• Niechęć, ciało i architektura procesu

    Odwiedzam wiele wystaw, dużo oglądam. To co ludzie robią i na nich potem pokazują, fascynuje mnie. Wolę raczej jakieś performatywne przedsięwzięcia albo interdyscyplinarne działania twórcze niż powiedzmy ładny obraz ładnej pani, pejzażu czy też abstrakcję. Od jakiegoś czasu, kiedy obserwuję te różne akty twórcze – nie wystarczy mi sama rejestracja faktu, że coś widzę i ewentualnie coś w związku z tym obiektem czuję lub coś myślę. Ciekawi mnie za to zawsze to:

    jak do tego doszło, że ten obiekt znalazł się w tym miejscu, kto podjął decyzję, że on tam się znajdzie, jakie to były trajektorie decyzji, jakie inklinacje?
    jak powstał pomysł na ten obiekt?
    czy sam akt tworzenia czyni jego efekt widzialnym z deafoultu?
    i wreszcie:

    jak taki obiekt powstaje? jak to jest zrobione?

    ogólnie ujmując – ciekawi mnie backstage, to co niewidoczne, a bez czego niczego byśmy nie zobaczyli.

    W przypadku obiektów malarskich czy fotograficznych z grubsza wiadomo, jak to się rozgrywa. Kojarzy się narzędzia, techniczny wymiar aktu powstawiania dajmy na to obrazu. Często jeszcze takie artystyczne działania się romantyzuje. Widzi się natchnionego artystę, który maluje, fotografuje ucałowany w czoło przez muzę. Wiadomo też, że jest to raczej intymny akt, którego twórca z nikim nie dzieli, akt osobny.

    Ale jest cały szereg innych działań zasadzających się nie tylko na malarskich, rzeźbiarskich technikach, działań opartych na instalacjach implikujących zachowania powiedzmy bardziej przyziemne jak logistyka, krawiectwo, stolarka, ślusarstwo, mechanika itp. I taki właśnie krąg tematyczny ciekawi mnie najbardziej. Moment, kiedy sobie to uświadomiłam pamiętam bardzo dobrze. Miał miejsce parę miesięcy temu w Polinie na wystawie Od kuchni. Żydowska kultura kulinarna, kiedy brałam udział w oprowadzaniu Anny Królikiewicz pokazującej nam swoje instalacje towarzyszące tej wystawie. Obiekt zatytułowany Diaspora prócz hipnotyzującego działania na zmysły poprzez powolny ruch przesypywania zgromadzonych w wysokim przezroczystym naczyniu ziaren soczewicy, grochu, orzechów, zaciekawił mnie samą swoją historią montażu i powstania. Anna Królikiewicz nie szczędziła szczegółów opisu jak do tego doszło, że to się kręci, mieli, przesypuje. I kiedy to mówiła, jeszcze bardziej nie mogłam przestać na to patrzeć. To samo było z kolejnym obiektem Memories identyfikowanym ze stołem i nałożonymi na niego. Zgromadzone ułożone ciasno obrusy miały fizyczną moc kondensowania myśli i zmysłów. Historie opowiedziane o ich gromadzeniu, układaniu – również.

    Lubię też facebookowe posty Iwony Demko  w których często artystka dzieli się informacjami jak przewozi elementy instalacji swoich rzeźb, z jakimi zmaga się problemami logistycznymi, z czym mierzy przy montażu, przechowywaniu obiektów po wystawach itd. Taki codzienny wymiar sztuki wczoraj czy jutro podziwianej w eleganckich salach a poza nimi… właśnie, co się dzieje zanim trafią do sal i co się dzieje, kiedy z sal się je usuwa robiąc miejsce kolejnym. Gdzie znajdują swoje miejsce, nabywców, admiratorów?

    Może komuś taka wiedza wydawać się zbędna. Dla mnie jednak architektura procesu pozostaje kluczowa dla zrozumienia i domknięcia myśli w pewną złożoną całość. Niestety w większości przypadków nie mamy dostępu do tej wiedzy. Dlatego, kiedy okazało się, że Agata Zbylut poprosiła mnie o pomoc w realizacji jej najnowszych projektów na wystawę w galerii Bacalarte  i Warsaw Gallery Weekend poczułam, że wreszcie nadszedł ten moment, kiedy architektką procesu mogę być trochę i ja, albo przyjrzeć się temu z bardzo bliska, że bliżej już się nie da.

    Na początku jednak myśl ta wprawiła mnie w konfuzję. Pomysł Agaty zasadzał się bowiem na zrobieniu odlewów z piersi, a właściwie z sutków, które potem miały zostać przytwierdzone do instalacji na wzór stuły, jaka jest elementem stroju katolickich księży. Do odlewów miało posłużyć ciało moje i Agaty, a raczej TE jego fragmenty. Nie zwykłam za bardzo interesować się swoim ciałem na tyle, żeby odlewać je w jakiejś masie w charakterze obiektu, właściwie sama myśl o tym wydała mi się mało komfortowa. Zdecydowałam się jednak na ten udział, bo raz że zapewniał mi bliski udział w procesie, co już wspomniałam, a dwa – pozwalał skonfrontować się z niechęcią, jaką odczuwam do tych części ciała. Z tym, że nawet słowo „sutek” wydaje mi się „niewłaściwe”. Nie lubię tego słowa i nawet wiem dlaczego. Nie identyfikuję się ze swoimi piersiami, bo właściwie mi przeszkadzają, spowalniają ruch, sprawiają, że ubranie gorzej leży. Przez kulturę są obłożone całą masą nadinterpretacji o charakterze seksualnym, są obłożone wstydem i anatemą. Męskie sutki nie, żeńskie tak. Pikanterii, że powiem przewrotnie, dodaje sprawie to, że uważam je za brzydkie.Kształt, detale, kolory ludzkich sutków mają w sobie coś odrażającego, podobnie wagina, chociaż nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć dlaczego. Być może wpływ na takie postrzeganie u mnie tych kluczowych jak by nie było dla przetrwania gatunku części ma właśnie dysonans, jaki w postrzeganiu ich wytworzyła kultura i system: z jednej strony obiekty pożądania, z drugiej – wstydu. Uważam, że to jest wysoce destrukcyjne. Żadna z części ciała mężczyzn nie ma takiej złej prasy jak żeńskie pierwszorzędne cechy płciowe i piersi. Penis to dumny obiekt dominacji i sprawczości, męska klatka piersiowa, tors to symbol opoki, pewności, granitu, niezłomności. U kobiet – piersi – to przedmiot do prowokowania i wabienia, do podtrzymania przy życiu ludzkiego dziecka, symbol atrakcyjności, płodności, wagina to tajemnicza otchłań zagrażająca mężczyznom, nieco nieodganiana, ale dobre naczynie do wypełniania męską narracją. I mnie się to wszystko nie podoba, to jak całe wieki to się opowiada, jak się nawiguje narracją. Ludzkie czy zwierzęce ciało jest doskonałe samo ze swojej natury. Nie ma w nim niczego zbędnego, brzydkiego, złego, niefunkcjonalnego. A mimo to kategoryzuje się jego części. Chętnie przykładowo publicznie rozprawia się o chorobach serca, bo serce kojarzy się ładnie, ale już o problemach jelita grubego nie, bo to przecież gówno. I tak samo jest z sutkami kobiet. Wydają się brzydkie.

    Tymczasem jest moment, kiedy spotykamy się z Agatą pierwszy raz i mamy zrobić prototyp tych sutków, odlewy. Nakładanie sobie wzajemnie mikstur, preparowanych metodą prób i błędów, cementowych, silikonowych na początku było nieco ambarasujące. Trzeba było dodać sobie animuszu wspomagając się winem. Ale kolejne razy przeszły w pewien mały rodzaj rutyny i spotkanie z przyjaciółką z siedzeniem przy stole bez staników zrodziło taką myśl, dlaczego właściwie nie robimy tego częściej na spotkaniach towarzyskich. Kiedy jest dajmy na to lato, gorąco, plener, często faceci biegają z gołymi torsami, kobiety zawsze siedzą w coś opakowane. Podejrzewam, że takie wyzwolenie ciał, przyzwolenie kulturowe, brak opresji na temat TYCH części ciała przełożyłby się na totalnie wielkie skutki w postaci zmiany podejścia kobiet do ich ciał, eliminacji skrywanej nienawiści do ciał lub ich części. Ale któremu systemowi zależy, aby połowa populacji poczuła się wolna? na pewno nie temu.

    Robienie odlewów było też niepowtarzalną okazją, żeby oswoić nagość. Siedzieć sobie ze swoimi starannie ukrywanymi przed okiem  świata boczkami, fałdkami, cyckami, brzuszkiem i gadać o sprawach zupełnie innych niż jak wygląda ciało – było odczuciem katarktycznym. Marzenie takie, aby ciała przestały być tematami, przyczynami konfuzji, uwag, ocen, emocji. Wyobrażacie to sobie? Ale nie stanie się tak. Ciało to fundamentalny obiekt trzymania kontroli nad ludźmi. Co lepiej trzyma ich za mordę jeśli nie zawstydzanie i określanie kategorii ładności i pożądania przez męskie, dominujące narracje?

    Kolejne etapy tworzenia projektu zakładały powstanie zdjęć, a na nich postaci ludzkiej, obrazu ciała, na które nałożone zostały odlewy sutków w miejscach typu plecy, przedramiona. Agata była sama własną modelką, fotografką, producentką. Któregoś dnia pomagałam wykonać zdjęcia, kiedy Agata stała tyłem. Większość zdjęć, a potem te wybrane na wystawę obmyśliła i stworzyła sama. Ale jedno z nich zrobiłam ja i jestem z tego powodu zadowolona. Mogłam się też sama przekonać, jak trudno jest uchwycić TEN właściwy moment, ustawienie, ujęcie, żeby poczuć, że TO JEST TO. Ogrom tych zdjęć powstał, potem trzeba było je wyselekcjonować, dobrać papier, tonację w druku. Mnie świadomość tego procesu hipnotyzowała, z prostego w sumie powodu. Większość rzeczy jakie się robi w życiu, w codzienności, w pracy to działania, których efekty są efemeryczne. One w jakiś tam zakamuflowany sposób pchają materie do przodu, ale nieczęsto coś z nich wynika, coś co się pamięta. Kubki do kawy stają się brudne, potem znowu czyste, włosy uczesane, potem znowu potargane, maile napisane i zapomniane, wspomnienia z wakacji przepadły w dziurze czasu, ludzie, którzy kiedyś wiedzieli o nas wszystko też przepadli. Ale czasem zdarza się takie właśnie coś, że się coś robi wiedząc, że każde naciśnięcie spustu migawki ma znaczenie, że ruch pędzelkiem z klejem się liczy, że nakładana i zmywana mikstura nie zostanie zapomniana, że kawałek własnej fizyczności zostanie zaklęty w coś, na co będą patrzeć inni i w związku z tym coś odczuwać. Wrzucać ludziom jakieś skrawki własnych pomysłów, o których oni potem myślą we własnych kontekstach, to jest coś co podciągnęłabym pod definicję „szczęścia” gdyby ktoś o nie mnie zapytał i gdyby ono istniało. W każdym razie, tak to sobie wyobrażam.

    ja z Agatą Zbylut na wernisażu wystawy WHIP w galerii Bacalarte

    Bardzo ciekawa jestem, jakie ludzie mają skojarzenia patrząc na zdjęcia nagiej osoby, w tym przypadku Agaty, na których nie widać nagich piersi, pośladków, waginy, widać wszystko to, co kultura uznała za neutralne, dała etykietę „przyzwoite”,ale rozpoznawalność tych kolan, przedramion, pleców została zakłócona przez jakieś obiekty, które okazują się częściami piersi  skrupulatnie wymazywanymi przez social media, przez obyczajowość, mentalność. Jednak umiejscowione nie na froncie na wysokości płuc, z przodu jakoś mniej rażą, jakoś nie pobudzają erotycznie, nie chichocze się na ich widok, nie odwraca wzroku pruderyjnie spuszczając oczy. Dlaczego? Jeśli odpowiedź brzmi, bo taki nadaliśmy sutkom kontekst, to generuje się kolejne zapytanie – czy nie można tego kontekstu zmienić?

    Sutki w futrze z nutrii przytwierdzone do stuły nasuwają zapewne też wiele myśli. Skojarzenie ze zwierzęcością na pewno, może z kapłaństwem? Ideą kapłaństwa, o ile pamiętam, było niesienie oświecenia, dobrej nowiny, ale w rzeczywistości kapłaństwo i kiedyś i teraz niesie głównie segregację, eliminację, potępienie, hipokryzję, żądzę władzy a wszystko pod hasłem „bo tak urządzony jest ten świat”. A może czas na nowe porządki, na to, żeby niewidoczne stało się widoczne, to co zamknięte otwarte?

     

    na backstage z Agatą Zbylut w trakcie prac

    to zdjęcie zrobiłam ja, a na nim Agata Zbylut

    pomysł, kreacja, wykonanie – Agata Zbylut

  • Czy Wenecja jest utopią?

    Wenecja nigdy nie była dla mnie wymarzonym kierunkiem destynacji.

    Jako człowiek wyćwiczony na siermiędze, uznający PRL-owski modernizm za szczyt archi piękna – nie mam w DNA zbytniego przywiązania do ładności. Nie jestem organicznie w stanie machać nonszalancko eleganckim mokasynem siedząc na jakimś piazza i kontemplować Wielkie Piękno przy akompaniamencie cykad jak bohater filmu Paolo Sorrentino. Choć nie twierdzę, że bym nie chciała, raczej bardziej mnie to onieśmiela jako coś co naturalnie do mnie nie przynależy.

    Toteż wybierałam się w tę podróż nie bez obaw. A że samoloty latają jak chcą (były o czasie), a że drożyzna ( tak samo jak w Warszawie), a że dużo osób, aż 6 a ja samotnik (okazały się wspaniałe), a że turystycznie – to owszem, ale też nie do końca, o czym za chwilę.

    Wcale nie tak mało jest w sumie ludzi, którzy nie lubią podróżować. Ja z podróżowaniem mam tak jak Dorothy Parker z pisaniem. Pisarka mawiała, że nie lubi pisać, ale lubi mieć napisane. Nie lubię być w podróży, ale lubię stan, kiedy przebrnę opresję lotnisk i absurd przemieszczania się, żeby gdzie indziej napić się kawy, której mogę napić się w domu. Jak już to uda mi się przeżyć, jak obce ulice zaczną układać mi się w sensowną układankę, którą jestem w stanie jako tako kontrolować – zaczyna mi się podobać, zarówno w Tczewie, tak i w Wenecji. Z tą różnicą, że trzeba mieć więcej narzędzi do ogarnięcia uroku miast powiatowych niż Wenecji. Wenecja jest łatwa. Kiedy zejdzie się ze szlaku piazza san Marco czy Ponte Rialto nawet w szczycie sezonu Wenecja okazuje się miastem roztaczającym swoje uroki w sposób wręcz nieprzyzwoity. W Wenecji nawet rozłożone pranie w oknach jest malownicze, wszystko jest jak na ładnościowym speedzie, jest spotęgowane, a jednocześnie dostępne na wyciągnięcie ręki i nie przytłaczające.

    Wenecja jako utopia

    Niemniej pozostaje to miasto pewnego rodzaju utopią. Z tego prostego powodu, że zaludniają je tylko ludzie w nastroju uroczystym, ludzie wyrwani z codzienności, ludzie na przerwie od życia, rozglądający się wokół, nawołujący się, trzymający za ręce, ubrani w najlepsze outfity nabożnie bieżący ku miejscom, w którym na najlepszym tle świata napiją się aperola.

    Tym samym Wenecja odjęła mi zwyczajową moja radość z podróżowania, tj bycie turystą i możliwość podglądania innych w ich zwykłości. Jest dajmy na to wtorek, a ja siedzę na skwerze i patrzę jak inni się krzątają. To zawsze podbijało moją własną atmosferę odświętności. Wenecja tego mi nie dała, byłam jedną z tysięcy. Musiałam mocno się nawypatrywać, aby dojrzeć tych, dzięki którym ten cały biznes miał szanse trwać: dostawców, tragarzy, koordynatorów, logistyków, przewoźników, usługodawców, sprzątaczy. Udało się, ale nie było to łatwe. Atmosfera wiecznej fiesty uczyniła z nich ludzi niewidocznych. Nie wyobrażam sobie mieszkania w tego typu mieście, którego każdy kawałek co dzień zawłaszczałby ktoś inny. 

    be real

    Aby znaleźć choć mały ślad życia z reala wystarczy jednak wsiąść w vaporetto i przejechać się 2 przystanki na wyspę Giudecca. Mija się doki, porty przeładunkowe, odrapane bloki mieszkalne i wysiada na miejscu, gdzie toczy się jakieś życie, jest nawet fryzjer i sprzedawca ryb oraz sklep z wypłowiałym AGD. Zbłąkani turyści zapewne ucieszeni, że aperol prawie połowę tańszy niż w centrum Wenecji. Pobyt tam mnie uspokoił. Oczy nie zrakowaciały od nadmiaru kategorii „ładne”. Nie, żeby Giudecca była jakaś brzydka. Była zwyczajna, jak większość włoskich miast nad wodą. Miała kolory, portowe klimaty, ale zero tej nachalności, orientu placu św. Marka, gdzie nieprzyzwoicie kapie złoto a nieopodal ustawiają się kolejki do sklepu Louisa Vuittona.

    Nie dotarłabym do Wenecji gdyby nie splot okoliczności towarzyskich związanych z tegorocznym biennale. Był to main point i tak, jak się spodziewałam akurat była to totalna art fiesta. Bałam się na początku, że nie znajdę do tego żadnego klucza, że niczego nie zapamiętam, ale to co mogłam, to stamtąd wyniosłam. 

    sezam sztuki

    W Arsenale czułam lekką frustrację z powodu nadmiaru, którego nie mogłam okiełznać z powodu gorąca i złego samopoczucia. Ale to, w czym się znalazłam było oszałamiające. Ilość instalacji, prac zdawała się nie mieć końca. Kiedy wydawało mi się, że widziałam coś wow, za drzwiami otwierał się kolejny sezam. W którymś momencie miałam obawę, że to jest nieskończone, a jeszcze potem zbłądziłam w przeciwnym kierunku niż wyjście, nad kanały, na rzeźby Lorenzo Quinna, na szutrowe ścieżki w pełnym słońcu weneckiego lipca.

    rzeżby Lorenzo Quinna, Arsenale, Wenecja 2022

    Potem okazywało się, że jeszcze coś przeoczyłam i jeszcze coś i jeszcze. Mimo to udało mi się złapać sznurek głównej reprezentacji. Otóż stanowiły ją kobiety oraz techniki twórcze, które nie zasadzały się tylko na malarstwie, ale na tak szalenie różnorodnych materiałach i tworzywach, że wprawiało to mój umysł w rodzaj euforycznego high emotion. Dużo wychwyciłam prac z tkanin, dzierganych, wyszywanych cekinami, koralikami, z pluszu. Ogólnie robionych technikami kiedyś przez art world pogardzanymi, uznawanymi za domowe, niszowe, niegodne. A tu te tkaniny hawajskie  Myrlande Constant, figury z tkanin Emmy Talbot czy wielkoformatowe tkaniny w pawilonie polskim romskiej artystki Małgorzaty Mirgi – Tas, żeby wspomnieć tylko te, które zapamiętałam.

    tkanina Myrlande Constant, Arsenale, Wenecja 2022

    Emma Talbot, Arsenale, Wenecja 2022

    Małgorzata Mirga-Tas, pawilon polski, Giardini, Wenecja 2022

    Przechodząc przez pawilon główny w Giardini moją uwagę złapała seria zdjęć. Przedstawiała `dziewczynkę bawiącą się popiersiem dorosłej kobiety. Widać było nagie piersi i martwe oczy tej figury. Dziewczynka bawiła się tym odlewem jak lalką, woziła w wózku, sadzała na leżaku, myła włosy. Ta zabawa przypominała jednocześnie akt opieki matki nad małoletnim dzieckiem. Zdjęcia prezentowały pewien rodzaj polemiki z rolami kobiet w relacjach, były niejako odwróceniem tych ról, zwróceniem uwagi na bycie uprzedmiotowioną w tych rolach. Prace te zrobiła polska artystka Aneta Grzeszykowska i były one dla mnie najciekawszą ekspozycją w tym pawilonie.

    Aneta Grzeszykowska, Griardini, biennale Wenecja 2022

    W Giardini przez sam fakt możliwości przechodzenia z pawilonu do pawilonu w ładnych okolicznościach weneckiej przyrody i malowniczych kanałków oraz przestrzeni gęsto usianej barami z winkiem po 3 euro – kontemplowanie, że tak powiem, sztuki poszło mi efektywniej. I udało mi się nieco skatalogować moje obserwacje tego ogromu twórczych działań z całego świata. Prócz silnego głosu kobiet uwypuklił mi się nurt badania związków człowieka z ziemią z naciskiem na pojęcie zagrożenia, w jakim żyjemy, do tego aspekt płynności gatunkowej, animizmu, nacisku na refleksję, że jesteśmy częścią tego anime a nie władcami świata natury. Ten aspekt był mocno widoczny w pawilonie duńskim, gdzie Uffe Isolotto w hiperrealistycznym świecie duńskich stajni pokazuje transhumanistyczną instalację, centaury, ludzko zwierzęce postaci wskazując na dwuznaczność świata, zamęt, rozpacz, śmierć. Do tego dochodzi mi wspomnienie z Arsenale, gdzie wielką instalację z gleby otaczającą zwiedzających zewsząd stworzyła Delcy Morelos.

    Uffe Isolotto,

    Uffe Isolotto, pawilon duński, biennale Wenecja 2022

    Delcy Morelos, Arsenale, biennale Wenecja 2022

    Łatwe do wychwycenia było także nie akcentowanie bezpośredniego dziedziczenia, zwrot ku bolączkom współczesności, wskazania konsekwencji nacjonalizmów, kolonializmu, uchodźców, obcych, przybyszy. Dlatego reprezentantami poszczególnych krajów nie byli rdzenni ich obywatele, Polskę reprezentowała artystka romska wskazując na rolę największej mniejszości narodowej czyli Romów, Francję Zineb Sedira artystka o korzeniach m.in. algierskich, która w swoim filmie i dekoracjach akcentujących moc pamięci osobistej wobec pamięci zbiorowej wskazywała na aspekty francuskiego kolonializmu. Szwajcarię reprezentowała z kolei artystka pochodzenia marokańskiego Latifa Echakhch. Jej drewniane instalacje przypominające ludzkie części były nadpalone, zanurzone w czerwonej łunie pożaru, migotały niepokojąco wskazując na cykl śmierci i odradzania się.

    Zinedib Sedira, pawilon francuski, biennale Wenecja 2022

    Latifa Echakhch, pawilon szwajcarski, biennale Wenecja 2022

     

    “The Milk of Dreams” – Mleko marzeń

    taki tytuł mają tegoroczne biennale. Pochodzi on z książki Leonory Carrington, w której surrealistka na nowo wyobraża sobie świat. Z pewnością pokazane na biennale prace redefiniują pojęcie człowieka, na pewno nie stawiają go w centrum, odzierają z atrybutu bycia miarą rzeczy, przekształcają obecne hierarchie, wieszczą koniec antropocentryzmu, prorokują mocne związki z nie-ludzmi, z naturą, mieszają rdzenne tradycje z osobistymi mitologiami, i to wszystko – także dla ludzi nie związanych ze sztuką, niezbyt biegłych w historii sztuki – będzie na weneckim biennale łatwe do wychwycenia.

    Teraz po pewnym czasie wszystkie te obrazy, jakie zarejestrowałam w aparacie, w telefonie migoczą mi kalejdoskopowo składając się w ten jeden sensowny ciąg mocnego przekazu, że nadchodzi kres dawnych narracji. I to jest dobra wiadomość.

    W Wenecji zadzierzgnęła mnie jeszcze jedna wystawa, zorganizowana też w ramach wystaw towarzyszących biennale przez Fundację Rodziny Staraków – w Palazzo Querinii. Zgromadzone prace tekstylne, filmowe, zdjęciowe, malarskie Ewy Kuryluk objaśniła nam kuratorka wystawy Ania Muszyńska. Hiperrealistyczne obrazy artystki, tkaninowe cykle przedstawiające jej codzienność typu jedzenie jajka na śniadanie w towarzystwie partnera, te zapisy etapów jej życia, inscenizacje zwykłości, cielesności skojarzyły mi się z obejrzanym niedługo potem już w Warszawie filmem amerykańskiej artystki wizualnej Susan Mogul. Obie te artystyczne reprezentacje mocno rezonują mi w głowie, jeśli chodzi o kwestię czynienia ze swojego życia obiektu twórczej ekspresji. Dziś prywatność, codzienność to waluta zdewaluowana. A one wiedzą, wiedziały, jak zapośredniczyć kąpiel w wannie, jedzenie śniadania, aby akty zwykłości stały się narzędziem estetycznego poznania.

    Ewa Kuryluk, tkanina, Palazzo Querinii, biennale Wenecja 2022

    Czy wiem, jak zrobić z własnego życia sztukę?

    Nie, nadal nie mam o tym pojęcia, chociaż mam pewien pomysł, który nie wiem czy wypali.
    Podróż do Wenecji nie była nigdy obiektem moich wzmożonych chęci. Bo gorąco, bo tłumy, bo drogo, bo kiczowato, jak  mylnie zakładałam. Okazała się jedną z ciekawszych moich podróżniczych peregrynacji.

  • Sztuka zaangażowana a taśmy z Castoramy

    Co ma wspólnego sztuka zaangażowana z taśmami z castoramy?

    Jak dzieją się rzeczy

    Zaryzykuję takie uogólnienie, że większość z nas przyzwyczajona jest do tego, że to co nas otacza po prostu jest, ma być, że rzeczy są. Rzadko zdobywamy się na wysiłek myślenia o tym, jak się dzieją.

    Nie zaprząta nas to, jak powstał długopis, koszula, którą nosimy, telefon, w którym grzebiemy, kartka, po której bazgrzemy, film, który oglądamy, książka, którą czytamy, wystawa, którą oglądamy. Konsumujemy rzeczy w ilości dużo i w szybko, wszystko odbywa się na zasadzie who’s next. Chwila otrzeźwienia przychodzi dopiero wtedy, kiedy sami wpadniemy na jakiś pomysł, chcemy zrealizować jakąś naszą ideę i okazuje się, że owszem – realizacja pomysłu jakoś się udała, ale gorzej już z tym, jak powiedzieć to światu. Pewnie dlatego tyle wierszy, nowel zalega w szufladach, obrazów po kątach, zdjęć na dyskach. Idei i dzieł, których nigdy nikt nie zobaczy. Każdy może być artystą, ale już nie każdy artysta może być producentem wdrażającym swoje myśli w przestrzeń społeczną.

    Tu zresztą pojawia się kolejny wątek, jak tworząc dzieła nie konstruować jednocześnie podziału na świat artysty i publiczność, jak zrobić, żeby dzieło zaistniało w świadomości ludzi niezwiązanych ze sztuką, ludzi, którzy nigdy w życiu nie odwiedzili żadnej galerii sztuki, jak przedrzeć się do nich, somatycznie ich zaangażować w nasze dzieło i jak odmuzealnić sztukę jako taką. Interesuje mnie kwestia estetyki relacyjnej między dziełem a odbiorcą z ulicy i jak zrobić, żeby móc działać na żywej miejskiej tkance z ludźmi nie mającymi ze sztuką nic wspólnego.

    I cóż. okazuje się to niezwykle trudnym działaniem, aktem, przy którym sam akt tworzenia pracy nad konceptem to najfajniejsza cześć roboty absorbująca w sposób raczej pozytywny.

    Do myślenia o tym skłoniła mnie lektura procesu powstawania Palmy na rondzie de Gaulle’a, czyli projektu „Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich” Joanny Rajkowskiej oraz moc kwiecistych opowieści stawiania wystawy zdjęć z projektu ZWYKLI? mojej przyjaciółki Moniki Szałek. Te dwa akty zbiegły się u mnie w czasie i skłoniły mnie do myślenia o tych zjawiskach w inny sposób niż miałam w zwyczaju o nich myśleć, czyli tak jak wspomniałam na początku, że po prostu są, widzę je a potem odchodzę i zajmuje mnie już zupełnie co innego. Nagle olśniło mnie, że sam proces zapośredniczania swojej sztuki w sferę publiczną to już nie kwestia samego talentu czy geniuszu artystycznego, tylko ciężka producencka, koncepcyjna harówka. I tylko dla ludzi o stalowych nerwach i niezłomnych charakterze z mocnymi cechami bezwzględnego korporacyjnego managera.

    “Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich” – Joanna Rajkowska

    Tymczasem jest rok 2001. Joanna Rajkowska – jedna z najważniejszych artystek ostatnich dwóch dekad chce postawić w centrum miasta w alejach Jerozolimskich palmę. Dla upamiętnienia, że w XVIII w. była tam Mała Jerozolima, a potem jej nie było, bo miejsce uznano za prestiżowe i Żydów stamtąd przepędzono. Miasto nie godzi się na tę lokalizację ani na szpaler palm, godzi się na jedną na rodzie de Gaulle’a. Palma miała działać jak film, miała tworzyć iluzję i komentarz do żydowskiej przeszłości niektórych dzielnic miasta. Rajkowska chciała w ten sposób rewitalizować stosunki społeczne i wzbudzić jakiś rodzaj refleksji artystycznej. Ale ten zamiar poprzedziły:
    – miesiące budowania tekturowych makiet palmy

    • tygodnie na zezwolenia postawienia instalacji
    • przekonywanie sceptycznie nastawionych urzędników
    • szukanie firm produkujących sztuczne palmy, kto zrobi pień a kto liście
    • logistyka przewozu gotowej palmy do Polski
    • problemy finansowe, groźba bankructwa i wizja konieczności rozbiórki palmy
    • bezskuteczne wypracowywanie zasad współpracy z miastem

    Kiedy prace postawienia tej niezwykłej instalacji były prawie na finiszu, cóż się okazało? Że kiedy wydaje się, że wszystko jest załatwione i ogarnięte i wystarczy tylko wkręcić ostatnią śrubkę – potykamy się o coś, co postrzegamy jako głupstwa i nie przychodzi nam do głowy, że mogą one zaszkodzić realizacji projektu. W tym przypadku były to… brzydkie betonowe donice kwietniki na rondzie, których miasto zakazało demontować.

    Palma – Joanna Rajkowska fot. moja/analog

    Ostatecznie jednak po mnóstwie wzlotów, upadków i perypetii palma w Warszawie, którą zna chyba każdy, stoi i mierzy się z bogactwem kontekstów i narracji totalnie odmiennych od tych, jakie były założeniem artystki. Ale jest i wciąż produkuje wizje w tych, którzy na nią patrzą.

    wystawa Moniki Szałek – ZWYKLI?

    26 sierpnia 2020 na parterze Galerii Mokotów w Warszawie Monika Szałek – fotografka, portrecistka gwiazd instaluje wystawę 61 zdjęć swojego autorstwa z projektu ZWYKLI? Zanim dojdzie do finału tej akcji – zresztą obecnej w tej przestrzeni tylko do 13 września, więc zanim dojdzie do finału nastąpi szereg zdarzeń składających się na niełatwy proces wprowadzania idei, wykonanego projektu do świadomości publicznej.

    Sam pomysł polegał na tym, że ruchliwa i żwawa Monika dusząc się w toksycznej atmosferze lockdownu, uwrażliwiona na dramatyczne doniesienia o pracy polskich służb medycznych w warunkach walki z nieznanym zagrożeniem w postaci koronowirusa, wymyśliła, że zamiast klaskać lekarzom na balkonie o 17 – zrobi im portrety. Zdobyła na to zgodę dzięki swoim kontaktom i wpuszczono ją do warszawskiego szpitala na Wołoskiej, który wtedy pełnił funkcję szpitala zakaźnego dla chorych z koronowirusem, a kilka dni potem do szpitala im Kopernika w Łodzi. W dość skrajnych, nietypowych dla standardowych sesji fotograficznych, bez ekipy, makijażystów, z partnerem w charakterze oświetleniowca i pomocnika wykonała kilkaset portretów ludzi ze służb medycznych pokazując ich jako ludzi uśmiechniętych, ładnych, dając im fokus na nich, zwracając uwagę, że w tym całym szaleństwie są prawdziwi ludzie, którzy sprawdzają się w pomocy w zwalczaniu tego NIEWIADOMEGO, tego, czego się boimy. Dała tym działaniom twarze. Akcja się skończyła i twarze siedziały na dyskach jej komputerów, pojawiały się w internecie, na kanałach social mediowych, ale nikt nie mógł się z nimi skonfrontować fizycznie. Pomoc w wystawieniu prac i kuratorowanie oferowało …centrum handlowe, konkretnie wspomniana Galeria Mokotów. Wielu ludzi zadaje pytanie, dlaczego centrum handlowe, świątynia komercji i bezrefleksyjnej konsumpcji. No więc właśnie dlatego. Jak mówi sama Monika (wiem, bo ją pytałam) wystawa jest sztuką zaangażowaną, przez pryzmat tych zdjęć chciała pokazać jakiś problem społeczny i dać możliwość pochylenia się nad nim, zastanowienia. Gdyby zamknęła go w wyabstrahowanym, sterylnym środowisku galerii sztuki – niewiele osób miałoby szansę to zobaczyć, bo  galerię odwiedza ściśle określona grupa a centra handlowe niemal każdy.

    Kiedy pojawiła się zgoda na wystawę zaczął się morderczy wyścig z czasem, ponieważ termin był niebawem a produkcja takiego wydarzenia do najprostszych nie należy. W krótkim czasie 3 tygodni, aby doprowadzić do pokazania 61 portretów pracowników opieki medycznej Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie należało:

    • zrobić selekcję, wybrać 61 portretów spośród kilku tysięcy
    • przygotować formaty pod druk
    • umówić drukarnię i zamówić odpowiedni pod tego typu instalację szlachetny papieroraz płytki pcv
    • zastosować w koncepcji wyboru wymogi kuratora co do logotypówi prezentacji prac (warto zaznaczyć, że prezentując wystawę w miejscu luksusowym, musi ona posiadać wysoką jakość)itp
    • obmyślić i wypożyczyć stelaże, na których mają zawisnąć portrety (Monika chciała umieścić je w przestrzeni, żeby twarze bohaterów przenikały się wzajemnie a jednocześnie dawały szansę przenikania się z przestrzenią galerii i ludzi w niej przebywających)
    • wykombinować to tak, aby obrazki z tych stelaży nie pospadały biorąc pod uwagę, że przestrzeń w galerii podlega pracy powietrza, przeciągów, ciągłego i nieprzewidywalnego ruchu.

     I cóż się okazało? Że sprawa mogła upaść, nie ujrzeć dziennego światła przez jeden drobny szczegół, na który w ferworze istotniejszych zdawałoby się problemów instalacyjnych nikt nie zwrócił uwagi, a mianowicie o…taśmę obustronną do mocowania obrazów na stelażach. Było ich 3, ale wykorzystane zostały 2 akurat nie te, które były przeznaczone do tego typu materiału w warunkach mniej sprzyjających, że tak powiem, klimatycznie. W efekcie obrazy w nocy pospadały i na szybko trzeba było szukać sposobu na odpowiednie umocowanie ich tak, aby rano po otwarciu galerii nie było śladu po działaniach ekipy, a wystawa mogła wystartować zgodnie z planem.

    Tak oto projekt mógł upaść z powodu betonowych donic czy taśmy z castoramy, z powodów, których nikt nie brał pod uwagę jako wiążące dla sprawy czy poważne.

    Monika Szałek i Łukasz Majewski doglądają szczegółów wystawy ZWYKLI? fot. moja/digital

    Monika Szałek i Łukasz Majewski doglądają szczegółów wystawy ZWYKLI? fot. moja/digital

    Jaki jest morał z tych historii. 

    Na pewno taki, że zapośredniczanie swoich idei w przestrzeń może wyzwolić w twórcach siły i zdolności, o jakie nigdy wcześniej by się nie podejrzewali, że ten cały proces twórczy to jest może 10% przyjemnego szału (nomen omen) twórczego, a reszta to ciężka i nieprzewidywalna w skutkach harówka i walka z materią. Wszystko po to, żebyśmy my obserwatorzy mogli gdzieś na chwilę przystanąć i na to spojrzeć. Pomyśleć o czymś innym niż doraźność, móc dokonać transferu stereotypowego myślenia na meta – myślenie o rzeczach w innych sposób niż zwykliśmy myśleć.

    Uważam, że sztuki w jakiejkolwiek postaci, a szczególnie zaangażowanej, trzeba trzymać się kurczowo. Same koty nie wystarczą, aby przetrwać w mało przyjaznym i mało przewidywalnym świecie.

  • Marina Abramović, czyli po co nam sztuka?

    Marina Abramović.
    U mnie działa taki mechanizm – wszyscy interesują się Mariną, więc ja nie, wszyscy szturmują jej wystawę w Toruniu- ja nie. To, co tak popularne, wzbudza mój sceptycyzm. Mój entuzjam nie jest już potrzebny i niczego nie wniesie.
    Szyszka dała mi jej wspomnienia „Pokonać mur”, no to czytam. Zrazu książka ta wzbudziła we mnie niechęć. Abramović w opisach swoich odczuć używa prostych, niewyszukanych fraz ocierających się o banał czy wręcz kicz. Nie stara się czynić z języka narzędzia kreacji, ale mimo to mam wrażenie podczas lektury, że wymyśla sobie to dzieciństwo. Może nie, że dodaje jakieś  trwożne fakty, ale że je monumentalizuje, ubarwia czyniąc z siebie pomnik dziecięcego cierpienia. Może jestem dla niej niesprawiedliwa i faktycznie doznała tych wszystkich fizycznych krzywd i upokorzeń od rodziców, a zwłaszcza od matki, ale poprzez ten pełen patosu język – odczuwam niechęć. Z jednej strony wiem, że nie każdy będzie umiał uczynić z konfabulacji swojego dzieciństwa kilkutomowej powieści jak zrobił to Knausgard, niemniej nie jest mi na początku łatwo. Ale jednak czytam, nie męczę się i potem stwierdzam, że właśnie bardzo dobrze, że tak to opisała, szalenie prosto!

    Marina przyjaźniła się parę lat z Susan Sontag pod koniec życia pisarki i filozofki. I pomyślałam sobie, co za szczęście, że Abramović o swojej sztuce nie pisała takim językiem jak Sontag, bo bym pewnie do wiosny to czytała. Może coś w tym jest, że kiedy człowiek jest działaczem jak Marina, wykształca w sobie po prostu inne umiejętności niż sztuka pisania, a takie osobowości jak Sontag nakierowane na przemyśliwanie, kumulowanie wniosków, analiz i konwersowanie – fokusują się na ujmowaniu spraw w nieco bardziej skomplikowany sposób, jakby te sfery wzajemnie się nieco kanibalizowały. No i dobrze.

    We wspomnieniach Mariny robi się ciekawie, kiedy zaczyna się opis stopni na drodze do jej sztuki, pracy, performansu i w końcu kariery. Ostatecznie, jak by nie spojrzeć, uzbierała sukcesów sporo na polu sztuki niematerialnej, przeniknęła do pop kultury, rozpropagowała dość te hermetyczne środki wyrazu i przesłania. 

    Dlaczego mnie to interesuje?

    Na pewno nie dlatego, że zrobiła warsztaty z Lady Gagą. Ale lubię przyglądać się sztuce. Chadzam na różne wystawy i przeważnie nie rozumiem wystawianych tam prac ani ich idei. Robię temu instagramowe ujęcia, zdjęcia i potem dopiero w domu zastanawiam się, o co mogło chodzić twórcy. Lubię też myśleć o tym, dlaczego ludzie robią coś, co nazywają sztuką, co jest sztuką, a co nie jest i kto o tym decyduje? Porusza mnie to, że ludzie mają w sobie to coś, co każe im wyjść poza rutynę, poza sposób widzenia czegoś tak jak widzą, co każe im szukać innych środków niż te, których używa się powszechnie. Ciekawi mnie załamywanie rzeczywistości po to, żeby dotrzeć do jakiegoś punktu w odbiorcy, który nim poruszy.

    Sama Abramović też szukała. Zaczęła od malowania obrazów na zamówienie, których potem się wstydziła i od wykładów na Akademii Sztuk Pięknych w Belgradzie. Z pewnością pomógł jej w karierze jej kapitał kulturowy, koneksje matki ustawionej dobrze komunistki, jej działalność w obszarze sztuki. To było solidną podstawą do tego, żeby ona mogła o tym myśleć i wychodzić poza malowanie zachodów słońca dla utytułowanych członków partii. Ale oczywiście miała też co innego – nadludzką wytrzymałość, którą przypisywała nader twardemu i zimnemu wychowaniu, pasję i determinację. W tym pędzie ku odkrywaniu i przekraczaniu własnych możliwości i barier oraz odwadze chyba mało kto mógł jej dorównać, a skutek tego był taki, że zaczęła wyjeżdżać z komunistycznego Belgradu coraz dalej i dalej aż całkiem się z niego wyniosła i wkrótce nie było dla niej kierunków niemożliwych czy obcych. Zeksplorowała na użytek poszukiwań dla swoich performansów i zwyczaje hermetycznych Aborygrenów, i praktyki buddyjskie z Tybetu czy Indii, i wszystkie te odkrycia inkorporowała w poszerzanie pola swojej świadomości, której dawała wyraz w pokazach.

    Ostatecznie w swoich wspomnieniach pisze tak: „ Zawsze myślałam, że w sztuce chodzi o ekspresję w ramach pewnych technik: malarstwa, rzeźby, fotografii, pisarstwa, filmu, muzyki czy architektury. No i oczywiście performansu. Ale ten performans przekraczał granice performansu. To było życie. Czy sztuka może lub powinna być odizolowana od życia? Zaczęłam coraz intensywniej odczuwać, że sztuka musi być życiem, musi należeć do wszystkich”. W tym fragmencie mówi o spektakularnym i jednym z najbardziej znanych swoich dzieł „Artystka obecna”, kiedy to przez 3 miesiące w MOMie siadywała na krześle, a widzowie siadali na przeciwko niej i po prostu na siebie patrzyli. Pokonując ograniczenia jakie narzuca nam ciało, czyli żeby przez kilka godzin dziennie nic nie mówić, nie ruszać się, nie wydalać, nie jeść, nie pić, nie kichać – po prostu patrzyła widzom w oczy i działy się rzeczy niewiarygodne. Nawiązywał się kontakt z każdym, kto usiadł na przeciw niej, wyzwalały się emocje i przepływała między nimi wzajemna energia. Czyli wystarczyła chwila ciszy, uwagi i spojrzenia innemu człowiekowi w oczy. Tylko tyle. Właściwie aż tyle.

    Pokaz zrobił furorę i nie dziwię się temu. Abramović odwołała się w tym performansie do pierwotnych ludzkich potrzeb, które całe swoje życie pieczołowicie zakupujemy w procesie tzw. socjalizacji, tj. do uważności na drugiego człowieka. Potem, kiedy zobaczyłam w książce „Portrety w obecności Mariny”, które zrobił ludziom z tego pokazu Marco Anelli, to zachciało mi się płakać, widok tych twarzy wyzwolił i we mnie tę pierwotność, to pragnienie prawdziwości czy uważnego spojrzenia, czegoś czego unikamy na codzień, co nas krępuje, onieśmiela, płoszy czy denerwuje.

    To działo się w roku 2010, ale już w 2002 zrobiła podobny w wymowie performans „Dom z widokiem na ocean”. Tym razem spędziła 12 dni w galerii, w 3 pomieszczeniach podwieszonych pod sufit na widoku odwiedzających galerię gości. Na ich oczach brała prysznic, sikała i piła wodę. Nic nie jadła. poza myciem, piciem i sikaniem siedziała lub leżała. Ten pokaz miał służyć zwróceniu uwagi na to, że każdej czynności, nawet najbardziej banalnej należy się całe 100 % uwagi, wykonywała te proste aktywności z precyzjną dokładnością i pieczołowitością odwołując się do zasad buddyjskiej uważności. Ten performans został wykorzystany nawet w 6 części „Seksu w wielkim mieście”, przedarł się do popkultury, która zresztą poprzez ten odcinek akurat go wyśmiała. Carrie bowiem podważa autentyczność zachowań artystki. Niemniej jednak pokaz ten okazał się ważny, a prace Abramović na tyle przebijały się do świadomości nie tylko koneserów sztuki, ale też zwykłych ludzi, że dziś mając na uwadze sztukę niematerialną, ma się na myśli głównie Marinę.

    Dziś z pewnością nie należy ona do artystek żyjących w niszy i na skraju ubóstwa, z pewnością pomógł jej też zmysł do interesów i dobra koniunktura, którą umiała wykorzystać. Ale mi to akurat nie przeszkadza. Ja potrzebuję tylko rozumieć, dlaczego ludzie sztuki robią akurat to co robią, i co to dla mnie oznacza i w co mnie uzbraja. A ponieważ rozumiem coraz więcej, to się cieszę i książkę też polecam.

    Warto jeszcze nadmienić, że we wspomnieniach Marina poświęca sporo miejsca swoim partnerom, z którymi współtworzyła swoje prace. Ciekawe jest jej podejście do nich, to jak razem pracowali, na co zwracała uwagę i jak bardzo ta świadoma i odważna w sztuce i życiu kobieta długo zawsze nie mogła pojąć, że ukochany mężczyzna się od niej odwracał. Czy to było znamię totalnego egocentryzmu? Czy emocjonalnej nieporadności wyniesionej z domu rodzinnego? W każdym razie nie umiała zrozumieć tego, że odchodzili, nie robiła żadnych analiz, a przynajmniej nie skupiała się na pisaniu o tym. Po prostu  – długo bardzo te rozstania przeżywała jako niesprawiedliwe dla niej i niezrozumiałe, co pozwala mi czynić wniosek, że emocjonalnie bywamy totalnie bezbronni niezależnie od tego ile mamy na koncie zasług, nagród, osiągnieć czy pieniędzy. Lekceważeni w dzieciństwie cały czas ściągamy na siebie w jakiś sposób podobne traktowanie, a może sami je z czasem wyzwalamy w innych widząc w partnerach tych, którzy nas stworzyli i zawiedli, a potem żadnym sposobem nie umiemy się z tego wyzwolić. I to akurat jest zła wiadomość dla nas. Ale też te rozterki i porażki czynią przecież z tej posągowej artystki zwykłego człowieka, który zniesie 12 dni bez jedzenia, rany zadawane sobie na performansie, podpalenia a nie może znieść porażki w miłości.

    Jak to jest więc z nami, że jesteśmy tacy krusi, a jednocześnie nie do zniszczenia? Czy sztuka daje nam właśnie te nitki, linki, których możemy się łapać, żeby nie polec?

  • zjedz kanapkę