Zachwyt zawsze przychodzi znienacka, czyli nie na filmie „Młodość”

Zdarzyło się, jak musiało się stać w takiej sytuacji.

Oczekiwanie

Na kolejny film Paolo Sorrentino „Młodość” czekałam jakoś od wczesnego lata. I nie mogłam się doczekać oczywiście. Aranżowałam tę samą sytuację, jak przy „Wielkim pięknie”, spotkanie, nie mainstreamowa sala kinowa, wino pite w papierowych kubach i szybkie wychodzenie do kibelka, z żalem, że opuści się zapewne szalenie ważną w 3 godzinnym filmie scenę. Potem opowiadanie sobie scen, których się nie widziało będąc w kiblu, euforia po wyjściu z kina, taka najbardziej zajebista, bo znienacka, niespodziewana, totalnie dokarmiona obrazami, dźwiękami, wrażeniami, myślami.

Rozczarowanie

No ale ktoś już wymyślił w jakiejś starożytności (Heraklit?), kiedyś przypominała Szymborska, że naprawdę, choćby skały srały – sorry, nic dwa razy się nie zdarza. To oczekiwanie, ten nadmiar nadziei pokładanych i w tym wieczorze i w tym filmie musiało zakończyć się porażką. A porażka była naprawdę spektakularna i piękna.

Np. już sama akcja w sali kinowej. Po sukcesie „Wielkiego piękna”, które zdobyło Oskara  w tej sali siedziało więcej fanów twórczości Sorrentino. Każdy znawca. Każdy uznawał za stosowane ze wszystkich stron nas uciszać, za to jak już już udawało mi się popaść w jakiś rodzaj kontemplacji – na sali wybuchał rechot, ale nie taki, że hihi, to były salwy głośnego wstrętnego rechotania jak na jakimś Kac Vegas albo zawodach w chodzeniu na tyczkach na dożynkach w Powsinie, kiedy chodziarze się przewracali i spadali twarzą prosto w tort. Ten rodzaj śmiechu to był.

Zlazłyśmy na sam dół sam licząc Keitelowi każdy por na skórze, ale nie sposób było się od tego koszmaru rechotu uwolnić. Nie umiem powiedzieć, co wywoływało gromkie śmiechy ludzi na sali, pana obok mnie w kucyku śmierdzącego potem, ale bardzo wrażliwego na szepty.

No ale dobra, zapłaciłam – siedzę. W przerwach między robieniem sobie selfie w sali kryształowej udało mi się załapać klimat największego rozczarowania kinowego ostatnich miesiący.

Można powiedzieć, że to moja wina, po co było oczekiwać, trzeba było wziąć z dobrodziejstwem inwentarza i cieszyć się tym, co się wydarzało. Ja to wiem, ale mimo szczerych chęci wizualizowania samych ekstra i cool rzeczy oraz afirmacji swojej rzeczywistości – tym razem nie udało się, totalnie nie dałam rady i w afirmowaniu swojego zajebistego życia na tym seansie poniosłam klęskę i ten film – niezależnie od mojego życiowego nastawienia – skutecznie się do tej klęski przyczynił.

A było przecież tak <pięknie>

Dla udowodnienia, że moje spostrzeżenie na temat „Młodości” może nie być pozbawione sensu, muszę przytoczyć parę wspomnień z „Wielkiego piękna” i pokazać, dlaczego piękno było piękne a Sorrentino spokojnie mógł stać się następcą Felliniego.

Otóż ten film nie zniechęcił ani trzema godzinami trwania ani przeintelektualizowaną, długachną recenzją z Gazety Wyborczej. Od samego początku uwiódł klimatem slow life, melancholii, zaskakującymi figurami, układami i morzem niedopowiedzeń. Ze starzejącym się, ale wciąż niczego sobie bohaterem Jepem mógł utożsamić się każdy, komu choć trochę żal, że lato jakoś tak mija niespodzianie, kto choć trochę przeżywa i przemijanie, i piękno, i głupotę, groteskę, noc i dzień – cokolwiek co ma w życiu mniejsze lub większe znaczenie, ale co składa się na całość, zwaną życiem, całość trochę trudną do ogarnięcia. Zwłaszcza dla ludzi wrażliwych.

W filmie uwodzi nas Rzym, dźwięki cykad, wzniosłej muzy, ale też i przaśnej takiej z animacji dla turystów w Hurghardzie, obrazy – piękna ludzi jak i ich brzydoty, także tej wewnętrznej. Cały korowód bohaterów jest pełnokrwisty, niejednoznaczny, tajemniczy i arcyciekawy, nie ma tam ani jednej mdłej i nijakiej postaci, wszyscy są jacyś a oceny tych bohaterów – nie wchodzą w grę, bo w filmie nie ma żadnych dopowiedzeń. Reżyser traktuje widzów jak zbiorowisko w miarę kumatych ludzi, których uniesie na fali tego nieoczywistego ludzkiego czasem piękna, czasem mierności i nikczemności oraz pozwoli im dopowiedzieć sobie własne historie.

Czyli najlepiej.

Obecnie jest źle

No a tu…

Już sam wybór Michaela Caine jako jednego z głównych bohaterów snujących się razem z kumplem reżyserem po ekskluzywnym SPA w Szwajcarii nie podobał mi się, bo nie znajduję w tym aktorze niczego ciekawego. Tu gra postać dyrygenta, który niby był złym ojcem, jest upartym muzykiem, ma kompleks Salierego i generalnie pozostawia widza obojętnym na swoje fochy i teksty, jakie wygłasza.

Jego kolega od masaży – reżyser grany przez Keitela – nie jest wiele lepszy. Niby podnieca się robieniem filmu, niby tworzy scenariusz z grupą jakichś hipsterów, ale mało to przekonujące, wiadomo od razu, że woli się pławić w basenie snując fantazje o Miss Universum, która też tam urzeka urokami, jako reprezentantka młodości, która jak wiadomo – jest tylko piękna.

Keitel mówi w pewnym momencie podczas jakiejś nudnej pogawędki w hotelowym pokoju, że w życiu ważne są emocje, podczas gdy tych emocji w tych bohaterach jest tyle co kot napłakał.

Jedyna dobra scena należy w tym filmie do Fondy. Fonda gra tu wiekową już gwiazdę, która ma zagrać główną rolę w filmie bohatera i zagwarantować mu to, że ten film w ogóle powstanie. Ale odmawia, bo stwierdza, że ma do spłacenia rachunki a jego film, taki na pożegnanie z karierą na pewno będzie żałosną klapą i ona nie może ryzykować. Za to przyjmie rolę w serialu, w którym gra babcię alkoholiczkę. Przynajmniej ona jedna jest tam szczera i trudno się z nią nie zgodzić.

Poza tym jest tylko gorzej.

Bohaterowie dyrygent, reżyser, niby jakiś gwiazdor uczący się roli i ktoś tam jeszcze wymieniają się z prędkością karabinu maszynowego sentencjami jak z pamiętnika młodego Paolo Coelho. Każda ich życiowa aktywność musi zostać opowiedziana, dopowiedziana i podsumowana. Pozostaje wiercić się niespokojnie w fotelu i czekać aż ten przypływ mądrości się skończy, ale nie, jest jeszcze gorzej.

Pojawia się oto mnich buddyjski! w Szwajcarii. Pewnie cały budżet roczny PKB w Laosie poszedł na jego kurację. Więc siedzi i medytuje a radosny staruszek dyrygent robi taki psikus i  obśmiewa legendę, że mnich może lewitować. Kilka scen dalej mamy wzniosłą muzykę i cud, czyli mnich unosi się nad ziemią. A macie wy nędzne niedowiarki mówi nam reżyser. Tak właśnie powstaje kicz.

Mało tego.Mamy scenę, kiedy dyrygent znużony tym zgiełkiem całego świata idzie sobie na łąkę górską. A tam piękne krowy z dzwoneczkami. Byłam zażenowana patrząc, jak dyrygent wyobraża sobie, że dyryguje i te krówki tulą się do siebie pobrzękując dzwonkami. Reklama czekolady Milka jest bardziej wyrafinowana niż ta scena. Kicz – to jest mało powiedziane. To bym zakwalifikowała do zjawisk określanym mianem – straszne, albo masakra. Bo co tu więcej się pastwić.

A na koniec taka wpadka

Nie dowiedziałam się niczego o młodości ani o starości. Garstka ludzi wyabstrahowanych w jakimś górskim luksusie odosobnienia nie jest zbiorowością, z którą można się utożsamić w jakikolwiek sposób. Ci ludzie nic nie obchodzą, ich rozterki wydają się irytująco głupie i naiwne a oni sami drewniani, z grzeczności nie napiszę, że z dupy.

W ogóle śmieszna sytuacja, bo recenzenci nierzadko rozpisywali się, jak to reżyser nawiązuje tym uzdrowiskiem w Szwajcarii, miejscem odosobnionym do „Czarodziejskiej Góry” Tomasza Manna, do światopoglądowych sporów racjonalisty Settembriniego i mistyka Naphty walczących o duszę Hansa Castorpa. A tymczasem Sorrentino zapytany w jednym z wywiadów (sama czytałam!) o to nawiązanie literackie powiedział z rozbrajającą szczerością:

„Wstyd mi, ale nie czytałem tego”.

Ha ha ha!

Więc tą w gruncie rzeczy optymistyczną reakcją zakończę moje dzisiejsze opowiadanie o rozczarowaniu i o tym, że od życia w sumie nie warto oczekiwać za wiele:) Na koniec za to, i to jest dobra strona rozczarowań spotykających ludzi smutnych, można się pośmiać.