• Kategoria personal review, czyli rzecz o książkach Ewy Kuryluk

    Podoba mi się w życiu to, że kiedy wpadnie się na trop jakiegoś wątku w sobie, jaki uzna się za z jakiegoś powodu istotny, wszystkie sprawy zaczynają się nagle składać w pożądaną całość i wprawiać machinę zdarzeń w koincydentalny obrót. Mam tak z pozyskiwaniem szerszej perspektywy widzenia rzeczy, jaką implikuje wiek i co za tym idzie, dokonywaniem pewnych nie tyle rozrachunków z tym, co minęło, ile próbą złapania tej materii i zatrzymania jej na niepokojąco szybko przesuwającej się do kresu mojej osi czasu. Z poczuciem tym powiązało się zapotrzebowanie na specyficzną literaturę, którą krytyka nazywa „personal journalism”.

    Zaczęło się w Wenecji. Apropos możliwości zwiedzenia wystawy Ewy Kuryluk towarzyszącej biennale, z kuratorskim oprowadzaniem: towarzyszki mojej podróży mówiły przy stole w restauracji nad gumowatą pizzą, że tragiczne życie ma za sobą  Kuryluk, że się kochała ta rodzina, ale była tam choroba psychiczna i że ciężko. Wtedy myślałam, że aha, no tak ciężko, ale taka gówniana pizza kosztuje 13 euro i czy to aby nie przesada, każdy ma w sumie ciężko w jakiś tam sposób, np płacąc 13 euro za niedobrą pizzę. Tak wtedy myślałam. Ale kiedy już dobrnęłyśmy do Palazzo Querinii na wystawę, byłam przygotowana na coś niezwykłego i nie zawiodłam się. Na dwóch piętrach weneckiej kamienicy, na różnych planach rozłożone prace Kuryluk – obrazy, instalacje z płótna, zdjęcia, video przedstawiające studium jej samej, hiperrealizm, mnogość wątków, zapośredniczeń, no i opowiadanie Ani Muszyńskiej – kuratorującej wystawę, wszystko to sprawiło, że na dźwięk słowa „Frascati”, które usłyszałam pierwszy raz, wzrosła moja czujność, a następnie pewność, że książkę tę muszę przeczytać.

    Części auto opowieści artystki o życiu swoim i swojej rodziny okazało się być 3. „Goldi”, „Frascati”, „Feluni”. Monika Weychert rzuciła wtedy przy stole pamiętam, że kiedy umarł ich chomik Goldi, posypała się cała rodzina. Co wydało mi się szczególnie intrygujące, bo czasem taką cezurą bywa życie psa. może nawet wyjątkowego kota, ale przecież rzadko chomika, krótko żyjącego mało istotnego w narracji antropocenu gryzonia. Fakt ten wyznaczał już intrygujący faktor tej rodziny – totalne pionierstwo w  niezwykłym podejściu do anime, do świata, w którym ważny był każdy nawet z punktu widzenia człowieka upierdliwy owad czy drzewo lub krzew. W tamtych czasach, wojennych, powojennych, kiedy ludzkość doznała upodlenia na niespotykaną dotąd skalę taka postawa wobec świata natury była bardzo, bardzo rzadka.

    W każdym razie zachowując porządek chronologiczny tych opowieści zaczęłam lekturę od „Goldiego”, czyli od chomika i na początku trochę się na tę książkę obraziłam. Po intrygującym wprowadzeniu moich koleżanek i Ani Muszyńskiej podczas oglądania wystawy – myślałam, że będą to miłe opowiasteczki o zwierzątkach i ich życiu w zwariowanej rodzince (celowo używam tych zdrobnień rzecz jasna infantylizując i ośmieszając fakt moich oczekiwanek). Ale nic z tego. Do języka Goldiego i kolejnych części trzeba było przywyknąć, trzeba było się go nauczyć. Na początku jest to kakofonia głosów, planów czasowych. Ciężko dociec kto co  do kogo mówi i w jakim czasie to mówi. Kuryluk przywołuje, werbalizuje dźwięki swojego domu i swoich bliskich, przytacza dosłownie frazy, jakimi się posługiwali, słów jakich używali ojciec zwany Łapką, matka zwana przez ojca Mijaczkiem i brat Piotruś zwany Felunim. Wypowiedzi te są chaotyczne, czasem miękkie, czasem zgrzytliwe. Czytanie tego przypominało mi słuchanie koncertów na Warszawskiej Jesieni przez kogoś, kto nie zna się na muzyce. Niby słyszy się dźwięki, tak jak zna poszczególne słowa, ale nic nie lepi się w rozpoznawalną całość. Ja mam taki zwyczaj, że przed oglądem czy wystawy prac czy czytaniem książki – nie zapoznaję się dogłębnie z autorami, biografiami i opracowaniami. Pracuję na wiedzy z rzędu „mniej więcej”. Tu mniej więcej wiedziałam, że rzecz jest o rodzinie Kuryluków pisana z perspektywy artystki Ewy Kuryluk po śmierci ojca, brata i matki, przywołująca pamięć o jej niezwykłej rodzinie, losach tej rodziny i całej społeczności polsko-żydowsko-ukraińskiej, którą II wojna naznaczyła w sposób, jaki do ogarnięcia jest trudny. Niemniej jednostkowa perspektywa nieco to wszystko przybliża. Ogrom tego, co ma nas wpływ mimo że nie zdajemy sobie do końca sprawy jak wielki.

    Tak więc, mimo że „Goldi” był niełatwy w lekturze, to stanowił wystarczające zadzierzgnięcie do tego, aby sięgnąć po kolejne części. Lektura całości przypominała dekodowanie enigmy, odszyfrowywanie losów rodziny, tak jak po śladach zdjęć matki znalezionych w butach szła Ewa Kuryluk odzyskując pamięć nie tylko po rodzicach, ale odkrywając sprawy swojego pochodzenia, o których nie miała pojęcia, ponieważ były przez rodziców starannie ukrywane i przemilczywane.

    Kolejna część nosząca tytuł na cześć ulicy, przy jakiej w Warszawie mieszkali Kurylukowie, „małej Italii”, jak nazywała te okolice matka Ewy, a więc kolejna część jest dalszym odkrywaniem tej niezwykłej historii. Idziemy dalej przez rozedrgane opisy, wymieszane plany czasowe i wymieszane dialogi, przez swoisty strumień świadomości i tego, co zapamiętała Ewa. Siedzimy więc razem z Ewą i jej rodzicami  w miłym mieszkaniu przy Frascati, za chwilę w mieszkaniu Anny Kowalskiej i Marii Dąbrowskiej we Wrocławiu, gdzie oddano Ewę na czas przyjścia na świat młodszego brata Piotrusia, widzimy chwile szaleństwa matki (chorowała na schizofrenię), zmęczenie ojca (był przez 2 lata ministrem kultury w rządzie Cyrankiewicza), geniusz małego Piotrusia Wunderkinda (umiał grać skomplikowane utwory na fortepian w wieku 3 lat) i jego szaleństwo po śmierci chomika a zaraz potem ojca, słyszymy rozmowy Ewy z matką, kiedy ta wracała ze Stanów, z Paryża, aby doglądać jak się miewa, cały czas utrzymując dom, matkę i chorego brata, który większość życia przesiedział gnębiony w zakładach psychiatrycznych nie wiadomo czy dziedzicząc po matce chorobę psychiczną czy świadomie wycofując się z życia ze strachu po śmierci ojca, że świat ten bezpowrotnie go zmiażdży, co w istocie faktycznie się stało.

    W „Felunim”, czyli opowieści o Piotrusiu Wunderkindzie i jego psychiatrycznej gehennie, o uwikłaniu w konieczność bycia głową rodziny z psychiczną niepełnosprawnością jest też cały ten środkowo-wschodnio europejski tygiel historii. Wymiecenie ze wschodnich rubieży Polski, ukraińskich terenów, prześladowania, szmalcownictwo, obozy zagłady, ukrywanie się, przesiedlenia, egzekucje, dramaty ideologiczne po wojnie, komunistyczne apanaże, świadomość uprzywilejowania klasowego, bycia innym a jednak takim samym. Wszystko to jest w tych 2 częściach posklejanych niczym skandynawskie śledztwo mające wykazać dokładną żydowską tożsamość matki Ewy jak i kwestię tego, kto był jej biologicznym ojcem. Jednostkowy los rysuje dramat historii 3 narodów tak celnie, że kiedy to się czyta, napisane językiem członków rodziny, pamiętanymi dialogami, bez grama egzaltacji i patetycznego dramatyzmu – ogarnia człowieka czytelnika prawdziwa groza. Groza tego, że to wszystko jest takie namacalne, wciąż żywe. Takie doznanie czytelnicze z pewnością jest efektem niezwykłości tej prozy, jej wyjątkowości.

    Książki te, jak przystało na te z kategorii „świetnie napisane”, nie są tylko powojennym freskiem środkowoeuropejskich narodów w wymiarze jednostkowym. Są silnym katalizatorem własnych czytelnika odczuć. Pobudzają czy podjudzają emocje w codzienności skrzętnie ukrywane, pieczołowicie zapominane.

    Rozmawiałyśmy sobie o tym z Moniką Weychert, która pożyczyła mi te wszystkie 3 książki, kto nas najbardziej denerwował w tych opowieściach i co wzbudzało naszą zazdrość, jakie miałyśmy myśli o tym wszystkim co przytrafiło się Ewie Kuryluk, polskiej artystce tworzącej i mieszkającej za granicą obecnie, a wychowanej w trudnej rodzinie na Frascati. Mnie w trakcie lektury przyszło do głowy pytanie – jakiego nie lubię sobie zadawać, ale które powraca – kim bym była, gdybym miała takiego ojca jak Ewa. Faceta, który karmił chomika z czubka paznokcia i robił łódeczki z dłoni, żeby chomik mógł sobie na nie wleźć i polizać go w nos. Przy czym Karol Kuryluk nie był tylko typem, który uciekał przed grozą życia w miłość do zwierząt, był typem, którego cechowała niesłychana dobroć i szacunek dla wszystkich ludzi. Wspierający, pomocny, sprawczy odszedł w wieku 52 lat na zawał. Nie zdołał tego unieść: choroby żony, władzy, jej braku, codzienności. Czytając dialogi Ewy z ojcem, dialogi ojca z matką czułam zazdrość. Jaki jest los kogoś, do kogo zawsze mówi się z szacunkiem i uczuciem? Czy może więcej?czy unosi więcej jak Ewa czy załamuje się jak Piotruś, bo świat nie chciał przemawiać do niego głosem kochających rodziców.

    W trakcie lektury czułam też ogromną niechęć do matki artystki, z domu Miriam Kohany. Niezwykle utalentowanej muzycznie, językowo, chorej na schizofrenię kobiety otoczonej niezwykłą wprost opieką i miłością męża, który zresztą z holocaustu ją uratował. Dlaczego tak się stało, że czułam do niej tę szczerą i naprawdę wielką niechęć to jest już temat na zupełnie inną, moją opowieść, która może kiedyś się zdarzy, w okolicznościach, które będą bardziej recenzją mojego własnego życia niż cudzych książek. Ale zanim to nastąpi, przeglądam się w lustrach innych żyć i o nich też będzie i to akurat wkrótce.

  • „Słabsze ogniwo”, czyli Wola Mocy wiecznie żywa

    Większą część mojego świadomego życia – mogę stwierdzić – spędziłam w uśpieniu. Polegało ono na przekonaniu, że wszystko działa, jak ma działać i kieruje tym jakiś słuszny mechanizm a tylko społeczeństwo bywa niemiłe i ludzie zdarzają się źli. Długo potem, niestety za długo, ale lepiej późno niż wcale, zaczęłam łączyć kropki dzięki wnikliwszej obserwacji zjawisk, opinii, idei i lektur, które dawały mi narzędzia do nazwania rzeczy po imieniu oraz naprowadziły mnie na prostą w gruncie rzeczy konstatację, że wszystko, z czym zmagamy się na poziomie prywatności, własnych tzw. morale wynika z algorytmów narzucanych przez system, a nasza sprawczość wobec niego, sprzeciw chociażby, jest niestety zatrważająco nikła lub wręcz żadna. Wskazuje to na pewien fatalizm, ale de facto jest to po prostu bycie wpisanym w scenariusze, jakie nie my sobie piszemy. Wyjaśnili mi to swego czasu Kacper Pobłocki, David Graeber czy Shoshana Zuboff, że wspomnę tylko ostatnich moich przewodników.

    Dlaczego o tym piszę?

    Powodu dostarczył mi obejrzany ostatnio film meksykańsko-polskiej produkcji w reżyserii Joaquina del Paso „Słabsze ogniwo”. Gdybym nie posklejała sobie tych wyżej opisanych faktów wcześniej – ten film poraziłby mnie bezwzględnością z jaką unaocznia to, jak bardzo ludzie są niewolnikami systemów. Ale ponieważ już byłam tego świadoma, więc oglądałam ten film z gorzkim poczuciem, że nie ma od tego ucieczki i nigdy nie będzie lepiej. Nie jest to więc, jak można już wyczuć, miły wakacyjny przerywnik głaszczący nasze sterane nerwy. Dlatego zalecałabym obejrzenie filmu ludziom, którzy lubią być świadomi i szukają tego, co dosadnie im to umożliwi.

    Historia oparta jest na osobistych doświadczeniach reżysera, który pochodzi z zamożnej rodziny i nauki pobierał w katolickiej szkole. W filmie mamy więc grupę dorastających chłopców z takiej właśnie meksykańskiej katolickiej szkoły, białe dzieci klasy wyższej średniej, które jadą ze swoimi nauczycielami, katechetami na obóz przetrwania poza miasto, na dawne azteckie ziemie. Ich zadaniem jest praca w terenie, podchody w lesie, wspólne ogniska, wydawałoby się, że same przydatne do kształtowania silnych charakterów aktywności. Przydatne oczywiście chłopcom. Tymczasem, jak tylko grupa wysiada z autokaru zarysowują się pierwsze symptomy tego, o co tam tak naprawdę chodzi, że nie o zabawę, wzmocnienie, integrację. Pod tymi hasłami ukrywa się utrwalanie stosunków władzy jednych nad drugimi poprzez manipulację, hipokryzję, intrygi i przemoc. Dzieciom łamane są moralne kręgosłupy metodycznie i precyzyjnie. Dzieci zaś szukają potwierdzenia własnej władzy nad słabszymi od siebie – począwszy od nękanych kolegów, poprzez przyrodę i rdzenną ludność Meksyku traktowaną jako służebną podklasę.

    Film o obozie przetrwania dla bogatych chłopców skojarzył mi się z „Władcą much”. Golding napisał tę dystopijną powieść w czasach zimnej wojny, czyli eskalacji nastrojów zagrożenia i lęku. Tam także chłopcy z dobrych domów po katastrofie morskiej, lądując na wyspie, pozostawieni sami organizują się w taki sposób, że odtwarzają znane im hierarchie władzy i stopniowo zatracają ludzkie odruchy.

    W filmie ślad nietzscheańskiej Woli Mocy, która nie toleruje słabszych jest też bardzo widoczny. W każdej niemal scenie widać prezentację siły, niewolenia jednostek słabszych przez silniejsze, pokazane są prezentacje władzy, kontroli, podległości. Prezentacje te uosabiają zarówno chłopcy szykanując się nawzajem w swojej grupie, jak i ich nauczyciele i opiekunowie szykanujący uczniów.
    Film na pewno zadowoli przeciwników systemu zwłaszcza kościelnego. Pokazuje bowiem tę organizację jako bandę zbrodniczych jednostek, demonicznych i do szpiku zepsutych, gotowych zrobić wszystko, aby utrzymać zarządzone status quo. Reżyser nie bawi się w niuansowanie tych postaci. Każdy charakter jest tu stypizowany i ma czytelnie przypisane zestawy cech tak, aby można je było szybko zidentyfikować. I tak – duchowny – otyły, działacz katolicki – elegancki, przyjaźnie miła aparycja, sweterek Polo Ralph Lauren zarzucony z niedbałą elegancją na plecy, fałszywie życzliwy, wysoki hierarcha kościelny – stetryczały, zasuszony i demoniczny, jeśli symbol dziecięcego dobra  to kontuzjowany chłopiec o wyglądzie blond cherubina, jeśli pedofil – to odstręczającym wyglądzie. Mnie osobiście nieco przeszkadzała taka dosłowność, ale na potrzeby pełnej symboliki przypowieści – być może ma to uzasadnienie.
    No i jest jeszcze rola Jacka Poniedziałka, który tworzy tam postać rozmodlonego nauczyciela ganiającego w podchody z chłopcami po lesie z okrzykiem „Boże chroń silnych”. Bohater grany prze niego jest wyjątkowo przykładnym narzędziem systemu eliminującego wątpliwości, słabości czy refleksje u swoich podopiecznych. Wg mnie pikanterii tej roli dodaje fakt, że aktor znany jest ze swoich antyklerykalnych poglądów i widać było, że w rolę nowego nauczyciela zastępów współczesnych Ku Klux Klanów wcielił się z oddaniem. Patrząc na jego ciemniejące demonicznie oczy w tym filmie, nie mamy wątpliwości, że mamy do czynienia ze sprytnie zakamuflowanym wcieleniem zła.

    Film przed ryzykiem dosłowności w pokazywaniu horroru dominacji jednych nad drugimi uchroniły niedopowiedzenia w kluczowych momentach. Wiele okrucieństw pozostaje tu w domyśle. Aczkolwiek niesprawiedliwość, z jaką traktowana jest rdzenna ludność, protekcjonalność, paternalizm, spychanie ich do roli poddanych, służących, marginalizowanie na ich własnej ziemi – widać w filmie boleśnie mocno. Przyroda dewastowana, grodzona i zaśmiecana przez białych kolonizatorów pozostaje natomiast wyniośle obojętna na te działania. Widać to w nieprzeniknionych oczach królików, świadków w domyśle pedofilskiego działania jednego z nadzorców wobec jednego z chłopców – ucieleśnienia niewinności wzmacnianej metodycznym odurzaniem zresztą. Te króliki przeznaczone zapewne zaraz na pieczeń, to w moim odczuciu karzące duchy natury, tego co niszczone, nie szanowane i deptane, obdzierane ze skóry, podrzędne i poddane. Patrzą w sposób nieodgadniony w tej obojętności na ludzkie zbrodnie, jakby wiedziały, że matka natura przyjdzie po tych, którzy ją zlekceważyli. To ja zobaczyłam w ich oczach. I choć film nie daje nadziei, że zbiegniemy przed systemami, które nas zniewalają, że nie będziemy w stanie wyrzec nawet słowa sprzeciwu, to te oczy królików patrzące zimno w dal dały mi poczucie, że to one są mogą być ponad to wszystko co my tu sobie szykujemy przekonani o własnym sprycie i sprawczości. Dały mi poczucie, że mimo naszego przekonania, że nikt nie widzi, co kombinujemy, to jest to nieprawda, bo przyjdzie nam zapłacić rachunek. Czekam aż zostanie nam wystawiony.

    Gwoli podsumowania, prostego stwierdzenia  – warto czy nie warto obejrzeć ten film, powiem tylko, że świadomość to trudna do przełknięcia pigułka. Ale ja bym się na waszym miejscu nie wahała zażyć.

  • Co oglądać w środku lata

    Przez moje social mediowe ścieżki wpadłam na platformę streamnigową Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych 35mm.online, na której bezpłatnie jest baza filmów z lat 60/70/80/90. Filmy są po rekonstrukcji cyfrowej, znakomita jakość, całość współfinansowana ze środków unijnych. Wspaniała jest to sprawa, bo ja często wracam do polskich seriali z tamtych lat i muszę je kątem gdzieś oglądać w jakości słabej. Znajduję ogrom przyjemności z powrotu do kinematografii tamtych lat.
    Odpowiada za to nie tylko nostalgia, właściwie nawet wcale nie ona. Ważna dla mnie jest obserwacja, jakie pomysły realizowano w komunistycznej Polsce, jak to było realizowane i jak zmieniły się relacje społeczne. W skrócie (ale nie przywiązujcie się do tej idei) mogę powiedzieć, że te społeczne stosunki nieco ewoluowały, w kierunku – zaryzykuję stwierdzenie – raczej dobrym. Mimo że patriarchat i mizoginizm trzyma się całkiem dobrze, nikt już chyba dziś nie zrobi filmu obyczajowego, w którym kobiety klepie się w pracy po tyłkach, robi im uwagi, że „to nie dla ciebie temat” itp.
    Zmienia się też w narracjach obecnych stosunek do natury, nie traktujemy jej już tak obcesowo i jako coś oczywistego jak kiedyś. Natomiast pod względem realizacyjnym, mimo że obecnie jest dostępna nowoczesna technologia, nieograniczony dostęp do praktycznie wszystkich informacji, zapewne też i większe są budżety, to współczesne produkcje są wg mnie marnym echem filmów z tamtych lat jeśli chodzi o historie, konstrukcje scenariuszy, bohaterów, intrygę, klimat. Właściwie wszystko. Ze świecą szukać dziś produkcji tzw autorskich. Chcąc zrobić film, trzeba pozyskać przychylność producentów powiązanych z gigantami filmowymi i te narzucają na te produkcje swoje algorytmy, które ze sztuką nie mają właściwie nic wspólnego. Jedna „Euphoria” wiosny nie czyni:)

    Rozpoznanie platformy 35mm.online zaczęłam od 2 filmów.
    Pierwszy, taki na czasie, no bo „W środku lata” -1975 r. reżyser Feliks Falk, Andrzej Jaroszewicz zdjęcia.

    Tak się zastanawiałam, czy Ozon jak robił „Basen” to oglądał film Falka:) To jest ten sam klimat. Czuć go od pierwszych sekund filmu, niby fajnie, miło, ładne okoliczności przyrody, lato, urlop, a jednak gdzieś coś się czai. Uwielbiam filmy, które łączą w sobie klimat mocnej obyczajówki, realizm z grozą. Akcja osadza się na historii pary (młoda Teresa Budzisz – Krzyżanowska i Andrzej Chrzanowski – naczelny intelektualista filmów tamtych lat:) ), która jedzie do wynajętej od znajomego leśniczówki na wieś spędzić ze sobą więcej czasu, wzmocnić więzy, ale widać od początku, że coś tam się nie klei. Pan zajęty jest swoimi pracami naukowymi a pani szuka bliskości. Jednak jest w tych poszukiwaniach osamotniona i zbywana. Jest to też przy okazji studium związku. Wydaje mi się, że dynamika związku jest pokazana w filmie w wymiarze uniwersalnym, aktualnym, mimo zmieniających się standardów społecznych. Albowiem niezależnie od deklaracji, wiele relacji intymnych, w 4 ścianach pozostaje przemocowe. Tu przemoc polega na tym, że pan zbywa zabiegi pani o tę bliskość, bagatelizuje też jej obawy, bo kobieta słyszy wszędzie odgłosy, widzi nieznajomych za płotem a pan kwituje to prostym „zdawało ci się”. Łatwo wyczuć, że partnera irytuje jego partnerka i posądza ją o nadwrażliwość, fanaberie, histerie, no jak to kobitki, tak mają. Nie trzeba się przejmować. Pada też najbardziej opresyjny tekst ever, kiedy bohaterka odkłada płytę winylową bez uprzedniego wsadzenia ją w osłonkę. Pan mówi wtedy, a dzieje się to przy zaproszonym gościu – „czy mogłabyś nie odkładać MOICH płyt w ten sposób? Mówiłem ci to już tyle razy”. Serio. Ja nie znam bardziej opresyjnych tekstów niż takie jak ten, zwłaszcza, kiedy mówi się je w obecności osób trzecich.
    Prócz dramatu małżeńskiego rozgrywa się tu coś nierealnego, nienazwanego a podszytego grozą. Krzątanie się bohaterki podszyte jest lękiem, a widzimy to dzięki sposobowi filmowania, są to obrazy z niską ekspozycją (bardzo teraz modne na pintereście!:)), przyciemnione, mimo, że to lato. Widzimy przyglądających się kobiecie obcych mężczyzn, poruszające się złowrogo krzewy, słyszymy historie o utonięciach, morderstwach i dużo, dużo zabitych zwierząt – zajęcy, saren, ryb. Te zwierzęce umierania pokazane są wręcz hiperrealistycznie. Ja wtedy zamykam oczy. Cierpienie zwierząt ma dla mnie wymiar ludzki. Wtedy, a nawet dziś jeszcze, tak do tego nie podchodzono, ale jestem pewna, że reżyser użył tych obrazów celowo, dla podbicia atmosfery zagrożenia i śmierci. Wg mnie wpływ na ten wydźwięk mogło mieć miejsce akcji. Rzecz dzieje się na Kaszubach, na terenach poniemieckich. To było 30 lat po wojnie, moim zdaniem pamięć krzywd ludzi, którzy tam mieszkali, tych którzy ucierpieli na skutek wojny i powojennych porządków gdzieś tam nadal była żywa, żyła w tych lasach, w tamtym powietrzu, w tamtych ludziach.
    I tak para nowoczesnych ludzi z miasta chciała sobie żyć w warunkach pokoju i słuchać Haydna, pisać socjologiczne rozprawy habilitacyjne, ale niedawna przeszłość, niezidentyfikowane lęki ludzkie jeszcze ich ścigały.
    Film – świetny. Ani razu nie grzebałam w telefonie oglądając go, a biorąc pod uwagę, że przy nowych produkcjach robię to nieustannie, no to jest chyba wystarczająca rekomendacja.

    Drugi film – totalny sztos 10/10 debiut Barbary Sass z Dorotą Stalińską w roli głównej, z 1980 roku „Bez miłości”.

    Historia jest o młodej dziennikarce, reporterce, która chce odnieść sukces w zawodzie i porusza się w mizoginicznym świecie z taką samą bezwzględnością jak ci wszyscy paternalistyczni szefowie, koledzy, współpracownicy. Wykorzystuje ich w sposób totalnie cyniczny, robi bez wyrzutów sumienia karierę przez łóżko, potem sięga po kolejnego kochanka na stanowisku wyżej, nieślubne dziecko oddaje na wychowanie matce, w której zresztą ma ogromne wsparcie, ma plan, jest zdeterminowana, dynamiczna, na wspomagaczach, ale do celu dąży – jak to mówią – po trupach. Co okazuje się potem niemal prawdą. Film poddaje pod rozwagę nie tylko rolę kobiet w społeczeństwie, kobiet, które chcą być niezależne i aktywne zawodowo, ale podbija też temat zawsze na czasie – wolności słowa, praw do własności cudzych opowiadanych historii, granicy reporterskiej prawdy, tego co wolno opowiadającemu. Dziś z pewnością takie praktyki, jakie stosowała bohaterka w swoich reportażach na pewno by nie przeszły, mamy copyrighty, legale i rodo. Ale potężna fala mediów społecznościowych rozwalcowująca nasze życia to pytanie o granice prawdy i prywatności ciągle stawia i pozostawia aktualne.
    Zastanowiła mnie też tam jedna rzecz. Czas, w jakim dzieje się film to okres przed stanem wojennym, jak pamiętamy fale niepokojów społecznych, zagrożenie, niewiadome. Jest taka scena, kiedy koleżanka pyta głównej bohaterki – czy nie boi się gdzieś tam jechać czegoś robić skoro czasy takie niespokojne, na co Stalińska – Ewa Bracka odpowiada – zawsze czasy są niespokojne i zawsze coś się dzieje. I to jest akurat prawda, niby banalna, ale naprawdę pozwala zyskać inną perspektywę choćby dla obecnych czasów, kiedy co dzień zbieramy trwożliwy plon wieści z kraju i ze świata, a ja zawsze powtarzam, że zawsze tak było. Zawsze działo się coś i zawsze będzie, dwie granice dalej, czy za płotem czy w środku.
    Bohaterka ma też credo pasujące do tych całkiem liberalnych czasów, że nie ma sytuacji bez wyjścia, zawsze można coś wymyślić. Instagramowi kołczowie byliby z niej dumni. Niemniej na tamte czasy to była niecodzienna postawa, taka wiara we własną sprawczość, zwłaszcza w przypadku kobiety. Los ostatecznie przyciera jej nosa, ale to jak Sass wymyśliła tę postać, jak wszczepiła figurę silnej kobiety w tamten betonowy patriarchat wzbudza we mnie podziw niekłamany. Do tego dynamiczny montaż, konstrukcja scen, prowadzenie postaci. Z całości idzie spójny obraz i uniwersalny przekaz.

    Proszę mi wskazać, kto dziś tak robi filmy?

  • „Kiedy widzę Filipkę, chcę założyć garsonkę”- o spektaklu „Orlando.Biografie”- Teatr Powszechny

    Według mojej obserwacji żyjemy obecnie trochę w takiej aberracji jeśli chodzi o narrację odnośnie płci, ciał, ludzkiej seksualności. Bo z jednej strony jesteśmy w kraju, który posiada najbardziej restrykcyjną politykę kontroli prokreacji, który nadal mocno usadawia kobiety w stereotypowych rolach i niżej w hierachii uposażeń za tę samą pracę jaką wykonują mężczyźni, w kraju, który ustanawia „strefy wolne od LGBT” a osoby queer nazywa ideologią, prezes wiodącej partii rządzącej zaś stwierdza na jakimś wiecu na temat środowiska queer, że „on by to badał”. A z drugiej strony niebinarność, perfomatywność płci, reprezentacje queerowe, kultura drag coraz silniej przebijają się do mainstreamu. Myślę, że nadal w wielu miejscach usłyszy się wyraz słynnej tolerancyjnej postawy a la wujek „niech oni se robią co chcą, kochają jak chcą, ale po co tak się z tym afiszować, parady jakieś urządzać”. Jednak da się zauważyć, że jawne kwestionowanie płynności seksualności, płci i tego, że miewa ona przeróżne reprezentacje zyskuje powoli status obciachu.

    Judith Butler napisała flagowy manifest gender „Uwikłani w płeć” 30 lat temu, więc świadomość tego, że płeć to płynny kulturowy kod, nie tylko coś zdeterminowane biologią, prostym podziałem – chłopiec czy dziewczynka? istnieje nie od dziś. Jednak dopiero teraz częściej być może przychodzi nam do głowy pytanie – dlaczego osoba dekodowana jako kobieta ubrana w obcisłą sukienkę i buty na obcasach zyskuje społeczną aprobatę a osoba dekodowana jako mężczyzna ubrana tak samo jak kobieta tej aprobaty nie zyskuje? Dlaczego nie dziwi nas osoba męska przebrana w złocone szaty, suknie, ornaty, ze złotym pierogiem na głowie, a Andrzej Szwan znany jako Lulla de La Polaca mówi, że w Polsce boi się wyjść na ulicę w kolczykach i z umalowanymi ustami. Czy zastanawiamy się w ogóle nad tym kto konsekruje takie a nie inne wzorce zachowań przypisanych do płci? Kto o tym decyduje co jest „męskie”, co „kobiece”, co właściwe a co nie? Dlaczego kiedyś nie do pomyślenia było, aby kobieta nosiła spodnie a teraz, że mężczyzna nosi sukienkę? Czy myślimy nad tym, że to jak wyglądamy, jak wyglądać chcemy, czego się boimy w swoich reprezentacjach to nic innego jak tylko pochodne funkcji władzy, narracji systemów państwowych, religijnych, które nakładają na społeczeństwa narzędzia opresji, kontroli, aby nimi łatwiej zarządzać i przy okazji wzniecać podziały i kontrolę wewnątrz nich samych?

    Tymczasem – Judith Butler, która udowadniała, że wyznaczanie jedynych słusznych reprezentacji płci to prosta droga do hierachizacji i wykluczeń, Paul B. Preciado i jego biopolityka, farmakopornografia, spektakle Nowa Europa w Teatrze Nowym, wcześniej Simone de Beauvoir, Michel Foucault, Tilda Swinton:) i wiele więcej jeszcze głosów przebija się i wychodzi z backstage na mainstage społeczny.

    Dowodem tej aktywności pozostaje także spektakl z Teatru Powszechnego, w reżyserii Agnieszki Błońskiej, który sięgnął jeszcze dalej w kulturowych inspiracjach, a mianowicie do tekstu Wirginii Wolf „Orlando” oraz do postaci 16 letniego chłopaka z dworu królowej Elżbiety, która to postać była emanacją dwoistości ludzkiej natury, jej niejednoznaczności. Orlando to figura dramatu uwikłania w kulturowe reguły płci, a spektakl zatytułowany „Orlando. Biografie” przedstawia ten temat z perspektywy konkretnych, wyrazistych losów postaci, które w nim występują. Całość zaaranżowana jest jako zjawisko na pograniczu teatru, perfromancu, sztuk wizualnych, techno-party, terapii zbiorowej i wykładu. Poszczególne osoby dzielą się swoimi historiami funkcjonowania z innym poczuciem na temat kodu swojej płci niż przewiduje to nakaz społeczny, wszystko zestawione i przestawione jest tak, że brzmi jak mocny wolnościowy manifest i zdarzenie społeczne. Uteatralizowanie tych historii nadaje im zaś wymiar czytelnego symbolu łatwego do odczytania także przez osoby nie zorientowane w akademickich dyskursach o reprezentacji płci.

    Nie ma w spektaklu hierachii ważności poszczególnych losów. Poddajemy się terapii zafundowanej nam przez Anu Czerwińskiego będącego w momencie tranzycji płci (jego losy były wplecione w historię „Mieszkanie na Uranie” w Teatrze Nowym), jest taka chwila, kiedy po zapytaniach jakie Anu rzuca do widowni czy jesteśmy gotowi przysiąc, że zawsze czuliśmy się tymi, kim się czujemy – osoby ze sceny długo patrzą na osoby na widowni, a widownia osoby na scenie – w totalnym milczeniu i jest to jeden z najbardziej gęstych momentów, jakie przeżyłam ostatnio w teatrze. Ludzie patrzą na ludzi. Proste, a jednak…

    Przysłuchujemy się komentarzom Filipki Rutkowskiej, która z gracją godną pozazdroszczenia obnosi swoje torebusie i garsonki i nakłania do weryfikacji naszych poglądów odnośnie reprezentacji outfitów oraz spojrzenia na tematy nie tylko z męskiej perspektywy, do której przyzwyczaił nas patriarchalny system. Jak powiedziała w rozmowie moja przyjaciółka Agata Zbylut podsumowując oglądany spektakl „Kiedy widzę Filipkę, chcę założyć garsonkę”:)
    Widzimy Pepe le Puke trans osobę z kolektywu dj’skiego oraz Lullę – najstarszą drag w Polsce. Andrzej Szwan ma 84 lata i można powiedzieć, że wreszcie jest na fali. Stał się widzialny, ma wiele reklamowych kontraktów, udziela wywiadów, bierze udział z niezliczonych queer imprezach. Jest barwny, jest wytrwały, jest dowcipny i nie użala się nad sobą. Widziałam dokument o nim w reż. Bogny Kowalczyk „Boylesque”, w którym poznajemy bliżej tę niezwykłą postać nadal zawzięcie tańczącą do przeboju Beaty Kozidrak „Co mi panie dasz” po nieudanej randce na mieście, zabawnie tłumaczącą kolegom, że może się z czymś nie wyrobić, bo zapominają, że jest od nich jednak starsza o 50 lat:) Czuje się, jak zwyczajowe uprzedzenia związane z tym, jak kto wygląda, ile ma lat zanikają.

    fot. Magda Hueckel

    Ale dopiero na scenie Powszechnego słowa Anadrzeja Szwana, który zawsze lubił przebierać się w sukienki i malować usta, uderzają mnie mocno. Szwan w kilku słowach szkicuje moment, jaki zapamiętał z wczesnego dzieciństwa, bomby spadające na miasto, ukrywanie się przed 2 miesiące w szczelnie zabarykadowanej piwnicy, szczęcie, że bomba nie trafiła akurat w ten budynek. Ciężko uniknąć skojarzenia z tym, co dzieje się obecnie na naszych oczach, tuż za naszą wschodnią granicą. Kiedy wydawało nam się, że wszystko mamy z grubsza poukładane, okazuje się, że to nie stabilizacja ale chwiejność i niepewność jest wpisana w nasz los. Co niby wiemy, ale do końca nie dowierzamy nigdy.Z wywiadów dowiadujemy się też Lulla la Polaca to szczęśliwie ocalone dziecko holocaustu. Potem ten mroczny PRL, akcja Hiacynt, te homofobiczne opresje i oto stoi na scenie ona/on w kostiumie scenicznej diwy, w błyszczącej sukni i śpiewa dla nas, a ja nie ukrywam, jak szalenie mnie to wszystko porusza.

    Do kultury drag zawsze miałam wielkie umiłowanie i właściwie nigdy nie zastanawiałam się dlaczego. Pociągała mnie teatralność tego zjawiska, ten rodzaj przerysowania, brania w nawias  pewnych atrybutów kobiecości, które akurat mnie cis kobiecie wydawały się nieznośne. Fascynowało mnie to i fascynuje nadal. Po przyjrzeniu się też losom Kim Lee – Wietnamczyka mieszkającego w Polsce, który w sile wieku zmarł rok temu na covid, odnalazłam w tym więcej niż przegięcie i zabawę. Widzę w tym polemikę z zasadami, jakie zostają ludziom wyznaczone, zapytania- dlaczego nie mogę wyglądać, poruszać się, być – w sposób inny niż przypisuje kultura. Kim Lee przebierała się nie tylko za kobietę, tańczyła np w stroju ludowym do piosenki „My Słowianie”. Nie było to jednak przaśne kulturowe zawłaszczenie jak Gosi Rozenek prężenie się na instagramie w indiańskim pióropuszu podczas podróży do Stanów. To była performatywna polemika z tym jakie role wypada nam odgrywać. To jest rodzaj dyskursu, poddania w wątpliwość znaków uznanych za kanony.Stąd prosta droga do wyzwolenia się z myślenia o swojej płci, jej reprezentacji w sposób jaki wyznaczają systemowe reguły.

    Oczywiście to wszystko nie polega na tym, że płeć to rodzaj ubrania, które zmieniamy, odwieszamy do szafy w zależności od potrzeb czy humoru.

    fot. Magda Hueckel

    Przedstawione na scenie losy postaci, przygotowana przez Katarzynę Kozyrę scenografia złożona z pluszowych, plastikowych części ciał, dramatyzm losów, czasem komizm jednostkowych doświadczeń wskazują wyraźnie trop, aby uświadamiać sobie że spektrum bycia człowiekiem nie jest binarne, nie bywa jednoznaczne, bywa też zmienne w czasie, jest prądem, z którym unosi nas biologia, społeczeństwo, nakazy, role, własne samopoczucie i świadomość, że możemy przyglądać się bacznie i polemizować z tym co jest uznawane za „oczywiste”, „naturalne” i „przyzwoite” i mapować swoje życie po swojemu.

    W październiku spektakl wraca na scenę. Warto, aby wam to nie umknęło.

    fot. Magda Hueckel

  • I libido i romantico – o nowym spektaklu Teatru 21

    Nienormatywność, inkluzywność, ciałopozytywność, różnorodność reprezentacji seksualności i płciowości – te tematy przewijają się w moich własnych obserwacjach społecznych norm i narzucanych zachowań. Biorąc pod uwagę ilość spektakli i performenców teatralnych, które w ubiegłym i bieżącym roku obejrzałam, a które ilustrowały emancypacyjne odniesienia do wymienionych kwestii – mogłabym pokusić się o stwierdzenie, że coś w temacie drgnęło. Przywołam tu choćby „Tanz” Florentyny Holziger, „Habitat” Doris Uhlich w Nowym Teatrze czy „Larvę” Marty Ziółek w Komunie Warszawa. Stosunek do naszych ciał i jego potrzeb przeobraża się, wychodzi z ciemnych szaf opresyjnych religijnych reżimów i systemów zaprzężonych do obsługi patriarchalnych instytucji. Zaczynamy nabierać nawyku coraz śmielszego mówienia o tym i w praktyce wychodzenia poza praktyki pamiętane z epoki Anieli Dulskiej.

    Wydawało by się, że jesteśmy już na dobrej drodze i nic nie umknie nam uwagi, żadna grupa, żadna ludzka potrzeba. Jednak możemy się mylić obierając ten punkt widzenia.

    Tu w sukurs przychodzą twórczynie z Teatru 21 – Justyna Wielgus – reżyserka i Justyna Lipko – Konieczna – scenarzystka, dramaturżka, które na scenie Komuny Warszawa wystawiły spektakl „Libido Romantico”. To już drugie moje – po „Jak przestałem być doskonały” – przedstawienie tego teatru, w którym scena należy do osób z niepełnosprawnością umysłową, z zespołem Downa. Tym razem po performensie w cyrkowo – mityczno – hinduskim anturage biorącym na warsztat kwestię odmienności fizycznej twórczynie  dają widzom obraz sytuacji ludzi z niepełnosprawnościami w kontekście ich seksualności. My ze swoją się oswajamy a co z nimi? Z ludźmi i tak społecznie marginalizowanymi w widzialności społecznej?

    Aby opowiedzieć te historie Wielgus i Lipko – Konieczna odwołały się do tekstu, którego na współczesnych scenach też raczej byśmy się nie spodziewali. To licealna narodowa zdawałoby się – ramota, dzieło koturnowego wieszcza  Mickiewicza „Ballady i romanse”. Jednak twórczynie odnalazły w tym dziele performatywny potencjał. Mija równo  200 lat od wydania Ballad. Wtedy rewolucjonizowały kostyczną oświeceniową narrację i każdy, kto choć trochę uważał na polskim pamięta, że od „Ballad i romansów” datuje się początek epoki romantyzmu w literaturze. Jakie to jednak ma związek z seksualnością osób z niepełnosprawnością? Czy teksty z XIX wieku mogą trafić w jakąkolwiek współczesną tarczę. Otóż mogą. Mogą być dobrym komentarzem do tematu, o którym niełatwo się mówi i który praktycznie w mainstreamowej narracji nie istnieje. „Ballady i romanse” na tamte czasy realizowały się jako rewolucyjny tekst, bo głos dostały w nim osoby właśnie dotąd niesłyszalne, ludzie z gminu, z klas niższych, ci których głos nie był istotny. Dzikość, mroczność, silne koneksje z naturą, sensualność przedarły się do świadomości czytelników z poziomu ludzi, którym prawa do odczuwania odmawiano i nawet nad tym nigdy się nie pochylano. Wtem okazało się, że ich odczuwanie, ich praktyki są bliższe niepokojom epoki i pytaniom jakie stawia niż oficjalny język szacownego „mędrca” ze szkiełkiem i okiem. To „Ballady i romanse” wysunęły postulat demokratyczności uczuć. Tym samym lektura wieszcza ożywa na nowo w kontekście seksualności osób z niepełnosprawnością. Ich seksualność jest wypierana z głównego nurtu narracji, tak samo jak kiedyś głos czy emocje ludzi z tzw. gminu. Ze sceny rezonuje w głowy widzów pytanie – czy osoby z niepełnosprawnością mogą czuć pożądanie i jak sobie z tym radzą one i otoczenie? Prawda jest taka, że osoby takie są zaklęte w wiecznej figurze dziecka. Nieistotne jest dla nas, czy mają lat 10 czy 30. Widzimy ich jako wieczne dzieci. Dzieci, do których przemawia się dziecinnym językiem i spodziewa po nich emocji przypisanych parolatkom.

    Jak ten niełatwy dyskurs został urządzony i przełożony na język sceny?

    Według mnie brawurowo i spektakularnie. Jest dramatycznie, zabawnie i wzruszająco, bardzo energetycznie, zero czasu na zwyczajowy odruch grzebania w telefonie, co definiuję jako gruby sukces twórczyń.
    Osią spektaklu jest wg mnie postać Remigiusza Kijaka. 

    Kim jest Remigiusz Kijak?
    Jak sam mówi na wstępie – nie skojarzymy go z innych scen teatralnych, z prostego powodu, że nie jest aktorem. Jest wykładowcą uniwersyteckim, pracownikiem naukowym na UW specjalizującym się w seksualności osób z niepełnosprawnością intelektualną. Twórczynie miały taki pomysł, żeby historie, jakich wysłuchał, w jakich doradzał Remigiusz były przytaczane przez niego na scenie w ramach improwizacji, a do tych opowiadań i historii z życia będą dołączane odpowiednie komentarze z „Ballad i romansów” oraz  teksty aktorów Teatru 21 przygotowane specjalnie lub też improwizowane. W ten sposób pod lupę wzięto motywy ludzkiej seksualności osób z niepełnosprawnością takie jak: miłość romantyczna, pożądanie, erekcja, miłość homoseksualna, seks sado – macho, macierzyństwo, kontakt z przemocą seksualną, a do tego – odrzucenie, pragnienia z poziomu i emocji jak i ciała. Wszystkie te konteksty są przygotowane w zupie porządnej popkultury zarówno wizualnej, muzycznej jak i wyznaczającej kulturowe wzorce. Jake i Rose z Titanica, Celine Dion i hit z tego filmu, włoskie San Remo, plakatowe wzorce męskości, mity o macierzyństwie, kobiecości i płci – wszystko w kontekście tego, jak odczuwają to osoby z niepełnosprawnością.
    Spektakl jest dynamiczny i spójny. Wyzwala ten rodzaj energii, jaką mamy na codzień skrytą przed światem, a nawet przed samymi sobą. Nie myśli się o jego bohaterach w kategorii ckliwego współczucia, raczej zażenowania, że wciąż i wciąż nie jest się tylu kwestii świadomym, że myśli się o fundamentalnych ludzkich potrzebach wybiórczo, pobieżnie i schematycznie.

    Usadowiłam się w pierwszym rzędzie i choć nienawykła do interakcji ochoczo przyjęłam zaproszenie, do końcowych wspólnych z aktorami pląsów na scenie w rytm włoskiego hitu z lat 80-tych. Totalnie moje klimaty, choć radość to nie jest coś co definiuje mnie na codzień. A tam właśnie tak się zdarzyło. Czy to jest wystarczające reko?

  • „Mieszkanie na Uranie” – alternatywa czy konieczność?

    Piszę ten tekst, kiedy czas stał się chybotliwy, kiedy Ukraina broni się 18 dzień przed putinowską agresją, po tym jak w 10 dniu wojny obejrzałam w Teatrze Nowym spektakl Michała Borczucha „Mieszkanie na Uranie”. Fakty te nie są bez znaczenia, bo ataki rakietowe na obiekty 25 km od polskiej granicy kładą się cieniem na wszystkich dotychczasowych tematach, które wydawały nam się, wydają zajmujące. Czy zatem postpornfarmakologiczne idee tyczące niebinarności, płynności płci, krytyki biopolityki reprezentowane w twórczości, esejach hiszpańskiego filozofa Paula B. Preciado zebrane w publikacji „Mieszkanie na Uranie” (po polsku ukażą się jesienią) będącej kanwą spektaklu – są istotne w obliczu realnego zagrożenia unicestwieniem?

    Bardzo mi przykro, że recenzowanie wydarzenia musi zaczynać się od takiego pytania, ale nie da się obejść takich kontekstów, a co gorsza – nie ma nawet dobrej odpowiedzi na to pytanie. Wyznaczanie sensów zawsze jest zajęciem karkołomnym. Ale jeśli ktoś miałby wątpliwości po co iść do Teatru Nowego na spektakl o problemach bliskich queerowym środowiskom skoro naszemu światu pali się pod dupą, to mogę podpowiedzieć, aby te wątpliwości porzucił.

    W obecnej „wrogiej kartografii”, jak określa okoliczności Natalia Sielewicz w przedmowie programu spektaklu, planeta Uran stanowi zachęcającą wizję utopijnego miejsca, w którym tworzy się mapa nowego człowieczeństwa. 

    Kwestie przedstawione w esejach Preciado, przełożone przez Borczucha na język sceny, trafiają nie tylko do środowisk związanych lub którym po sąsiedzku ze środowiskiem queer. Przenoszą się one szerzej na pojmowanie życia w opresji kanonu wykraczającego poza perspektywę płci.

    Tocząca się obecnie wojna jest przecież efektem ewidentnego przemocowego zrywu tradycyjnie pojmowanej męskości reprezentowanej przez cyborgiczną „męskość” architekta zbrodni wojennych w Ukrainie wobec reszty świata, który ma się tej wizji podporządkować. Czy przypadkiem (?) nie jest tak, że opór wobec tej reprezentacji męskości uosabia człowiek nie widzący problemu w identyfikowaniu jego osoby z show, w którym występuje na obcasach w pozach uznawanych za kuszące, w pozach, z którymi kojarzy nam się najwyżej diwa w stylu Beyonce a nie prezydent europejskiego kraju. Tak więc ikoną oporu wobec szarży agresywnej uzurpacji, autorytarności, zakłamania staje się człowiek – cis mężczyzna występujący na obcasach. Mnie nie wydaje się to przypadkiem. Ścieranie się gospodarczych, ekonomicznych i militarnych potęg, akcji, których staliśmy się zakładnikami to też cywilizacyjne starcie koncepcji definiowania męskości, reprezentacji płci i ról.

    Koncepcja mieszkania na Uranie nie wydaje się więc być taka nieatrakcyjna. Sam Uran jest co prawda wyabstrahowaną z zasięgu i najzimniejszą planetą Układu Słonecznego, ale już jego kulturowe konotacje nawiązujące do Uranosa są obietnicą teleportacji odbiorcy w miejsce mapujące nowe człowieczeństwo. Uranos  wziął się z Chaosu i Gai – Matki Ziemi, która zresztą była też potem jego żoną. Uranos dał początek wielu boskim celebrytom w tym Chronosowi i Zeusowi, także tytanom, furiom i cyklopom. Na skutek szeregu zdarzeń przestał tworzyć z Gaią jedność stąd – można by rzec – pewien wyłom między niebem – uosabianym przez Uranosa – a ziemią Gaią. Natalia Sielewicz w tekście o esejach Preciado pisze, że Uran może być postrzegany jako horyzont rewolucji, która dzieje się na naszych oczach. Uranizm to też pojęcie stworzone przez Karla Heinza Ulricha oznaczające określenie popędów trzeciej płci i przezwyciężenie binaryzmów płciowych. Dlaczego to jest ważne i warto, aby nie ograniczało się do dyskursu w queerowych enklawach – wydaje mi się wyłożyłam powyżej. Warto też dla lepszego rozeznania przywołać postawę filozofa Paula B. Preciado, którego manifest „Testoćpun” jest brawurowym, mocnym sprzeciwem wobec biopolityki, kontroli seksualności, płciowości, poddaniu tych ludzkich emanacji narzędziom władzy. Dla Preciado jest oczywiste, że binarny podział na kobiety i mężczyzn, kobiece -męskie jest fałszywym motywem pozwalającym białym heteroseksualnym decydentom trzymać władzę i sztywno wyznaczać wzorce ludzkich zachowań, jakie podtrzymywaniu tego porządku służą. Według Preciado nowe technologie, synteza hormonów płciowych przekształciły raz na zawsze rozumienie i praktykowanie cielesności i reprezentacje płci, dostarczając też narzędzi do tranzycji płci – obalają stary porządek bezpowrotnie i są awangardą płciowej rewolucji.

    Pozostawię dywagacje na temat pewnej niepewności idei, że płynność płciowa pojawiła się dopiero wraz farmakotechnologią. Sama mogę tylko rzec, że od dawna czułam, że proponowane przez system zarządzany przez konserwatywne państwa i kler sposoby reprezentacji płci wydawały mi się grubym niedomówieniem i celowym fałszowaniem wizji ludzkiej płciowości w imię interesów konkretnych grup społecznych, którym tego typu rewizje były i są nie na rękę.

    Dla mnie w esejach Preciado, tak samo w spektaklu Borczucha, istotna była kondycja człowieka jako istoty płynnej, z możliwością samokształtowania się, wychodzenia poza narzucony porządek i układania relacji swojego ciała wobec przestrzeni i innych ciał ludzkich, zwierzęcych od nowa.

    Jak rozegrał to na scenie Michał Borczuch?

    Podzielił spektakl na 2 części. W pierwszej stykamy się z lifestylową sytuacją wynajmowania mieszkania przez grupę trzech młodych osób (Bartosz Bielenia, Jaśmina Polak, Jan Sobolewski). Ich tożsamości płciowe są trudno definiowalne – niby męskie zachowania w kobiecych atrybucjach lub dziewczyńskie w męskich. Trudno wyczuć kto jest kim, a na pewno płynności te wprowadzają w konfuzję mieszczańską landlordkę. Ciekawe, czy to przypadek, że tę postać – kwintesencję nieco zdziecinniałej mieszczańskości gra Monika Niemczyk, przed laty wcielająca się w serialu A. Wajdy „Z biegiem lat, z biegiem dni” w Misię Chomińską – córkę konserwatywnej krakowskiej mieszczki i urzędnika bankowego, która zakochuje się w rewolucjoniście. Dawna Misia Chomińska stoi teraz na scenie i oczywiście jest tą mieszczanką, trzyma fason wobec młodzieży, której nie rozumie, strojna w dziewczęce sukienki i białe rękawiczki, robi zatroskane dziubki i drobi kroczki. A nowi lokatorzy są niczym trzej królowie, wysłannicy nowych relacji, nowych płciowych konstelacji. W tę część płynnie wpleciony został videoreportaż Anu Czerwińskiego, który dokumentował proces swojej tranzycji płci, problem z coming outem przed matką ( w tej roli także Monika Niemczyk) oraz trudności, jakich nastręczało porozumienie z rodziną odnośnie przygotowania jej do procesu w kwestii usankcjonowania prawnego zmiany płci. W polskim prawie obowiązuje tu bowiem konieczność złożenia pozwu przeciw rodzinie. Przyglądamy się więc, jak realnie radzi sobie z tematem polski patriarchat w osobie ojca rodziny (świetny Jacek Poniedziałek),  bracia Anu (różne stopnie rozumienia) i matka (nic nie rozumiejąca, ale gotowa dać wsparcie).

    Prócz kwestii płci pojawia się temat relacji ludzi ze światem zwierząt i przedmiotów. Wyraża się w haśle – porzuć męża – poślub konia, w totalnej dereifikacji zwierząt i uczynienia z nich person, zatarciem granicy między tym co „wartościowsze” ludzkie  a tym co rzekomo mniej znaczące – zwierzęce.

    Podobała mi się scena referowania relacji człowieka z przedmiotami, której bohaterem był Bartosz Gelner. Ta koncepcja w świecie, w którym wszystkiego mamy za dużo – także mocno uderza. Preciado zauważa jak zezwoliliśmy przedmiotom na panowanie nad sobą, na ich toksyczną władzę nad nami. Toksyczną, bo narzucającą i zniewalającą. Narzucające hierarchiczność stoły, centralizm kanap i foteli, wszystkie te układy wtłaczają ludzkie ciała w bierny układ ze zantropomorfizowanymi rzeczami, meblami, sprzętami.

    Druga część to motyw podróży do Madrytu, a celem jest poszukiwanie dawnej niani. Konwencja tej części jest mniej oniryczna, podpada pod konwencję znaną z filmów Almodavara. Marta Ojrzyńska w kolorowych spodniach, z wyglądem przypominającym Penelopę Cruz jedzie z przyjacielem (Jacek Poniedziałek) w podróż do Madrytu, aby zrobić feministyczny materiał o pracy kobiet – nianiek. Dużo tu celnych społecznych obserwacji jak choćby ta, że kobieta użyczająca swojego ciała do odkarmienia cudzych dzieci jest społecznie konsekrowana, a kobieta użyczającego ciała dla seksualnych przyjemności za pieniądze jest kryminalizowania. Okazało się bowiem, że dawna niania zamieniła tę pracę na sex working. Dyskurs na temat społecznych ról kobiet, ich percepcji w narodowych narracjach zachodnich kultur jest tu ukazany w sposób niemal komediowy, co podbija siłę rażenia. Bo to naprawdę oczyszczające móc oswoić sprzeciw uwalniającym chichotem.

    Nie sposób zresztą nie wspomnieć, że cały spektakl pozbawiony jest nieznośnego patosu i koturnowości. W każdej niemal scenie widać odcinanie się od dosłowności, od traktowania pokazu jako trybuny do mówienia widzom jak mają żyć. Sceny pozostawiają widzom duży margines interpretacji, co nie oznacza, że nie zostaje zasiane ziarno rewolucji. Rewolucji, która nadchodzi i wieszczy, że patriarchat i binarność jebną, że to tylko kwestia chwili.

  • Mówić głośno, o czym się nie mówi – „Kobieta i życie” w teatrze WARSawy

    To był taki nic nie znaczący poniedziałek kolejnej brudnej zimy – nie zimy w Warszawie. Ciemno o 15:00 i zero ekscytacji. Nie lubię chodzić na wydarzenia w poniedziałki. Zakładam, że poniedziałki nie są po to, żeby się nimi emocjonować. A jednak tak wyszło, że poszłam. W zimnym foyer teatru Ateneum czekałam na spektakl kupiwszy uprzednio kieliszek białego wina, chociaż nie wiem czy to ma znaczenie, ale raczej nie. Po mającym rozegrać się za chwilę spektaklu niczego się nie spodziewałam, bo uwielbiam luksus niespodziewania się. Pielęgnuję w sobie tę myśl i wchodzę na widownię.

    To nie był spektakl grupy z Ateneum, tylko użyczona w budynku scena dla offowego teatru WARSawy prowadzonego przez Adama Sajnuka. Teatr WARsawy nazywa siebie „Rynkiem Nowego Myślenia”, deklaruje otwartość na dyskusje, wymianę poglądów, niezależność myślową, poszukiwania społecznych tożsamości. Zakłada też wsparcie reprezentacji młodych absolwentek aktorstwa na swojej scenie, co uważam, jest z góry skazane na słuszność. Mam obejrzeć tym razem spektakl wyreżyserowany przez Jerzego Jana Połońskiego, do którego tekst napisała poznańska dramaturżka Malina Prześluga.

    „Kobieta i życie”, taki ma tytuł i myślę wtedy, że jest banalny. Przywołuje mi wspomnienie poczytnego za czasów mojego dzieciństwa tygodnika – wtedy społeczno – kulturalnego, dziś poradnikowego i o życiu gwiazd. I nawet nie wiem czy ktoś ma jeszcze świadomość, że taki tytuł istnieje na rynku i nie wiem też czy to skojarzenie ma jakieś znaczenie. Może tylko takie, jak potransformacyjne kapitalizacja kultury spłyciła przekaz „kobiety i życia” sprowadzając je do domowych porad i plotek. 

    Tytuł nie pociąga mnie też, bo wolałabym coś mniej oczywistego, mniej jednoznacznego, nie że ciągle o kobietach, bo przecież o tym, że mają ciężko wiem przecież WSZYSTKO. 

    A teraz jest właśnie ciekawy czas tożsamościowych weryfikacji, poszukiwań odpowiedzi na pytanie kim jest obecnie kobieta, jakie jest jej miejsce, kim była, kim być miała, jakimi obłożono ją oczekiwaniami i jak weryfikuje je czas. Paradoks polega na coraz większej eskalacji emancypacyjnych aktów w przypadku kobiet, i nie mam na myśli prostego wyzwolenia się z zasady 3 K (Kinder, Küche, Kirche) i możliwościach swobodnego decydowania o tym co zaważy na wartości ich losu, przy jednoczesnym zacieśnianiu się pętli systemowych ograniczeń odnośnie praw kobiet do samostanowienia o swoim ciele. Kwestie kulturowych kodów płciowych, rewizje rzekomych kompetencji przynależnych płci to już fakty, a mimo to przy takim poszerzeniu pół redefinicji skostniałych teorii płci, podejścia do ciał odbywa się brutalne likwidowanie możności decyzji o tym, jak to ciało ma wyglądać i czemu służyć. Ciało pozostaje wciąż znakiem reprodukcyjnego celu, aktu podlegającego ścisłej kontroli systemu i państwa. Jednak – ujmując w skrócie – wszystko się zmienia a mimo pozostaje tak samo.

    W protest przeciwko temu systemowi zawłaszczania ciał osob kodowanych kulturowo i biologicznie jako kobiety wchodzi dużo aktów twórczych. Wystarczy choćby przypomnieć „Cząstki kobiety” Kornela Mundruczo z TR, w których każda bohaterka przemyca jakieś smutne fragmenty swojej biografii, na ogół palące i wstydliwe. Strata dziecka, prawo do przeżywania śmierci na swój sposób, metody wychowawcze, relacje matka-córka -siostra, te wszystkie mocno realistyczne obrazy trudnych rodzinnych i systemowych uwikłań nasuwające jedno pytanie – dlaczego bycie kobietą jest tak przygnębiająco duszne i ciężkie.

    Tak więc wiem, jestem świadoma, widziałam, doznałam, czego jeszcze mogę się dowiedzieć o życiu kobiety?

    Ale jak często bywa w takich sytuacjach i brawurowo postawionych sprawach – znowu się mylę. I nie chodzi tu o tę całą nadbudowę, ale o to, co na ogół chowa się w szafie i o szeroko pojętą rewizję samoświadomości. A piszę o tym, bo to własnie umożliwił mi spekatkl Połońskiego i Prześlugi.

    Ogromna w tym zasługa tekstu, rozpisanej na 4 aktorki quasi ballady z rymami częstochowskimi i piosenkami obrazującymi kolejne etapy życia jednej bohaterki – od jej wczesnego dzieciństwa, dorastania w małomiasteczkowej, przeciętnej rodzinie, dojrzewania poprzez czasy nauki, kariery w dużym mieście, małżeństwa, macierzyństwa, rozwodu aż do wyjścia na ulice w ramach protestu przeciwko aborcyjnym restrykcjom rządowym.

    Zdawałoby się, że cliché , banał, #aletojużbyło, jednak tekst poznańskiej dramaturżki poprzez stylizowaną naiwnośc językową, rym, powtarzalność zyskał siłę rażenia, która mnie zaskoczyła. Już pomijam fakt, że długo potem myśli układają się człowiekowi wierszem:)

    Siedzę na widowni w pierwszym rzędzie i ulegam melo-deklamacyjnemu transowi scen z życia przeplatających się między 4 aktorki. Kamilla Baar i 3 młode absolwentki aktorstwa: Pola Dębkowska, Klaudia Janas, Jowita Kropiewnicka.  Żadna z nich nie przypisana na stałe do jakiejś figury głównej bohaterki, matki, ojca, kolegi ze szkoły czy męża. Dialogi, monologi przepływają przez nie niepostrzeżenie, w ich postaciach widać całe panopticum rodzinnych dramatów, emocji ciasnych pokoi z boazerią, kuchni z ceratami na stole, szyderstw ojca i kolegów ze szkoły, utyskiwań matki, toksycznych uwag męża w nowoczesnym apartamentowcu na kredyt. W tej pozornie naiwno-kabaretowej formie upostaciawia się dramat dzieciństwa i dorastania dziewczynek w Polsce lat 80 tych, ich losu jako dorosłych kobiet, dopełniania się schematów, w których każda przeciętna kobieta funkcjonuje i których odium nosi praktycznie całe życie. Dramat, w którym chodzi tylko o to, aby ona była grzeczna, żeby była cicho, żeby nie sprawiała problemu, żeby nie płakała, nie awanturowała się, nie za dużo chciała.

    To jest też dramat o ciele. Właściwie  ono jest też głównym bohaterem. Od początku podlegające rozmaitym ocenom, opresjom, cudzym pomysłom jak powinno wyglądać i jak się sprawować i do kogo należeć.

    Wszystko to już widziałam, słyszałam, wiem, że życie nie głaszcze i w zasadzie dla kobiet bywa średnio przyjazne, na pewno było, bo tak to zapamiętałam z własnego dzieciństwa, chociaż nie pochylałam się nigdy nad tym zanadto, bo wydawało mi się, że TAKIE WŁAŚNIE JEST ŻYCIE. Mocno średnio fajne. Ze świadomością, że średnio to skala sporo na wyrost. A jednak  mimo to, że wszystko juz wiem, kiedy spektakl dobiega końca, dokonuję niemiłego spostrzeżenia, że zaskakuje mnie moje własne wzruszenie, afekt i niepożądane w publicznych okolicznościach łzy. Konsternuje mnie to, bo poważni ludzie, którzy na wszystko mają definicję nie ulegają wzruszeniom. Umysł podsuwa więc szybko podejrzenia. Czy może to po prostu sceniczna terapia, drama mająca przywołać rodzaj oczyszczenia. Pytania, jak reagowałaby moja córka, moje przyjaciółki, czy tak samo, czy inaczej. Czy poruszenie było efektem odnalezienia podobieństw do moich własnych historii czy też tego, że spektakl był taki dobry? 

    Trudno mi to jest rozdzielić. Efekt został wywołany tymi konkretnymi historiami, w taki sposób opowiedzianymi, tymi głosami, ciałami i ekspresjami tych konkretnych aktorek, z których każda była absolutnie inna, wyrazista, spektakularna. I według mnie nie był to łatwy materiał do zagrania. W mojej ocenie 2 godziny nieustannej, rytmicznej, naprzemiennej deklamacji, nieuchwytnego przeistaczania się z postaci w postać, bez przerw – zgubienie jednego słowa sprułoby pracowicie nanizany łańcuch sensu. To ogromna presja. Młode aktorki pozostawiły mnie pod wrażeniem pasji, talentów, braku nieznośnych manier, wiarygodności, zerowej emfazy, która na ogół w teatrach mnie drażni. Tak więc pomimo moich osobistych powodów do poruszeń, całość tego przedsięwzięcia miała szansę wywołać takie efekty poprzez sposób, w jaki została skomponowana i zagrana. Niby dziecinna piosenka, rzewna ballada a jednak mocny głos wkurwu i sprzeciwu wobec tego jak kultura, system traktują ciała zakodowane jako kobiece, sprzeciwu wobec presji, oceniania, uciszania, przycinania, formowania.

    Dalsza część tego poniedziałku okazała się mieć kolejne niespodziewane następstwa, kiedy to niezwyczajnie, bo w poniedziałek poszłam do Pawilonów na Nowym Świecie uczcić udany wieczór, a tam, w czasie kiedy prowadziłam rozmowę do baru weszły 4 osoby kodowane jako męskie i które z tego powodu tylko uznały, że ich rozmowa jest lepsza niż moja, a na pewno powinna być bardziej słyszalna. I jak ja wtedy zareagowałam – to jest już początek zupełnie nowej, przynajmniej dla mnie, historii.

  • Co jest anomalią a co normą – czyli o „Anomalii” Herve Le Telliera

    Kiedy czytałam „Anomalię” Herve Le Telliera, czułam ekscytację niczym mieszczanin z molierowskiej komedii, który jarał się, że mówi prozą. Od dawna bowiem prozy właśnie nie czytam. Same reportaże, publicystyki. Odnajdywanie się w gąszczu fikcyjnych imion i fikcyjnych spraw mega mnie nuży, a nawet irytuje. Nie są w stanie mnie obejść poruszane w tych powieściach tematy. Serio – podziwiam czytelników zdolnych przejść jakąkolwiek powieść Johnatana Franzena albo Elizabeth Strout, pełnych ludzi i ich działań, które tak meandrują i tak nie wciągają, że aż nawet przykrawo mi się robi z tego powodu, no bo może to ja czegoś nie rozumiem?

    W każdym razie. Przeczytałam „Anomalię” szybko, bez znużenia i bez ciar żenady. Musiałam oczywiście przebrnąć przez te powieściowe ozdobniki w stylu „myśli kłębiły się w jego głowie”, ale może to też kwestia tłumaczenia, a Le Tellier pisze zupełnie inaczej.

    Powieść zaczyna się jak dobra obyczajówka. Poznajemy kilka postaci, różne środowiska, różne kraje, różny wiek, zajęcia, zawody. Są tam 62 letni architekt mający romans z młodszą o 30 lat montażystką filmową, która go rzuca, amerykański żołnierz z rodziną, niespełniony pisarz francuski, czarnoskóra ambitna prawniczka, pilot samolotu, nigeryjski gwiazdor raper, zabójca likwidujący ludzi na zlecenia za pieniądze. Wszyscy oni sobie żyją w swoich światach. Opowiadania o nich są zwięzłe z bardzo trafnymi obyczajowymi obserwacjami. Bez zawiłości, ale te uwagi o ich życiu są błyskotliwe i celne. Wielu z nas się z nimi utożsami.

    taka dygresja – akurat czytałam o losie jednego z bohaterów i bohaterki, kiedy miałam symultanicznie rozmowę w realu  z przyjaciółką i była ona dokładnie 1:1 na temat omawiany w tym fragmencie. Czy to są przypadki? Zresztą jak się potem okazuje, cała powieść to jest rzecz o nieroztrzygalnej kwestii – co rządzi naszym życiem? Program? Los? Fatum? Koincydencja? Symulacja? Faktycznie własne wybory? Jest właśnie o tym o byciu pionkami na planszach zawiłych matematycznych konstelacji odnoszących się do tzw żyć.

    Nomen omen powieść przypomina matematyczną układankę. Tych ludzi różnych ze Stanów i z Francji łączy jedna rzecz – wszyscy lecieli tym samym rejsem na pokładzie samolotu AirLines z Paryża do Nowego Jorku w czerwcu 2021. Zaczyna się od przedstawienia bohaterów w działaniach. Potem następuje kulminacja – turbulencje, w jakie wpada samolot zmuszają do awaryjnego lądowania i po wybuchu, jak u Hitchcocka zaczyna się dopiero trzęsienie.

    Korci mnie strasznie, żeby to opisać, ale nie będę zdradzać, żeby nie psuć zabawy tym, którzy nie czytali.

    Kiedy wyczytałam w jakiejś recenzji przelotnie, że to powieść warstwowa, szkatułkowa, bałam się, że się w tym zagmatwam, że nic nie zrozumiem z plątaniny losów, ale muszę przyznać, że nic takiego nie nastąpiło. Le Tellier – który zresztą jest lingwistą i matematykiem, rozgrywa fabułę z chirurgiczną wręcz precyzją. Od razu zapamiętałam kto jest kim i jakie tam występują zależności między bohaterami. A serio – niełatwo mnie tak zahaczyć, bo szybko się nudzę, jak wspomniałam na wstępie.

    Ta powieść to nie tylko ciekawa intryga i społeczno obyczajowe trafne obserwacje. To jest coś na kształt prozatorskiego traktatu filozoficznego o kondycji człowieka we współczesnym świecie. Jest też o spotkaniu z samym sobą. Serio. Wyobrażaliście sobie kiedyś jak by to było spotkać samego siebie? Bo ja nie. A nagle zaczęłam i nie wiedziałam w sumie czy byłoby to miłe spotkanie:) Czy ja bym siebie nie drażniła. Jest bardzo prawdopodobne, że tak. Jest to bardzo oczyszczające ćwiczenie. Nie obligatoryjne, ale samo przyszło do mnie podczas lektury.

    W trakcie czytania przypomniało mi się, apropos dziwnych lotów, wydarzenie, z roku 2014, kiedy rozpisywano się o zniknięciu samolotu malezyjskich linii lotniczych lecącego z Kuala Lumpur do Pekinu. Samolot z ponad 200 ludźmi na pokładzie w okolicy morza Północno-chińskiego zniknął z radarów. Potem był jeszcze 7 godzin w powietrzu aż w końcu runął do Oceanu Indyjskiego. Prawdopodobnie, bo nie odnaleziono ani czarnych skrzynek, ani części wraku ani zwłok ofiar. Mniej więcej po latach udało się zidentyfikować 4 osoby po czym okazało się, że są to fikcyjne nazwiska na fikcyjne paszporty. I nadal nic nie wiadomo. Nie interesuję się za bardzo katastrofami, ale pamiętam, że to info zrobiło na mnie wrażenie i podczas lektury „Anomalii” sobie o tym przypomniałam. W każdym razie – coś jest na rzeczy.I nie chodzi tu o teorie spiskowe, tylko taką świadomość, że you never know.

    Tak że nie zdradzając fabuły – serdecznie do tej lektury zachęcam, aby zrobić sobie ćwiczenie wglądu:)

  • Co ty wiesz o kapitalizmie, a co wie Kacper Pobłocki?

    Nigdy bym nie przypuszczała, że ponad 600 stronicową książkę o ekonomii, społeczeństwie, systemie i historii można czytać jak najlepszą powieść. Co prawda od dawna powieści mnie nużą i nie mam do nich cierpliwości, ale wiecie co mam na myśli. Chodzi o sposób pisania na tematy zarezerwowane dla ław uczonych i ekspertów w taki sposób, że przyswojenie sobie punktu widzenia autora nie przysparza trudności, ani męki – a wręcz przeciwnie, wprawia w nastrój euforii z rzędu „aha! a więc to tak! nie myślałam o tym w ten sposób!”.

    Już „Chamstwo” mocno mnie pobudziło do rozmyślań tyczących klas społecznych i własnego dziedzictwa, ale „Kapitalizm” wybił mnie na kolejną orbitę świadomości. Świadomość pozyskana po lekturze tyleż mnie zatrwożyła co – też zmieniając perspektywę – dała jakąś nadzieję. Jakkolwiek głupio to nie brzmi. I nie, nie chodzi o proste przekonanie, czy wszystko stracone czy nie. Tylko o wątpliwości. Wątpliwość to zawsze ta nadzieja, że ktoś, kogo słyszymy w dyskursie o naszej rzeczywistości może się mylić, jego myślenie nie musi być obowiązujące i w związku z tym, można szukać innych wytłumaczeń i innych sposobów myślenia.

    No więc dlaczego warto przeczytać „Kapitalizm – historię krótkiego trwania”?

    Powodów jest kilka, a nawet kilkanaście. Głównym jest ten, że lektura tej solidnie napisanej, bazującej na mnóstwie źródeł książki wybija czytelnika z jego nawyków myślowych na temat rzeczywistości, w której żyjemy i czasów, których jesteśmy spadkobiercami.

    Z ważniejszych – dla mnie – wątków podbiłabym:

    dekonstrukcję okcydentalnych mitów, czyli zerwanie z przeświadczeniem o wyjątkowości Zachodu i jego centralnej pozycji w kulturze i ekonomii.


    To dla mnie szczególny wątek, bo sama niemal całe swoje życie hołduję przekonaniu, że my stara Europa to coś „lepszego”,  że centrum sterowania to Berlin, Paryż, Londyn. Zaczęło do mnie docierać już jakiś czas temu, że postrzeganie Europy jako pępka świata jest trochę dziecinne, jest wynikiem braku szerszego spojrzenia na dynamikę przepływu i idei i pieniądza i politycznych fluktuacji. Ale zaczynam dostrzegać zmierzch kultury Zachodu, naszej centrowości i amerykańskiej hegemonii. To już gnije, to już skompromitowało się nie raz, to przyczyniło się do dewastacji środowiska i złowróżbnych polaryzacji społecznych. Pobłocki opierając się na swoich badaniach i żródłach wykazuje zmierzch tego sposobu myślenia oraz niebezpieczeństwa mogące wynikać z kurczowego trzymania się go.

    wyjście z mitu o naszej, polskiej chociażby, ale nie tylko naszej, peryferyjności wobec Zachodu


    Pobłocki twierdzi, że warto wyjść poza dynamikę oscylowania między dumą a wstydem peryferii, że jesteśmy wyjątkowi, czy też zawstydzająco wtórni. Wskazuje on na zależność pomiędzy tym, jaka była współzależność różnych obszarów, a KTO to opisywał. Uważa, że błąd kryje się w założeniu, że gospodarczy wyścig narodów stanowi lokomotywę globalnej historii (pamiętacie to „będziemy drugą Japonią” czy dogonimy Niemców:) ) Pobłocki ciekawie opisuje te zależności, wskazuje, że to, że na zachód od Łaby istniała inna kultura niż agrarna decydowała globalna koniunktura często rządzona prawem przypadku. Udowadnia powołując się na różne historyczne źródła, że radykalny, czarno biały podział na zaawansowany Zachód i zacofany Wschód jest obrazem przerysowanym.

    wskazanie na pochodzenie kapitalizmu jako systemu


    Pobłocki wykazuje, że system ten jest stary jak ludzkość. Nie powstał on w dorzeczach holenderskich rzek, tylko w szeroko rozumianym Oriencie. Wykazuje skąd np nasi Piastowie mieli hajs na pobudowanie swoich grodów i ostatecznie stworzenie czegoś co nosiło znamiona państwowości. Znalezione w wykopaliskach arabskie monety są dowodem na handel pierwszych piastów z Arabskimi kupcami i na  przedmiotem tych transakcji. A był nim nie bursztyn jak chcą zacni kronikarze w stylu Wincentego Kadłubka wciskający też kit o tym, że awansowaliśmy, bo Mieszko przyjął chrześcijaństwo:) Otóż państwowość udało się Piastom zbudować dzięki handlowi niewolnikami. Pobłocki nazywa to „dirhermowym prosperity”i  wykazuje, że cały system kapitalistyczny opiera się na niewolnictwie i kulturze długu. Wykazuje, że obecnie utrzymuje się ten sam system niewolniczy leżący u podstaw kapitalizmu, z tą różnicą, że obecny pracownik najemny tym różni się od niewolnika tym, że jako właściciel swojego ciała (choć ciężarne kobiety w Polsce tego nie zaświadczą, że są właścicielkami swoich ciał) sam negocjuje warunki, w których ograniczana jest jego wolność.

    wykazanie, że podstawą kapitalizmu jest niewolnictwo, które z kolei bierze się się z długu

    Pobłocki wiąże to też z chrześcijaństwem, które dołożyło się do tego procederu związanego z długiem, czyli z byciem permanentnie winnym. Wszak chrześcijanie wierząc w grzech pierworodny wypuszczają w świat przekonanie, że z gruntu jesteśmy po prostu „winni”. To bardzo żyzne pole do manipulacji, żeby każdego nowo narodzonego członka społeczności udupić i wmówić mu, że zawsze jest coś komuś winien. Uwidacznia się to też w języku. Być winnym to popełnić grzech, ale też mieć u kogoś dług pieniężny czy jakikolwiek inny. Geld – Geild -staroang. ofiara, guilt – winny. Wszystko tu się w języku ładnie zazębia wskazując, co leży u samych podwalin systemu i jak systemy kościelne też ładnie ten wyzysk wspierają, jak mocno są tym zainteresowane.

    wykazanie, z czego bierze się niestabilność kapitalizmu

    otóż z procesu utowarowienia czy monetyzowania wszystkiego – twierdzi autor. Społeczeństwo staje się niejako dodatkiem do systemu gospodarczego. Gospodarka wolnorynkowa może istnieć w społeczeństwie wolnorynkowym, ale gdy społeczeństwo jest całkowicie urynkowione – przestaje ono istnieć. Ogólnie rzecz biorąc prywatyzacja każdego sektora to podcinanie gałęzi, na której siedzimy. Pobłocki wykazał też, jak na przestrzeni pierwszej dekady tzw. transformacji po wejściu Polski do UE można było zaobserwować wymieranie rodzinnych biznesów, bo weszły monopole, które dobiły prywatne inicjatywy kupieckie. Smutny koniec etosu kupieckiego pokazuje choćby złodziejski casus Żabki.

    analizę zjawiska kryzysu


    Pobłocki bierze pod lupę i rok 2008 i obecny czas i wyciąga wniosek taki, że kryzys pokazuje, iż nierówny rozwój opiera się na prywatyzacji zysków i uspołecznieniu strat. Prościej – że w systemie zyskuje garstka a odpowiedzialność za wszelkie tąpnięcia w przepływie pieniądza przejmuje całe społeczeństwo biedniejąc oczywiście przy okazji i tracąc dostęp do podstawowych usług, jakie społeczeństwu zapewnia państwo.
    Ale Pobłocki nie bije w dzwony trwogi. Pisze, że kryzys to moment prawdy kierujący zbiorową uwagę na nowe tory. No chciałoby się powiedzieć – oby!

    wskazanie na współczesne źródła presji społecznych, które podbijają systemowe nierówności

    Źródłem tych presji jest – jak to nazywa Pobłocki – klasa transnarodowa, te Biebery, Beckhamy, Przetakiewicze itp. ludzie, którzy wszędzie czują się u siebie, są panami wszystkiego. Ich kosmopolityzm, beztroski styl życia jaki lansują w social mediach, gwiazdorski status określają pragnienia reszty społeczeństwa, złudzenie, że każdy może taki być, może wszystko, być wszystkim i wszędzie. Niestety to jeden z bardziej szkodliwych społecznych mitów upasionych na social mediach dających złudzenie dostępności dla każdego. Szkodliwy, bo generujący frustrację, kiedy sobie człowiek uświadomi, że niestety – nic z tego.

    Ciekawe, nawet dla ekonomicznego laika są wątki związane z redefinicją pieniądza, z narzędziami kapitalistycznych generatorów kryzysów czyli derywatami finansowymi, lewarowaniem finansowym. Nie przypuszczałam, że będę o tym czytać z zainteresowaniem i jest to zasługa tego, że Pobłocki świetnie potrafi o tym pisać i wkręcać te terminy w narrację ważną dla każdego i tak samo dla każdego zrozumiałą.

    Na koniec konstatuje – nie wiem czy optymistycznie czy nie – że kapitalizm nie przeminie, tak jak nigdy zresztą nie zniknął. Jedyne co przeminie wg autora to świat euroamerykański, do którego przywykliśmy i którego tak kurczowo się uczepiliśmy.

  • Rodzina jako źródło opresji – „L’etang” Giselle Vienne w Nowym Teatrze

    Miesiąc temu świetny „Habitat” Doris Uhlich w Nowym Teatrze w ramach Festiwalu Nowa Europa. Inne spojrzenie, a teraz „L’etang” („Staw”) francusko – austriackiej reżyserki Giselle Vienne pokazywany pierwotnie w Theatre Nationale de Bretagne. Spektakl zrealizowany na podstawie młodzieńczej powieści niezwykłego szwajcarskiego pisarza Roberta Walsera, o którym świat przypomniał sobie – i bardzo słusznie – długo po jego śmierci. Pisarz zresztą sprawy nie ułatwiał. Miał na przykład zwyczaj pisania tylko ołówkiem na skrawkach przypadkowo znalezionych papierów, coraz drobniejszymi literami. Deszyfrowanie tych zapisków to z pewnością integralny element walserowskiego przekazu. „Staw” natomiast jest młodzieńczą powieścią Walsera, którą napisał dla swojej siostry Fanny. Opublikowała ona ją dopiero tuż przed swoją śmiercią w 1972 r. Zawiera wątki autobiograficzne. Jest to historia dorastającego chłopca, pozornie zwyczajnego, jedzącego żelki, kłócącego się z siostrą, mającego poczucie humoru, który jednak jest nieszczęśliwy z powodu odrzucenia przez matkę, przemocowego ojca, zazdrość o rodzeństwo. Z tego to powodu pozoruje samobójstwo, utopienie się w stawie, aby ściągnąć na siebie uwagę skupionych na sobie członków rodziny. W centrum uwagi pozostaje napięcie rodzinne, pełne przemocy, odrzucenia, niechęci, przemilczenia oraz życie w tzw porządku i „według zasad”. Postaci zdają się grzęznąc w klaustrofobicznej dusznej atmosferze „reguł”. Klimat ten oddaje minimalistyczna scenografia, białe wysokie ściany przypominające pokój w szpitalu psychiatrycznym albo izolatkę. Biel pomieszczenia kłuje w oczy, czasem zaskakuje nieprzyjemnie neonowymi barwami świateł korelującymi z emocjami postaci na scenie. Walser lubił naruszać porządek linearności narracji. Czasem, czytając „Zbója” trudno uchwycić od razu kto mówi czyim głosem. Tu dialogi kilku postaci też nachodzą na siebie i są rozpisane na 2 osoby. Adèle Haenel mówi głosami dzieci: Fritza, jego siostry Clary, braci, kolegi, w niepokojącej zaś zmysłowości głosy rodziców niesie Ruth Vega Fernandez. Niezwykła precyzja i kunszt Adèle  Haenel pozwalają widzowi szybko złapać te nitki dialogowych współzależności. Każdy najdrobniejszy gest, dźwięk, jaki wydaje – jest tak starannie dopracowany i wyartykułowany, że nie ma się wątpliwości, gdzie przyłożyć ucho. Czemu służą te pozorne komplikacje, zawiłości scenicznych poziomów i narracyjne zmiany planów? Kwestia tego, że rodziny są źródłem różnorakich opresji, nierzadko przemocy i odrzucenia – to stara jak świat prawda. Wszystkie Antygony, Edypowie to są faktory naszego ludzkiego DNA. Powiedzieć cokolwiek odkrywczego na ten temat jest w sumie niezwykle trudno. Pozostają więc poszukiwania formy, która uderzy w nas tak, aby chciało nam się podjąć trud rewizji naszych osobistych odczuć. Strategie inscenizacyjne proponowane przez Giselle Vienne badają modele rodzinnych układów i norm poprzez wybicie postrzegania „realności” na inne poziomy. Miesza się to, co sztuczne i umowne z tym, co „realne”, to, co się myśli, z tym co się mówi i robi. Spektakl jest mroczny, klimatyczny. Vienne pogłębia tę estetykę o grę z pogranicza brzuchomóstwa, nagłaśnia szepty i krzyki, mikroszumy ciał. Wszystko jest tu precyzyjne, znaczące, nieprzypadkowe, dziwaczne i intrygujące. Atmosfera przyprawia o mdłości, czujemy się jak na bagnie i mamy w pamięci zapachowy performance Agnieszki Brzeżańskiegj „Chaszcze” tuż przed spektaklem i ten charakterystyczny zapach starych piwnic, piołunu, butwiejących zbiorników wodnych. Postaci poruszają się wolno, jak owady, które wpadły do jakiejś smolistej substancji, jakby były zaklęte w grząskość bagien ludzkich, rodzinnych relacji. Czasem przybierają spotworniałe pozy, wydobywają z siebie odgłosy jak w Egzorcyście. Jakbyśmy wszyscy musieli wypędzać z siebie demona rodzinnych relacji, które nieustannie zakażąją nasze umysły toksyną. Fritz, który upozorował samobójstwo, mówi do siostry; „Rodziny się nie wybiera, ale można wybrać sposób, w jaki się jej pozbyć.”<To prawda.