstach z lat 1910-1914 wyobrażał sobie teatr jako ostateczną syntezę wszystkich sztuk. Swoje miejsce musiała w nim zatem znaleźć także najnowsza dziedzina – kinematografia.”
    W Polsce w latach 60 -tych nowe myślenie o scenie, które przejawia się mocno u Warlikowskiego, wprowadzał, czy stosował  Jerzy Grotowski w swoim Teatrze Laboratorium, teatrze ubogim, którego clou było połączenie scenografii, świateł, całej tej teatralnej machiny, żeby jak najbardziej zniwelować przepaść między sceną, aktorem a widzem, czyniąc z niego aktywnego uczestnika przedstawienia, nie tylko uroczystego, biernego obserwatora.

    Te wszystkie echa są też w „Wyjeżdżamy”, te same motywy – oświetlenie, video instalacje, video inscenizacje, parę „planów” zdjęciowych stwarzających wrażenie filmowości, żeby potem ułożyło się to widzowi w ciągłą narrację. Żadne natomiast koturnowe recytacje.
    Nie wiem, czy te formalne dywagacje coś wnoszą i stanowią argument przekonujący sceptycznych. Ale chcę, żeby to wybrzmiało jasno, że tu, w tym teatrze są narzędzia do walki o rząd dusz.

    „Wyjeżdżamy”, czy to jest sztuka o podróżach?

    Tak to jest o podróżach.

    O tym, że wiecznie chcemy być gdzie indziej niż jesteśmy, bo uważamy, że podróże kształcą i że gdzie indziej jest fajniej. Nieistotne, że sprawa w tym konkretnie spektaklu dotyczy jakiejś żydowskiej społeczności w Izraelu. Taka społeczność jest wszędzie. Dążenia, motywacje, pragnienia jej członków wszędzie są podobne.
    Aspekty tego wyjeżdżania są różne.
    Wyjeżdża się tam, gdzie ma być lepiej niż u nas, za chlebem się wyjeżdżą, jak Levinowski Krum przed 13 laty, który wyjechał z Izraela za granicę, ale wrócił, nic nie osiągnąwszy.
    Aspekt ucieczki z kraju, w którym zmieniają się reguły zakleszczając osobiste wolności i funkcjonowanie na rynku na godziwych zasadach, też jest ważny. To, że chcielibyśmy bardziej mieszkać w Szwecji niż w kraju dziwnych pasków w wiadomościach w TV publicznej.
    W sztuce Levina ciągle ktoś emigruje lub chce emigrować, wraca z tej emigracji, ktoś zostaje i nigdzie nie emigruje a wszyscy ostatecznie są tak samo zgorzkniali, rozczarowani i niezadowoleni.

    Do tego dochodzi też kolejny aspekt podróżowania i wyjeżdżania. To jest wyjazdy dla rzekomej przyjemności, regeneracji i poznania.
    To jest teraz też hot temat. Mamy otwarte granice, europejskie paszporty (nie wiadomo, jak długo, więc korzystajmy), możemy podróżować i skwapliwie z tego korzystamy na masową skalę. Odbywają się wędrówki ludów z północy na południe, ze wschodu na zachód. Zachłyśnięcie się zorganizowanymi masówkami all inclusive, kiedy ekscytowaliśmy się rozwodnionym piwem all the time mamy już za sobą. Tę formę podróży zostawia się już mało kreatywnym „Januszom”, bo co odważniejsi kupują kampery albo wynajmują chatę w lesie i gniazdują w jakichś ocalałych resztkach leśnych ostępów z dala od miliona ludzkich stóp , miliona gęb, miliarda cudzych oczu i niechcianych opowieści o dzieciach i szwagrach.

    Więc wyjeżdża się robić kontent na sociale. Mamy milion zdjęć wrzucanych na Facebooka, które nikogo nie interesują. Mamy obfotgrafowane wszystko. Nie ma chyba miejsca na świecie, którego nie widzieliśmy, czy to będzie wieża Eiffla, turkusowy ocean w Salwadorze, kanały w Wenecji. Widzieliśmy wszystko na zdjęciach, własnymi oczami też, ale mimo to wciąż pakujemy manatki, zbieramy hajs, wyjeżdżamy, depczemy, znowu robimy zdjęcia.

    I nagle okazuje się, że właściwie nie ma dokąd i po co jechać, bo wszystko zostało już zobaczone, pokazane, opisane, udokumentowane, a my wracamy z tych podróży będąc w tym samym miejscu, w jakim byliśmy, kiedy wyjeżdżaliśmy.
    Tak jak bohaterowie sztuki Hanocha Levina, tak i my, chcemy wyjechać, choć nie ma już za bardzo dokąd. Czasem jeszcze udajemy, że zbydlęceni w tanich liniach lotniczych, stłoczeni na brudnych plażach udających rajskość przeżyjemy przygodę życia. Ale prócz depresji po powrocie, niewiele to wnosi. Zabrnęliśmy. W ślepy zaułek podróżniczych wysiłków.
    Tu mała dygresja.
    Czytałam ostatnio wznowioną, po 60 -ściu prawie latach powieść Stanisława Dygata „Podróż” z czasów, kiedy to nie mogliśmy tak swobodnie się przemieszczać, a mimo to już wtedy Dygat dostrzegł pewną bezsensowność w podróżowaniu : „Czymże jest współczesna turystyka międzynarodowa jak nie daremnym szukaniem pociechy i nadziei niespokojnych drobnomieszczan jednego kraju u zatroskanych drobnomieszczan kraju drugiego.”
    albo:
    „Odjeżdżałem więc smutny i nieswój. Dręczyła mnie myśl, że miesiąc spędzony we Włoszech jest jeszcze jednym paciorkiem nawleczonym na różaniec straconego czasu. Po co tu przyjeżdżałem? Piękno tego kraju istnieje beze mnie. Ani mu dodam, ani ujmę moim podziwem i zachwytem”.
    Tak więc sprawa jest jak widać ponadczasowa, a nawet ostatnimi czasy, przez nowe warunki, jeszcze bardziej paląca i jeszcze bardziej bezcelowa i absurdalna.

    Śmierć jako podróż, czyli funeralny chichot

    Śmierć słabo dość kojarzy się z podróżą. Ogólnie rzecz biorąc zaryzykuję stwierdzenie, że śmierć to temat bardziej tabu niż seksualne perwersje. Temat wstydliwy, temat, którego nie ma, temat pomijany i w naszej kulturze młodości i siły skrzętnie wmiatany pod dywan. Raczej rzadko kojarzy się już śmierć jako podróż na drugą stronę, jako podróż przez mityczny Styks. Śmierć nas przecież nie dotyczy, to inni umierają, nie my. Levin i spektakl Warlikowskiego wybija nas  z tego fałszywie wygodnego kokoniku, wywala nas spod różowej kołderki dziecinnego snu o naszej wieczności. Podsuwa nam przed oczy nie jeden, nie dwa, ale kilka pogrzebów. Odchodzą wszyscy: starsi, młodsi, w średnim wieku, w różnej kolejności. Warlikowski wbija to widzom mocniej w świadomość przedstawiając na scenie funeralne artefakty – prawdziwe zdjęcia aktorów, nie upozowanych na postaci ze sztuki. Widzimy więc zdjęcie pogrzebowe Jankowskiej Cieślak, Chyry, Malanowicza i innych, pokazuje nam się, że ich zdjęcia kiedyś tak właśnie zawisną na jakiejś mszy żałobnej i tak samo będzie z naszymi, może ktoś też powiesi nad naszą trumną nasze zdjęcie z wakacji, jak jesteśmy opaleni, pijemy drinka z palemką i wierzymy, że wszystko będzie dobrze.
    Nagromadzenie na scenie tych śmierci i pogrzebów, rozchichotanych zdjęć tych, którzy odeszli przyprawia nas o nerwowy chichot też. Nie sposób już nawet wewnętrznie szlochać nad własnym pogrzebem, nad tym, że wyjedziemy ze świata i ze swoich żyć, bo jest to tyleż nieuniknione co bezsensowne, jak wszystkie te podróże. Ale wyjedziemy, i z tej akurat podróży, nie wrócimy. To pewne.

    W sztuce „Wyjeżdżamy” kto nie wyjedzie, ten umiera, kto wyjedzie, też umiera. Tutti morti. Czy jest jakaś nadzieja? Czy warto jej szukać? Jaką podpowiedź daje Levin i Warlikowski?
    Więc owszem podpowiadają. żeby szukać nadziei w tym co jest, w zbiorowościach, we wspólnotach, w swoim losie, w tym, co on każdemu wyznacza, w naszych punktach kulminacyjnych, w napiętych cięciwach naszych niepewności co do tego, co z nami będzie choćby jutro. I w tym kontekście wyjazd przestaje być jedynym remedium na smutki, wręcz przeciwnie, na podróż zaczyna się patrzeć coraz mniej entuzjastycznie a wszystko co tuż obok zaczyna niespodziewanie nabierać sensu.

    I czy warto starać się o te bilety? Czy warto tam być? Dla dziesiątek pytań i setek odpowiedzi?

    fot. Magda Hueckel/Nowy Teatr

  • Kanapka Francuska, czyli szukajcie straconego czasu a znajdziecie

    Teatr to dziś sposób spędzania czasu trochę ekskluzywny. Nie mówię tu o teatrach komercyjnych, w których niestety widać, że 20- te wyjście aktora na scenę w tym miesiącu jest tylko sposobem na zarabianie na życie. I to jest takie trochę smutne. Lepiej już obejrzeć jakiś stary spektakl Teatru Telewizji w TVP Kultura. Inaczej jest z teatrem Warlikowskiego. Choćby spektakl „Francuzi”.

    Taki Teatr przez duże T nie jest łatwo dostępny. Spektakle są produkcjami kosztownymi, więc dzieją się rzadko, aktorzy muszą zarabiać w serialach i gdzie indziej, więc trudno ich zebrać, no i bilety ciężko kupić, trzeba trzymać rękę na pulsie i polować na nie, no potrzeba jakiegoś większego zaangażowania niż przy wyjściu do kina.

    Osobiście nie przepadam za teatrem.

    Zawsze trochę śmieszy mnie to udawanie, że człowiek wychodzi na scenę, nagle mówi cudzy tekst a ludzie wstrzymują oddech. Nie bardzo jestem z tym na tak.

    Ale jest gość, który potrafi zrobić tak, że patrzę na to, co on zaplanował na scenę i po paru minutach przełamuję barierę niechęci do teatralnych szeptów, gestów i póz.
    Za każdym kolejnym ujęciem pojawiają się rzeczy, które wyrywają myśli z codziennych kolein, które kanalizują uwagę ku obszarom, które na codzień się porzuca, o których się nie myśli, zapomina.

    Cuda

    Takie cuda to Warlikowski. A teraz w nowej siedzibie na Mokotowie, w Nowym Teatrze.

    Na początku wchodzi się tam, patrzy na scenę i próbuje z dziecinną zaciętością dociec – o co chodzi, co autor miał na myśli, o czym to jest, jak to opowiedzieć znajomym?

    Wychwytuje się ze sceny zrozumiałe frazy typu:

    – że życie jest nudne
    – że ciągle robimy w nim nudne rzeczy, które nas nie obchodzą
    – że zawsze mówimy ludziom nie to, co chcielibyśmy powiedzieć
    – że miłość jest fajna, bo byle kto może kochać byle co

    Tak mówiła Oriana, w postaci Magdy Cieleckiej.

    No i można pomysleć sobie, ale przecież to są oczywistości. Tylko, że cała zabawa polega na tym, że to wszystko dociera do nas zupełnie inaczej niż gdybyśmy usiedli sobie na winie z kumpelką i żalili się, że życie jest ciężkie i szybko przemija albo gdybyśmy zakreślili flamastrem wers w „Alchemiku” P. Coelho.

    Całość, jaka dzieje się na scenie sprawia, że to co dzieje się na niej, to czego się nie rozumie i co kuma się bardzo dobrze nagle potraja się w naszych głowach. I wtedy nie jest aż tak ważne „o czym to jest”, ważne jest jak to wszystko zagnieżdża się w głowach, jak dzięki głosom, słowom, ciałom tych aktorów, muzyce, oprawie, scenografii wsącza się w nas i wierci jak brudny paluch w skaleczeniu.

    Nieważne są niewygodne siedzenia, 4 godzina na widowni, ciężki miniony tydzień, ważne, że przyjemność w mózgu puchnie.

    Marcel i tropy

    Kiedy wyczytałam jakiś czas temu, że Warlikowski adaptuje na scenę 7 tomową powieść, której założę się nikt z tu obecnych nie czytał, „W poszukiwaniu straconego czasu” M. Prousta, wiedziałam, że muszę zobaczyć, jak on to zamierza w ogóle ugryźć. Jak to możliwe, żeby coś takiego, tak ulotnego,opartego na zmysłach (no, ta magdalenka) przenieść na scenę. Długo czekałam, bo spektakl miał premiery w Niemczech, we Francji i dopiero w październiku ub roku w Polsce, wreszcie wiosną dotarł na swoje miejsce do Teatru Nowego.

    Widziałam wszystkie jego spektakle, ze wszystkich właściwie wychodziłam odurzona, za każdym razem z trochę innego powodu i tak samo było i na „Francuzach”.

    Właściwie można rzec, że teatr Warlikowskiego ma swój charakter pisma, ma swoje stałe punkty, wokół których obraca się przekaz. Swoimi spektaklami reżyser wchodzi w mega intelektualny dyskurs z widzem. No trzeba tam trochę poczytać i nieco się interesować otoczeniem, żeby stwierdzić, że oglądanie tego wydarzenia może potroić nasz umysł.

    W każdej z jego sztuk sprawy rozbijają się o:

    – zmierzch zachodniej cywilizacji
    – wykluczenie jakichś grup społecznych – biednych, Żydów, homoseksualistów i tak dalej
    – transpłciowość, że w sumie płeć to kwestia umowna
    – i mój ulubiony wątek – przemijanie

    W każdym, ale to absolutnie każdym przedstawieniu razem z super dobraną muzyką pulsuje w głowie widza świadomość o nieuchronności pewnego procesu, który widz aktualnie ma w dupie i udaje, że go nie dotyczy. Chodzi rzecz jasna o to, że wszystko się kończy, absolutnie każda przyjemność, nieprzyjemność, plan, mniemanie, założenie, idea i kolagen. Wszystko.

    Nie ma z tego wyjścia oczywiście, Warlikowski nie pozostawia żadnych złudzeń, okrasza tylko ten smutny proces pięknym pokazem ludzkiego miotania się między pragnieniem miłości, niespełnieniem, żądzą władzy, pieniędzy, nikczemnością, wielkością.

    Ludzie, którzy pokazują to na scenie są czymś więcej niż postaciami jakąś hrabiną czy księciem, są figurami uosabiającymi nasze własne lęki, potrzeby, pragnienia, obawy i skarłowacenia. Doskonale ubrani, świetnie wygimnastykowani nie sprzedają nam byle czego oprawionego w pazłotko.

    f

    fot. za www.kulturaonline.pl

    Wychodzimy stamtąd i w uszach jest ciągle to pulsowanie. Ta świadomość, że niby nic takiego życiowego się nie wydarzyło, a jednak jest inaczej. Nie można zasnąć, tęsknota się wzmaga, ale umysł pozostaje spokojny.

    Udało się.

    Nie zidiocieliśmy.

    Wciąż jest to coś, co nie pozwala myśleć, że to wszystko co mamy w sobie jest nieważne.

    fot. główne – za www.culture.pl