3 sposoby na to, żeby czas był twoim wrogiem, ale na szczęście jest Zimbardo!

Od razu uprzedzam, nie, nie będzie użalania się, że czas leci a my/ja się starzejemy. To już wiemy wszyscy i nie ma co. Dziś będzie o paradoksie czasu, o tym jak ujarzmić potwora, to coś niewidoczne, nieuchwytne, a  co nam tu bruździ w papierach, niszczy kolagen, rzeźbi zmarchy i strąca w otchłanie meno czy andropauzy w sposób podstępny, niezauważalny, żeby na koniec uczynić z nas ludzi niezadowolonych, niespełnionych i z wiecznymi zażaleniami pisanymi do pana Boga.

Cóż, zmarchy będą, menopauza też, zero kolagenu i estrogenów też i dużo złego się zadzieje, jak się spojrzy w lustro, tylko teraz jak by tu zrobić, żeby mieć poczucie, że mimo tego całego przemijania, to fajnie jest, że spoko, że kochane wnusie! – babci wyszedł bilans na plus!

Ale zacznę od Adama i Ewy, czyli od czasu, kiedy chodziłam do podstawówki. (przedszkole pod względem świadomości słabo coś kojarzę prócz faktu, że zawsze ryczałam pod płotem, bo matka się spóźniała i wychodziłam ostatnia). No więc w tej podstawówce czas wydawał mi się wiecznością.Dlatego nigdy po śmierci nie chciałam iść do raju, bo raj to wieczność a wieczność to nuda. (Piekło wydawało mi się atrakcyjniejsze, zawsze coś się działo, jakieś tortury, smażenie, wygłupy, jak u Jana Drdy w „Igraszkach z diabłem”).

Te wakacje, Boże! 2 długie miesiące! Dobrze, że miałam roczniki pisma „Mówią wieki” i 9 tomów powieści „Królów przeklętych”.
Ludzie 30 letni wydawali mi się zgrzybiali i starzy, 50- letnim dziwiłam się, że jeszcze mogą chodzić i mówić, 70 letni – wiedziałam, że zaraz umrą, że to postanowione.

Wydawało mi się, że zawsze będę w 8 klasie, każdy wrzesień będzie trwał w nieskończoność. Dziś nadal mi się wydaje, że mam 15 lat, ale niestety – zaprzeczają temu lustro, społeczne wymogi i oczekiwania wobec mnie a wrzesień mija w godzinę.

Zaryzykuję stwierdzenie, że tego rodzaju poczucie, jakie opisałam powyżej, do pewnego momentu jest wspólne wszystkim ludziom, niezależnie od tego jaki mają charakter, usposobienie, typ osobowości itd.
Ale potem, w miarę przechodzenia przez kolejne etapy, zaczynają rysować się coraz większe różnice w postrzeganiu czasu u każdego z nas. A ponieważ ma to kolosalne znaczenie i wpływ na nasze poczucie szczęścia, klęski, sukcesy, seks, wszystko – to trzeba sobie o tym opowiedzieć.

Wiedzieliście np., że pary, w których partnerzy żyją w innych perspektywach czasowych mają mniejsze szanse na długie, zgodne życie razem niż takie, których postrzeganie czasu jest podobne? Ja to gdzieś tam przeczuwałam zawsze, ale nie wiedziałam, że to jest aż tak ważne i co więcej, że można jakoś to modyfikować!

Ze względu na stosunek do czasu, ludzi można podzielić z grubsza na 3 grupy:

  • tych, którzy żyją przeszłością, wiecznie ją rozpamiętują, analizują pod kątem – ale było super, to już nie wróci, albo –  ale było totalnie słabo, naznaczyło mnie piętnem na całe życie to, że miałam odstające uszy, surowego ojca albo nieobecną matkę i raz brak czerwonego paska na koniec roku w szkole.
  • tych, którzy żyją tylko dniem dzisiejszym a na portalach randkowych piszą sobie w opisie „carpe diem” oraz „twardo stąpam (kocham słowo STĄPAM) po ziemi”, lubię pić wino z przyjaciółmi, gotować, ale ze wskazaniem na to pierwsze, hulaj dusza, piekła nie ma, jutro może mnie nie być, jutro się nie liczy, przeszłość to coś zamazane.
  • tych, którzy w co drugim zdaniu używają zwrotu „JAK TYLKO”.  Jak tylko coś tam zrobię, jak tylko coś tam się zadzieje, wydarzy, stanie – to wtedy to ja żył będę! Po czym przychodzą kolejne „jak tylko”, a ludzi ci zaprogramowani na przyszłość zapomnieli pożyć sobie z tym, w tym i z tymi, którzy są teraz czy byli wczoraj. Niebezpieczni ludzie. Pamiętacie typa z 6 sezonu „Seksu w wielkim mieście”, artystę Rosjanina, za którym Carrie pojechała do Paryża?:) no więc właśnie. Nie no miło, miło, ale wiesz Carrie, jak tylko skończę tę wystawę, to dopiero będzie. Nie było:) Choć wystawę zrobił.

Bo właśnie osadzenie w każdej z tych 3 perspektyw ma swoje dobre i złe strony. Jakie? Jak to bilansować? Jak tym żonglować? Jak się ustawić wobec swojego własnego czasu, żeby nas nie przysypał i nie unicestwił, tylko wybił na pozycję człowieka przynajmniej zadowolonego z siebie?

No to wiadomo.

Odkryli amerykańscy naukowcy!

Śmichy chichy, ale serio, jak zobaczyłam, że odkrywca syndromu sztokholmskiego Philip Zimbardo napisał książkę „Paradoks czasu”, to sobie ją kupiłam i natychmiast w ciągu miesiąca (czy miesiąc to jest natychmiast?) przeczytałam, a nawet zrobiłam notatki;] Chciałam się nauczyć od niego, jak nie być Barbarą Niechcic, nie wystawać pod oknem gdy pada deszcz i pytać się w dal – „Dokąd się to wszystko toczy i po co” tylko dlatego, że nie wyszło mi z Toliboskim.

Zanim dozna się oświecenia, trzeba wypełnić w książce Kwestionariusz Postrzegania Czasu Zimbardo.

Jest on dość czasochłonny i ma skomplikowany system zliczania wyników, ale warto to zrobić, bo potem umieszcza się swoją perspektywę czasu na specjalnej siatce centylowej, na której jest już naniesiona optymalna perspektywa czasu. Taka, która zapewnia człowiekowi życie w harmonii, zgodzie ze sobą, w pełni szczęścia i tak dalej.

Mój wykres versus idealny wykres wygląda tak:

siatka

Moja kreska to ta fioletowa, idealna – to te kropki.

Nie trzeba być wybitnym specjalistą od wykresów, tabel i power pointa, żeby zorientować się, że mój wykres jest dokładnie odwrotny niż ten idealny, że totalnie odbiegam od właściwego, sprzyjającego postrzegania czasu:) że w odbiorze mojego czasu popełniam wszystkie możliwe błędy, czyli w  skrócie: zadręczam się przeszłością najczęściej wymyślając problemy, których pewnie nigdy nie przeżyłam oraz żyję wg zasady – jakoś to będzie nie trudząc się zrobieniem planu na życie dłuższego niż perspektywa tygodnia.

Nie żebym o tych moich skłonnościach temporalnych nie wiedziała wcześniej, ale… Kiedy moja nieudolność w poruszaniu się we własnej przestrzeni czasowej została udowodniona naukowo, to jakoś mnie to uderzyło i postanowiłam, że trzeba szukać rady a ta książka przecież to obiecywała.

No i tutaj doznałam pewnego rodzaju rozczarowania.

Czytałam tę książkę dzielnie, bo Zimbardo wbrew wielu kolegom po fachu uważa, że postrzeganie czasu nie bierze się z jakichś wrodzonych predyspozycji, które mamy na zawsze, jak kolor oczu na przykład. Uważa, że to kwestia wyuczonych w ciągu naszego biologicznego, społecznego i kulturowego życia nawyków. Które rzecz jasna można zmieniać. Za pomocą odpowiednich strategii (kocham słowo STRATEGIA).

No i właśnie.

Czekam na te strategie, jak on mi wypisze, co ja mam robić jutro od rana jak wstanę, co myśleć i ogólnie „jak żyć” przecież, a tu nie. Jakieś przydługie wstępy zapowiadające, nudne historie innych ludzi a tych rad, tyle co kot napłakał i w dodatku tak banalne i oczywiste, że równie dobrze mogłabym przeskrolować fan page Chodakowskiej – na jedno by wyszło.

Przykłady:

  • Wyznacz sobie cel. (serio?)
  • Ważne, by do czegoś zmierzać (o kurczę)
  • Czas jest tym, co z niego zrobisz (głęboka zaduma)
  • Wczoraj było za wcześnie. Jutro będzie za późno. Dziś nadszedł dla każdego z nas dzień rachunków ( To już było w  hollywoodzkiej animacji „Kung Fu Panda”)

Fajnie, ale to wszystko jest znane, wiadome i nie po to brnęłam przez przypisy, historie, podkreślałam mazakiem, uzupełniałam kwestionariusz i robiłam notatki, żeby na koniec i tak spotkać się z „Alchemikiem”.

Do tego amerykańscy naukowcy, pisarze mają tę irytującą manierę popadania w kiczowatą egzaltację, niezależnie od lat poświęconym zacnym badaniom i spoko wnioskom mogącym podrasować jakość naszego życia, dla przykładu:
„poćwicz tak, by ponurą starą przeszłość zalać jasnym światłem optymizmu „(sorry, ale napiszę – HA HA)

Tkasz na nowo swoją przeszłość z jasnych włókien teraźniejszości” itp.

Bogu dzięki nie ma tego dużo i sporo jest celnych, mocno uderzających strzałów między oczy naszej świadomości (też ładnie uważam, że wymyśliłam to zdanie). I praktycznych wskazówek, jak wyzwolić się z kleszczy nawyków, które każą nam być nieudacznikami własnej perspektywy, czasowej oczywiście.

Niektóre, jak poczytałam, wywołały jedną reakcję – NO FUCKING WAY. Ale Zimbardo uprzedzał, nie będzie łatwo zmienić swoje nawyczki, oj nie. Tak trudno odstawić głupią kawę czy nie pić wina a co dopiero zmienić obrazy w swojej głowie – zamiast dołujących, przywołać jakieś jasne, włożyć w tryby swoich rdzewiejących przyzwyczajeń myślowych metalowy pręt w postaci decyzji i przedsięwzięć, które wystrzelą nas w inny kosmos.

Ale pierwsze założenia już są:

  • nie być panią, „bo kiedyś to…”
  • nie być panią „carpe diem”
  • nie być panią „jak tylko”
  • nie być bohaterami sztuki Becketta „Czekając na Godota”  Vladimirem i Estragonem, którzy każdy akt kończyli  w ten oto sposób:

Vladimir wolno przechodzi przez scenę i siada obok Estragona.

Estragon – To co, idziemy?

Vladimir – Chodźmy.

Nie ruszają się.

KURTYNA

Zamierzamy, aby ciąg dalszy jednak nastąpił. Będzie ciężko, bo trudno z kogoś, kto ma zawsze same długi nagle stać się zajebistym doradcą inwestycyjnym swojego najcenniejszego kapitału, czyli czasu. No ale! Na początek jakże śmiałe założenie – 1 tekst tygodniowo! I nie ma, że boli, a potem śrubę będzie się dokręcać. W końcu mogę nie być zdolna, to będę pracowita i czas mi wtedy musi zacząć sprzyjać. Nie widzę tego inaczej.

Jeszcze tylko wyjście na balkon, krzyk w ciemność na temat tego, że hej sąsiedzie ja tu wizualizuję swoje cele – i będzie się działo.