„Mój rok relaksu i odpoczynku” – czy to może wyjść na dobre?

„Mój rok relaksu i odpoczynku” Otessy Moshfegh mogłabym w zasadzie zapomnieć tak szybko, jak przeczytałam, choć odtrąbiono, że to objawienie, a Otessa otoczona jest w Stanach czytelniczym kultem.
Nie ufam oczywiście gazetowym zawezwaniom na temat kolejnego anglosaskiego młodego geniuszu, głosu pokolenia i tym podobnym na wyrost bzdurom, mam do tego stosunek mocno sceptyczny. Jednak do zakupu nakłoniła mnie tematyka powieści. Z grubsza rzecz biorąc o tym, jak młoda, dobrze uposażona Amerykanka mieszkająca w NY  postanawia na rok wyautować się z życia. Temat oczywiście dziś mocno na czasie. Co prawda my sytuację mamy wymuszoną, a ona  – bohaterka, skrzętnie swoją zaplanowała, ale nie zmienia to faktu, że skill w postaci wyciągania benefitu z odosobnienia jest opcją nie mniej pożądaną niż wiedza, jak zapanować nad światem nie wychodząc z domu. I dlatego postanowiłam jednak poświęcić temu więcej czasu w formie, że tak powiem, zachęty do lektury.

eskapizm jako forma przetrwania

Nie mogę jednak sobie odmówić na początek rozwinięcia wątku mojego umiłowania do tematu eskapizmu z zastanego świata tak ogólnie. Książkę Otessy też kupiłam tuż przed tym, zanim się dowiedziałam, że jakieś 2 miesiące większość społeczeństwa stanie się domownikami przymuszonymi do izolacji. A samo pożądanie ucieczki w poszukiwaniu czegoś prawdziwszego niż to, co oferuje rzeczywistość, było zawsze podmiotem mojej fascynacji, podziwu i zazdrości dla tych, którzy się na to odważyli. Chęć oderwania się od piekła, jakie gotuje rzeczywistość nie jest wcale wymysłem kapitalizmu i neoliberalizmu robiącego z nas roboty do konsumpcji gówna i robienia z siebie kogoś, kim może wcale nie chcielibyśmy być. Temat stary jest jak świat, gdzieś wyczytałam, że znaki tej ludzkiej aktywności i to w formie pisanej sięgają starożytnych Chin. Zawsze będzie tak, że będzie jakaś rzeczywistość, a w niej grupa, która ochoczo weźmie na siebie jej wyzwania, grupa, która podda jej się biernie, grupa, która będzie ją na wszelki możliwy sposób zwalczać i grupa, która nie będzie chciała po prostu w niej być. Racje tej ostatniej są chyba bardziej kwestią usposobienia, predyspozycji do takich a nie innych możliwości radzenia sobie z tym co jest a nie samych czasów jako takich, bo czasy zawsze są jakie są, ale przeważnie nie takie, jak większość by chciała, więc moim zdaniem jakość zastanej rzeczywistości i jej nieadekwatność do naszych potrzeb jest zjawiskiem stałym.
Żeby nie być gołosłownym wystarczy przywołać postaci takie jak Alex Supertramp – z filmu „Into the wild”, czy „Człowiek, który śpi” Pereca lub „Samotnika” Ionesco. Nie pisałam o tym przypadkiem. Należę do tej ostatniej grupy, która ma predyspozycje eskapiczne, margines głównego nurtu zawsze był dla mnie bardziej atrakcyjny niż mainstage. Ale nie mogę anulować moich występów jeszcze, ponieważ świat zadbał, żeby móc żonglować moimi groszami i moim czasem – zesłał na mnie kredyt. Każdy z bohaterów tych przywołanych dzieł uciekając ze świata nie został jeszcze uchwycony w tę pułapkę zależności finansowych, zatem generuje chęć osiągnięcia jakiegoś rodzaju prawdziwego kontaktu z samym sobą.

Tak jest i w przypadku bohaterki powieści Otessy Moshfegh.

przypadek bohaterki, która chciała to przespać

A jest ona ładna jak Amber Valetta i posażna, zyskując niemały spadek po nieżyjących rodzicach stała się niezależna finansowo. I teraz, kiedy ma w zasadzie wszystko, czego pożąda współczesny świat, czyli młodość, zdrowie, urodę i pieniądze, to postanawia się z niego wypisać zamiast z niego korzystać lub podbijać. Brzmi niewiarygodnie, a jednak tak właśnie się dzieje. Jeśliby odebrać tę fabułę powierzchownie, można by rzec, że super, super, też bym mogła przespać rok na kanapie w nowojorskim apartamencie z portierem, gdybym miała na to kasę i niezliczoną ilośc lat jeszcze przed sobą. Ale uposażenie bohaterki właśnie w tak fartowny sposób jest celowym zabiegiem. Ucieczka ze świata, który przytłacza poczuciem niemożności czy to finansowej czy społecznej, mogłaby nie być odebrana tak wiarygodnie, jak usunięcie się z niego będąc w tak uprzywilejowanej pozycji jak bohaterka. Przyjaciółka bohaterki i narratorki Reva, która jako jedyna ją odwiedza, nieustająco przypomina jej, że marnuje sobie życie. Reva uosabia te wątki konsumpcyjnego terroru, z których bohaterka chce się wywikłać. Chce zapaść w roczny sen, przerywany tylko czynnościami koniecznymi dla podtrzymania życia, żeby przestać brać udział w niekończącym się maratonie konieczności spełniania cudzych oczekiwań i wystawiania się na wieczne oceny innych, którzy wiedzą lepiej, jak żyć.

co pomaga się wypisać

Jej pomysł na to, to nie ucieczka w głuszę na łono natury, ale zamknięcie się w 4 ścianach mieszkania, zapewnienie przepływu pieniędzy na opłaty bez jej udziału, zapewnienie stałego dopływu środków nasennych i praktycznie całodobowy sen z przerwą na jedzenie i fizjologię. Nie jest jednak łatwo tylko spać. Świat jakoś tam puka i dopomina się o swoją ofiarę, ale bohaterka w realizacji swojego celu jest nieugięta. Pomaga jej w tym na pewno swego rodzaju emocjonalna obojętność na innych. będąc ofiarą zimnego chowu w domu, w którym była dla rodziców niezauważalna i w gruncie rzeczy zbędna, podobnie traktuje swoich akolitów w świecie – obojętnie i na zimno, gdzieś tam jednak w duszy pragnąc jakiegoś czułego zespolenia w relacji partnerskiej, co kończyło się co najwyżej quasi pornograficznym seksem i orgią narcystycznych póz wypachnionego partnera wilka z Wall Street. Paradoks sytuacji polegał oczywiście na tym, że twór zimnego chowu, zimna emocjonalnie osoba zawiesza nadzieje na spełnienie swoich uczuciowych potrzeb na równie zimnym partnerze. Te predyspozycje i wszystkie bagaże podbarwione traumą wieloletnich mikroodrzuceń wyniesionych z domu rodzinnego kierują bohaterkę na drogę ucieczki w postaci snu. Upatruje w nim szansę na  swoje odrodzenie i mówi o tym tak:

„Sen wydawał mi się produktywny. Coś się układało. Wiedziałam, że jeśli prześpię wystarczająco dużo czasu, to będzie ze mną dobrze, wszystkie moje komórki ulegną wymianie. Moja przeszłość snem będzie jeno, a ja zacznę od nowa, bez żalu, wzmocniona błogością i spokojem nagromadzonymi w ciągu mojego roku relaksu i odpoczynku.”

Sprawa z odrodzeniem kończy się sukcesem. Wszystkie poczynania bohaterki mające na celu minimalizowanie swoich potrzeb stają się misją spełnioną. W procesie wyjścia na powierzchnię pomaga jej fakt, który teoretycznie powinien zepchnąć ją z powrotem na skraj egzystencjalnej rozpaczy. Powieść kończy się bowiem 11 września 2001 roku, atakiem na wieżę World Trade Center. Ale koniec tamtego świata to też symboliczny początek nowego świata bohaterki. Koniec może być początkiem, choć nie do końca możemy wiedzieć czego dokładnie.

Autorka na zakończenie wywiadu przeprowadzonego z nią w Los Angeles dla kwartalnika „Książki” powiedziała tak: „Życie musi toczyć się dalej. Musisz brać prysznic i karmić ciało. Nie można żyć w ciągłym kryzysie.” I zadbawszy o proces duchowych przemian w tym hardkorowym czasie – trzymajmy się tego stwierdzenia.