Fotografowie, czyli chciałam opowiedzieć o sobie, ale nie wyszło

Jeśli bym miała przyznawać się do rzeczy, których trochę się wstydzę a trochę nie, to prócz standardowego dłubania w nosie kiedy nikt nie widzi, byłoby to oglądanie programu Top Model i obsesyjne przeglądanie się w witrynach na ulicy. I te sprawy wcale nie są takie bagatelne, jak by zrazu mogło się wydawać.

Nie ma nic w sumie złego, że idzie się ulicą i odruchowo bada, czy nasze odbicie w szybie przystaje do naszego wyobrażenia o nas samych. No przeważnie właśnie nie przystaje. Ilośc razów, kiedy mogę sobie powiedzieć, że fajnie, zajebiście właśnie wyglądam, jest tak imponująca jak ilość zrobionych przez mnie pożytecznych rzeczy, czyli znikoma.

Najczęściej jest to odczucie wielkiego zawodu, że jednak coś odstaje, coś za krótko, coś za długo, coś nieproporcjonalnie, włos znowu się nie ułożył, całość jakaś taka niezazbytnio.

Będąc poza zasięgiem luster – nie ma się wcale lepiej. Bo wtedy są spojrzenia innych, którzy na pewno widzą naszą krostę, co dziś wyskoczyła, wory pod oczami i krzywo wydepilowane brwi.

Program Top Model jest programem, który niewiele ma wspólnego z jakąś tam prawdą czy rzeczywistością, są lepiej albo gorzej napisane scenariusze, dobrani bohaterowie a publiczność się bawi. Ale fajnie tam jest pokazane, jak na przykładzie lasek czy facetów, którzy zapewne też nie we wszystkie dni myślą o sobie jako o skończonych pięknościach, udaje się pokazać coś, co oni w sobie mają, ale nigdy nie przypuszczali, że w nich to właśnie jest.

Jak łatwo można się było zorientować, po tym wstępie, tematem rozważań będzie – czy nie wyglądam dziś przesadnie grubo oraz fotografia jako odbicie czego, to tego jeszcze nie wiem.

Dziś fotografia to takie zajęcie, którym parają się wszyscy. Bo przefiltrowanie jakiegoś widoku VSCO czy posiadanie lustrzanki jako prezentu pod choinkę czyni przecież z każdego specem od fotografii. Obserwuję od paru lat losy znajomych mi ludzi, którzy kiedyś robili coś innego, a dziś fotografują. Przy okazji przekonywania się obiektywem jednego z nich, że nie jestem gruba, zdołałam przekonać się, że wychodzi mu to, mało powiedzieć, że dobrze.

Dobre zdjęcie dla mnie nie musi być technicznie doskonałe, ale musi mnie wzruszyć. Musi opowiedzieć mi historię. Jak powieść Moja walka. Albo inna jakaś wybitność.

Zrobić dobre zdjęcie uważam jest tak trudno jak napisać pierwsze dobre zdanie.

Zacznę od tego, co interesujące dla mnie jest najbardziej, to jest od siebie samej i od akcji, że ktoś opowiedział historię o mnie.

Historia 1
czyli Kasia.

Parę lat temu przyszła sobie do nie wiem czy jeszcze redakcji, ale czegoś co miało nią być i stało się nią –  taka dziewczynka, na casting przyszła, ubrała sobie biały sweterek, miała wielkie oczy, piękne zęby i uśmiech i kolczyk w języku. Co trochę było dziwne i tworzyło powiedzmy dysonans między niewinnym, dziecięcym wyglądem a tym kolczykiem. Operator zrobił zdjęcia, nakręcił co tam miała mówić, bo kandydowała na twarz brandu i mimo braku cech Giselle Bundchen (chwała Bogu;]) tą twarzą została i potem potoczyła się cała historia, którą miałam okazję obserwować.

Z czasem Kasia stawała się osobą coraz więcej znaczącą tak zawodowo jak i  emocjonalnie dla nas, z zespołu kolegów i któregoś dnia, chociaż wcale nie ot tak, stwierdziła, że nie będzie robić tego co robi, bo będzie robić co innego. Okazało się tym fotografowanie, co wcale nie jest wyborem jakimś z dupy, bo podyktowanym kilkoma czynnikami, z których składała się Kasi rzeczywistość, ale przecież mogło okazać się, że chcąc sięgnąć po aparat nagle okaże się, że jej zdolności ku temu są zerowe i nawet wsparcie najbardziej życzliwych ludzi wokół nic by tu nie pomogło. Talent okazało się, że jest, opowieści okazało się są, toteż ja, wiedziona doświadczeniem z obserwacji innych znajomych, że jak utwierdzą się w zawodzie to nie mają czasu czasu dla mimozowatych paniuś przed menopauzą, trzeba szybko działać i wprosić się na sesję.

Nie za bardzo jednak wiedziałam, jak tu się zilustrować, co włożyć, czy na Ewę Demarczyk się przystylizować, czy na seksi mamę czy frywolnie peniuar i kapcie z puszkiem, czy wedle looku i tego kim jestem czy zupełnie a rebours. Nie jest to wcale takie proste, kiedy o wyglądzie przed obiektywem nie decydują zleceniodawcy, którzy np. wynajmują cię do reklamy kremu na hemoroidy sadzają na konia i przynoszą odpowiedni ubiór i oficerki. Wtedy sztab ludzi robi z nas amazonkę i sprawa załatwiona. Jak w Top Model. Mogą sobie skakać ze spadochronem, pływać pod wodą, wyglądają ładnie i w nagrodę dostają pralkę Electrolux.

Tu nie było sponsora a za stylizację miała służyć moja szafa, którą postanowiłam zrobić ostatnimi czasy na świętego Aleksego spod schodów, czyli totalnie niewymyślnie.

Kasia wykonała na mojej twarzy make up, który mi się podobał, bo nie wyglądałam jak call girl, napiłyśmy się wina i weszłyśmy na plan.

Ja nie wiem, jak minęło te parę godzin, nie wiem, jak mi się chciało w piątek wieczorem, po tygodniu pracy, ale było coś takiego w tym wszystkim, jakbym spotkała się z całą tą historią, która była naszym udziałem, kiedy pracowałyśmy razem.

W każdym razie bawiłam się świetnie.

Moja próżność została wysycona na maksa. Ktoś stał przede mną i kierował swoje oko na mnie i rozmyślał, jak ująć moją osobę tak, żeby było ciekawie.

Minęło dwa dni, dostałam te prace i w pierwszym odruchu, nie, nie wzruszyłam się. To był w ogóle szloch jakiś gwałtowny. Z dwóch powodów: że jestem taka fajna;) i że Kasia tak umie.

_DSC0535_DSC0445_DSC0589_DSC0753_DSC0777_DSC0236

fot. Katarzyna Kalisz Fotografuje

Nie widziałam tego w sobie co pokazała ona i te zdjęcia. To było to dla mnie nowe, całkiem odmienne od innych doznanie. Agata mówi – „wyjęła ciebie z ciebie”. Nie znam się na teorii fotografii i nie jestem Susan Sontag, ale, uwaga, mam pretensje! Uważam, że to nie jest łatwe oraz ta umiejętność pokazania kogoś w kimś, nie dotyka każdego.

historia 2
czyli Bartek

Bartka zapoznałam w swoim innym życiu. Kiedy byłam stateczna i chadzałam na imieniny.

Na jednych z takich imienin a może urodzin, nieważne, poznałam u siostry mojej Bartka właśnie, który był wtedy i nadal zresztą jest (szacun) mężem pewnej sympatycznej Irlandki, która w tamtym czasie pracowała z moją siostrą w jednej pracy. No i oni się tak spotykali, rodzili sobie dzieci, brali kredyty, urządzali mieszkania, ja się wtedy na takie historie załapywałam.

Potem spotkałam Bartka już w innym życiu, kiedy on nadal kultywował ciepło domowego ogniska i pracę w zacnej korporacji a ja nie. Tzn. pracę tak, ogniska nie.

Chyba lubił outsiderów Bartek. Bo za jakiś czas odezwał się do mnie po długim czasie oznajmując, że ma dość korporacyjnych systemów, wiecznie w nich choruje i chce fotografować. Mnie to się trochę śmiać chciało, bo każdy se tak mówi i wielkie halo, ale ponieważ początkował i chciał chyba praktykować to zaprosił mnie na sesję. No dobra, co mi tam w sumie, tak pomyślałam wtedy, a był to wrzesień 2011, dzień bardzo ciepły. Wzięłam wolne z pracy, a to coś znaczy!

On mówi, żebym ubrała się jak ja i wzięła jakiś make up, to tak zrobiłam i pojechaliśmy na Pragę na ul. Inżynierską, gdzie czas trochę się zatrzymał i są prawdziwe trzepaki i psie kupy dumne na podwórkach, śmierdzi piwnicami, baby drą się z domów na swoje dzieci, żeby przyszły na obiad. W tej lokalizacji uznaliśmy wyrazimy moją osobowość i mnie bardzo ten pomysł się podobał, bo ja lubię to, co trochę tak jakby jest nie z bilboardu reklamującego mieszkania na Białołęce tylko 10 minut od centrum.

Dlatego Praga była idealna. Bartek jak to Bartek – w kapelutku, w modnych butach miotał się po podwórzu ze sprzętem, który mi zaimponował i pomyślałam sobie, że faktycznie, może ta jego pasja, to hmmm, coś z tego będzie a co tam, zapozuję. 3 godziny tego pozowania. Zmęczona byłam strasznie zrobieniem pięciu min i doceniłam prace modelek i modeli, co tak ostatnio skwapiliwie a głupio wyśmiał Lizut, ale mniejsza z tym.

Na zdjęciach starannie przez Bartka wyselekcjonowanych zobaczyłam siebie taką jaką jestem, nie byłam zaskoczona, ale zaskoczył mnie kontekst, w którym byłam i który Bartek umiał pokazać. Uważam, że do dziś idzie w tym samym kierunku coraz mocniej, bardziej i doskonalej, tj w pokazywaniu ludzi w sytuacji życia jakiejś. Ludzie wzięci w cudzysłów, nieważni bez kontekstu, kontekst nieważny bez nich. Fotografia społeczna, jak filmy Kena Loacha.

bartek_ja bratek ja1fot. Bartosz Maciejewski Photography

Robi to na mnie wrażenie, to jak on opowiada nie tyle o ludziach, tylko o ludziach w sytuacji.

Tu jedno z moich ulubionych jego ostatnich zdjęć. Na podstawie tego jednego obrazu można śmiało już zabierać się za scenariusz.

bartek 1

więcej zdjęć na Bartosz Maciejewski Photography

Ostatecznie z tej korporacji sobie odszedł i z powodzeniem robi, to co lubi, potężny szacun, brawa i zazdro. Będziemy chodzić na wystawy, które zresztą odbyły się już 3.

Historia 3
czyli Julia

Julię poznałam dawno temu, ale może to też był rok 2011? Produkcja dużego show, trochę nudy, trochę wyniosłości, trochę niepewności.

Jedliśmy jakieś kotlety z plastikowych opakowań i przyszła Julia. Szczuplutka, kok jak z epoki fin de siecle i życzliwość dla każdego taka, że najbardziej zagniewany na świat ktoś jak ja, nie mógł się oprzeć jej życzliwości. Już wtedy była żoną, i matką. I jedyną żoną i matką, która traktowała te zajęcia jak najważniejszą posadę w życiu. Ona emanowała zadowoleniem z tego powodu, że może żonować i może matkować. Oczywiście, że myślałam, że to taka fanaberia i zapewne jej przejdzie, przejrzy na oczy i zobaczy hehe. Nic z tego.

Minęły lata. Dzieci ma troje i męża tego samego i choć z nią nie rozmawiałam o tym osobiście, to wydaje mi się, że szczęście, jakie u niej zaobserwowałam wtedy, teraz sobie po prostu potroiła.

Obserwuję to na instagramie, na którym ja udaję, że kreuję moje życie na wysublimowane:)

Wpuściła mnie do siebie i obserwuję, jak robi zdjęcia telefonem, wrzuca na instagrama i wyraża np uczucia tak mi obce, jak tęsknota za dziećmi, kiedy se wyjedzie na 3 dni z domu bez nich. Fucking amazing.

Wierze jej. Jest jedną z nielicznych matek, które robią zdjęcia swoim dzieciom, mężowi i nie ma tam ani grama taniej egzaltacji. Tak potrafi przefiltrować te sytuacje, że razu pewnego, a nie piłam nawet grama wina, usiadłam sobie, przejrzałam zdjęcia dzieci, rodziny i ten, rozpłakałam się.Serio.

1389504_576040405867555_640541661_n

11374688_1868453043379903_212880785_n 11821199_1498766897088854_1347985247_n 11930897_1632737160311426_1499299475_n

źródło Instagram profil Julii, fot. Julia

Uważam, że bycie w rodzinie, nadawanie temu total sensu jest sztuką, porównywalną do zarządzania wielkim projektem, dużą ilością osób itd. Jest umiejętnością rzadką i wybitną. A do tego opowiedzenie takich historii za pomocą zdjęć jest tak samo talentem. Julia ma nie tylko szczęście mieć fajną rodzinę, nie tylko szczęście, że ją to kręci, ale ma też talent, do opowiadania historii obrazami.

Wzrusza mnie. Chciałabym, żeby dała kiedyś powzruszać się innym.

Historia 4
Czyli Monika

Monię poznałam strasznie dawno, jeszcze w swoim życiu przed życiem, tj, wtedy, kiedy wszystko wydawało się oczywiste i proste.

Studia, robota, dobre pieniądze,ambicje,dzieci, mieszkania, domy, prosperity,  podróże, nie no w ogóle kraina szczęścia i ona mi się wydawała dzieckiem szczęścia. Typ urody modelkowaty, ciągi spełnień marzeń każdej kobiety. Jak spotykaliśmy się na dorocznych urodzinach Kuby, syna jednej z naszych przyjaciółek, w domu pod Łodzią, Monika zawsze biegała z ciężkim  aparatem i robiła zdjęcia tabuna dzieci, którym rodzice Kuby urządzali zawody sportowe i tym podobne zajęcia ruchowe na powietrzu.

Ja, źle ubrana i sfochowana pańcia oczywiście, że patrzyłam na to z pobłażaniem, nigdy nawet tych zdjęć, które robiła nie widziałam.

Za jakiś czas dowiedziałam się, że z koleżanką utwrozyły firmę, która parała się fotografowaniem takich imprez jak ta urodzinowa, i podobnych. No fajnie. Zdjęcia fajne. I zapomniałam o tym.

Przyszedł czas, kiedy Monika przestała być żoną, której marzenia się spełniły. Nie została jednak z niczym, ani materialnie ani mentalnie, okazało się bowiem, że ma właśnie to, determinację i talent.

Monika robi zdjęcia inne niż wymienieni poprzednicy, one są takie glamour, bo Monika taka jest, one są na okładki, na witryny, one pokazują bohaterów ładnymi, pogodnymi, dobrymi, lepszymi, seksowniejszymi niż są w rzeczywistości. To u Moniki chciałam wystąpić przed obiektywem jako osoba seksi w butkach z puszkiem, myślę, że znalazłaby formułę na moją trudną seksualność:)

Największe wrażenie zrobiła na mnie jej sesja sprzed 3 lat, jaką zrobiła Julii Kuczyńskiej, znanej dziś jako Maffashion. Wtedy jeszcze chyba Julka nie miewała 10 tysięcy lajków pod postem w minutę, ale nieistotne. Monika robiła jej zdjęcia na bloga w początkach medialnej kariery i zrobiła potem tę właśnie sesję. Julia wiadomo, pokazuje się jako seksowna dziewczyna, bo w sumie czemu nie, niczego absolutnie jej do tego nie brakuje, ale wtedy, 3 lata temu, kiedy była taka młodziutka jeszcze miała w sobie to coś ulotnego i zajebiście powalającego co tylko Monice udało się uchwycić – połączenie kobiety i dziecka. Niewinności i seksualności. Temat trudny i mega łatwo go spieprzyć, udosłownić, spłaszczyć. Na tych zdjęciach, w tej sesji pokazana jest osoba, której historia mnie obchodzi, nie „it girl”, która rządzi w portalach społecznościowych i objawia się w kolejnych odsłonach stylizacji takiej czy owakiej. Na tych zdjęciach jest osobą, kimś kto mnie nie tylko interesuje, ale nawet obchodzi.

maffashion_P&B_1maffashion_P&B_14maffashion_P&B_15a

fot. Monika Szałek ; źródło blog Maffashion

Życzę Monice coraz więcej takich sesji, w których będzie opowiadać ludziom historie innych ludzi poprzez swoją umiejętność uchwycenia w nich ich życiowych wątków.

I oczywiście Monika robi to, przed jej obiektywem stoją tuzy – Kazik Staszewski, Stańko i ja chcę więcej, a najbardziej bym chciała, żeby odkrywała talenty:) Tj. wyłuskiwała ludzi, którzy jeszcze nie do końca wiedzą, że coś w sobie mają, ale ona im to pokaże:)

I tak oto niespodziewanie wyszedł mi tekst dość niezwykle entuzjastyczny, co mnie samą zadziwia, że nie mogę spointować jakimś ulubionym zgorzknieniem, ale nie czuję w związku z tym dyskomfortu. Więc może jest dla mnie jakaś nadzieja, tylko skąd ja wynajdę tylu fotografów, którym wepcham się przed obiektyw, żeby mnie w tym mniemaniu o nadziei utrzymali?