Jesteś stary, wykluczony i inny, a jak nie, to będziesz

Kiedyś, dawno temu bardzo, kiedy moją ulubioną lekturą były stare roczniki pisma „Mówią wieki”, wydawało mi się, że życie samo się „układa”, a pewne rzeczy w nim po prostu dzieją się, bo „tak już jest”, „tak musi być”.

Oczywiste jak słońce było dla mnie to, że są rodzice, rodzice mają dzieci, rodzice chodzą do pracy, dzieci do szkoły, potem te dzieci gdzieś wyjeżdżają, uczą się, pracują, gdzieś mieszkają, zakładają swoje rodziny, mają dzieci, potem one są rodzicami, wychodzą do pracy, wracają z pracy, gotują, sprzątają, chowają dzieci a potem… nie wiem co. W każdym razie tak żyją, bo „takie jest życie”.

Byłam bardzo dumna, że „takość” mojego życia jest tak dokładnie pod linijkę, z podkreślonymi tematami, przepisana na czysto.

Wszystko szło po kolei, według planu, szkoły, praca, śluby, rodziny, dziecko, pies, dom, nic za wcześnie, nic za późno. Było zadowolenie, że tak po prostu się to układa, ale z tyłu głowy pytanie – „i to wszystko”?

Znam taką osobę, a przykładów znalazłoby się kilka, która ma męża i trójkę z nim dzieci. Oczywiście, że snuć wnioski o jej samopoczuciu na podstawie tego, co pokazuje na portalach społczecznościowych, jest ryzykowne i trochę naiwne, ale ona opowiada o swoim byciu matką z taką pasją, z jaką ja się jeszcze dotąd nie zetknęłam. Wiem tylko, że jak mi zdarza wyjechać i zatęsknić za kotami, – to oglądam sobie ich zdjęcia w telefonie,  ona na wyjeździe bez dzieci ogląda ich wszystkie zdjęcia i tęskni, za nimi, za byciem matką. Więc na swoim i kotów przykładzie wiem, że może mówić prawdę ta kobieta.

W każdym razie podziwiam szczerze takie oddanie idei macierzyństwa, tak wielkie zaangażowanie w coś, co dla wielu ludzi jest nudną rutyną, obowiązkiem itd.

To szczęście odnaleźć się akurat w takiej roli, jakiej spodziewa się po nas społeczność, bliscy, wszyscy.

Ale jest naprawdę spore grono ludzi, którzy takiego szczęścia nie mają.

Jesteśmy bezpieczni, kiedy spełniamy punkt po punkcie to, czego od nas się oczekuje w domu, w szkole, wśród bliskich, wśród obcych, ale mamy totalnie przesrane, kiedy nie chcemy już tego robić, kiedy stwierdzimy, że nie nadajemy się do pełnienia przyjętych ról i kiedy jedyne co nam przychodzi do głowy to kwestia „ja w tym to nie jestem ja”, tak żyć się nie da, coś trzeba zrobić, ale w sumie co.

Wtedy życie przestaje być zeszytem na czysto, staje się brudnopisem. Wszystko się dzieje, ale nie ma czasu na kaligrafię.

Co ma swoje dobre strony, ale ma przeważnie złe.

I tu, po przydługim wstępie, dochodzę do głównego tematu, tj. filmów, które obejrzałam ostatnio.

Nie wiem, czy wy też powinniście.

Bo z takimi rzeczami jest jak z jakąś obsesją, jaką w danym momencie posiadamy. Np. jak się człowiek boi,że jest w ciąży, nagle widzi na ulicy same ciężarne babki, filmy o ciąży itp.

Więc te tematy akurat nie muszą być waszymi, ale Agnieszka Holland rekomendując swój film, który obejrzałam wczoraj (po raz trzeci w życiu zresztą) „Kobieta samotna”, powiedziała, że może nie wszystkich z was dotyczy wykluczenie i bieda, ale wydaje jej się, że tym filmem trafiła do jakiejś prawdy o człowieku.

I ten sposób można podejść zatem do kwestii, jakimi są:

Niedojrzałość, Wykluczenie i Inność.

To są te czynniki właśnie, które nie pozwalają za bardzo na to, aby „plan” się wypełnił. Są kleksami na jednowymiarowym, harmonijnym i czystym obrazie życia z bilboardu reklamującego nowy kompleks mieszkaniowy dajmy na to o nazwie apartamenty Solar albo Leśna Kraina.

NIEDOJRZAŁOŚĆ

Otóż okazuje się, że określenie „niedojrzały” nie przysługuje tylko piotrusiom panom czy 20 paro letniemu pokoleniu tzw. gniazdowników, którzy wolą mieszkać z mamami niż iść wreszcie na swoje.

Ten epitet świetnie też pasowałby np. do pańć, które mają ok 60 lat, ale wolą nosić legginsy w panterkę, mocno się malować i bawić w klubach podrywając młodszych mężczyzn niż być żonami, matkami i babciami.

Pasowałby, gdyby w sumie nie był nacechowany negatywnie. A tu chodzi moim zdaniem nie o tę ujemną kwalifikację stylu bycia takiej osoby, tylko o stwierdzenie, że żyje ona w sposób nie przystający do społecznych wyobrażeń o roli kobiety po 60-tce.

O tym jest film „Party Girl”, który można teraz zobaczyć na ekranach kin, ale tych, do których przychodzi po 3 osoby na seans.

party

Główna bohaterka Ążęlik, gra tu samą siebie, czyli babkę lat 60 ileś, która jest hostessą w klubach nocnych od lat. Za szampana obściskuje się za kotarą z panami, jest wyfiokowana, wymalowana, kuriozalna trochę (oceniam jednak…) w tych panterkach, milionach pierścieni i bransoletek. Egzystuje w małym pokoju na zapleczu, w którym mieści się tylko łóżko i kilka tandetnych kiczowatych bibelotów w stylu aniołek. Sumiennie wykonuje swoją pracę ćmy barowej, ale niestety za ćmienie społeczeństwo nie nagradza emeryturą. Tak, że z czasem nachodzi ją refleksja, że w sumie przeżyła życie, klientów coraz mniej a ona nie ma nic.

Tzn. ma, czworo dzieci!

Najbardziej kocha najstarszego syna, bo radzi sobie w Paryżu i jest przystojny a ona ma słabość do młodych i przystojnych, z dystansem odnosi się do przeciętnej córki, która akurat wpisała się w wymogi i ma męża oraz dzieci, do syna, bo jest brzydki i jest tylko stróżem, zaś najmłodszą córkę oddała do rodziny zastępczej, bo nie miała pomysłu co z nią zrobić kompletnie.

Więc jak nagle jej stały klient, górnik na emeryturze oświadcza jej się twierdząc, że ją kocha, zaczyna brać pod uwagę opcję „może się ustatkuję”, bo jakoś żyć dalej trzeba.

Zamienia więc panterkę na miękkie różowe dresy i zamiata podłogi w domu narzeczonego, ale…

Jak odpowiada Detektyw z serialu „True Detective” (znowu cytat, o żesz) zapytany, czy wierzy w miłość : „Nie ma miłości. Przynajmniej takiej, w jaką nawykliśmy wierzyć. Jest tylko rzeczywistość”.

A ta rzeczywistość zmiata wyobrażenie Ążelik o innym, bardziej społecznym życiu.

Są w tym filmie takie 3 momenty, które są historią powtarzalną w życiorysach wszystkich ludzi takich trochę z dupy, nieprzystosowanych, czy – jak kto woli – niedojrzałych.

1 moment

Kiedy do domu narzeczonego przychodzą z wizytą wnuki Ążelik. Bawią się skacząc po dużym łożu pana domu i Ążelik, nie chcą zejść, śmieją się, dokazują, nie słuchają upomnień, a ona tak oto zwraca się do ich matki, a swojej córki:” TWOJE dzieci skaczą po MOIM łóżku”.

Tak, jest niby rodzina, ale jest twoje i moje, twój dom jest ładniejszy, twoje dzieci są nieposłuszne itd.

2 moment

Bohaterka dzieli się z najstarszym synem refleksją, że nie bardzo widzi jej się ten ślub, bo nie kocha tego pana, a miłość powinna polegać na tym, że nie chce się wyjść całe dnie z ramion ukochanego. Syn ją wyśmiewa, że ma mrzonki o miłości jak 14 latka i potem w rozmowie z resztą rodzeństwa chce, aby wszyscy nakłonili matkę do tego ślubu, bo „co my z nią potem zrobimy, będziemy mieli ją na głowie”.

Cóż, płaci się za to wszystko co się zrobiło i czego nie. Ążelik też płaci cenę za to, że nie chciało jej się matkować – dzieci nie chcą jej w swoim życiu.

3 moment

Facet chce się żenić, mówi, że kocha. Zapytany przez bohaterkę, jak to kocha, skoro jej nie zna, nic nie odpowiada, bo przecież wiadomo „to się zdarza”, kochanie, nie ma dyskusji, a potem jakoś to będzie. A jest jak zawsze.

Czyli pani idzie na rodzinny piknik z dziećmi, wnukami, narzeczonym. Wieczorem wszyscy rozchodzą się do domów, ona zaś nie chce, chce pić piwo i się bawić w klubie. Idzie, nie wraca na noc, bawi się, spotyka ją niemiły incydent z młodszym facetem, który brutalnie uświadamia jej, że to ona powinna już płacić za ich zainteresowanie nią. A kiedy wraca, narzeczony tak oto przypieczętowuje swoje uczucie;” Co ty wyrabiasz?! Płaciłem na pikniku za ciebie i twoją rodzinę a ty mi tu robisz co chcesz”.

Nie potrzeba tu komentarza wydaje mi się, prócz tego, że Detektyw miał rację. że miłości nie ma, są za to transakcje wymienne, czyli rzeczywistość. Co ty mnie, ja tobie, co ja tobie, ty mnie. Inaczej się nie bawimy.

Nie chcesz się wymieniać według uznanych społecznych zasad? Radź se sama.

WYKLUCZENIE

Nie wiem za bardzo do końca jak to jest. Czy to jest tak, że ktoś po prostu rodzi się już gotowym liderem grupy albo bohaterem albo charyzmatykiem. Nie mam pojęcia, jak to działa, ale śmiem przypuszczać, że jeśli nie każdy, to niejeden z nas doznał w życiu uczucia wykluczenia.

Kiedy czuł, że bardzo chce gdzieś przynależeć, ale go tam nie chcą. W dzieciństwie np. w szkole, na podwórku, na studiach, w jakichś grupach rówieśniczych.

Myślę, że to uczucie, kiedy chce się gdzieś przynależeć, być w czymś a ludzie traktują nas z góry albo się odwracają lub co gorsza – kpią, jest nieobce większości z nas.

Miałam ciarki na plecach oglądając niepozorny film dokumentalny na HBO pt. „Zjazd absolwentów”. Zrobiła go Szwedka Anna Odell.

zjazd

Za pomocą bardzo prostych środków osiągnęła to, że dało się odczuć grozę, wspomnień z odrzucenia. Puste, zimne szkolne korytarze czy dawni szkolni koledzy patrzący na tym zjeździe na bohaterkę zimno i obojętnie.

Dlaczego?

Nie była gruba, garbata czy paskudna ani też za głupia czy za mądra. Po prostu, była trochę inna, nadwrażliwa i za bardzo chciała wiedzieć, czemu jej nie lubią i życzą jej śmierci, ot tak sobie. Za to spotkało ją wykluczenie. Za chcenie za bardzo i za bezczelność bycia „inną”, choć nikt nie potrafił zdefiniować na czym ta inność mogła polegać.

Czy myśmy nigdy nie dali innym poczuć, że mogą czuć się lepsi od nas, ale w sumie kompletnie nie wiadomo dlaczego? Taki fakap zdarzył się chyba każdemu z nas.

Tytułowa „Kobieta samotna”  Agnieszki Holland też chce przynależeć do grupy, która za swoje starania dostaje zapłatę. Czyli np. spełnia się taka jej fanaberia, że skoro pracuje uczciwie, to ma gdzie mieszkać z synem, może pozwolić sobie na kupno samochodu czy telewizora.

kobieta

Jednak ponieważ wyniosła z domu posag w postaci bycia zawsze poniżaną, zatem nie jest w stanie do tej grupy, która „ma” – się wcisnąć.

„Bo za mną nikt nie stoi”, jak powiada w filmie.

Mylnie niestety zakładają z jej partnerem kaleką granym brawurowo (nie przychodzi mi na myśl inne słowo) przez Bogusława Lindę – że z racji tego, iż są ludźmi takimi jak wszyscy, to im się „należy”. To auto, mieszkanie czy samochód.

Otóż okazuje się, że nie. Nie należy się. Niektórym czasem coś się przytrafia, innym  – nigdy i tak też bywa. Ale poczucie życia w gettcie jest chyba też dość powszechne, niezależnie od bycia kobietą samotną czy jakąkolwiek inną osobą.

Getta naszych ograniczeń i nietrafień na szóstkę.

INNI

Na taki serial ostatnio wpadłam. Amerykański „Transparent”.

transparent

Jak to serial amerykański jest podlany sosem błyskotliwego słowotoku bohaterów o niczym. takim allenowskim pieprzeniem o dupie maryni, jakby ci bohaterowie chcieli ukryć to, że w gruncie rzeczy nie mają nic do powiedzenia, albo boją się mówić.

Bardziej boją chyba niż nie mają.

Bohaterem jest profesor uniwersytetu w Los Angeles, nauki polityczne, zacny ojciec trójki dzieci, mąż i członek żydowskiej społeczności, który całe życie żyje w ukryciu zmagając się z tym, że spełnia rolę, która nie jest jego.

Bo on chce być facetem w przebraniu kobiety, żyć i zachowywać się jak kobieta, a tymczasem musi żyć jak ktoś inny.

Odważa się powiedzieć o tym rodzinie już po rozwodzie, kiedy dzieci są już dorosłe i mają podobne problemy z utożsamieniem się z rolami, jakie im narzucono. Starsza córka nie chce być matką i żoną, woli żyć z kobietą, syn chce się zakochać i mieć dzieci, ale mu nie wychodzi. najmłodsza córka ma tyle opcji do wyboru, że sama nie wie, kim chce być i w rzeczywistości nie wiadomo kim jest. Może być wszystkim i każdym, jest w zasadzie nikim dookreślonym, nieciekawą plamą z zadatkami na coś.

Główny bohater dzielnie przechadza się w sukienkach i maluje paznokcie, dzieci są lekko zszokowane, ale bardziej zajęte swoimi problemami a ogólnie bije z tego serialu wielki smutek. Że staramy się, chcemy, a nic kompletnie nie idzie tak, jak chcemy, nic nie jest takie, jak zakładaliśmy, żadna rola przypisana nie przynosi szczęścia, a poszukiwanie samego siebie nie przynosi ukojenia.

Tak więc i podstarzała party girl, czy samotna kobieta, czy odrzucona Anna albo Amerykanie mający problemy z tożsamością płciową i społeczną, to jest i tak coś, co zmierza tylko w jednym kierunku – donikąd.

I to jest dla mnie jedyny optymistyczny wydźwięk, że pod tym względem – wszyscy jesteśmy równi. Ani niedojrzali, ani inni, ani wykluczeni. dla wszystkich bowiem skończy się tak samo.