Powrót habitusa, czyli Houellebecq i Eribon na jednej kolacji

Nie czytam książek, żeby przodować w rankingu „52 książki w rok”, nie interesuje mnie też czytanie dla rozrywki. Książka ma mną wstrząsnąć i ma za zadanie pokazać mi coś od takiej strony, z jakiej jeszcze tego czegoś nie oglądałam. A, i mam zazdrościć, że komuś się chciało i umiał coś tak opisać. To są powody, dla których czytam ostatnio bardzo niewiele, bo naprawdę, cóż jeszcze może mną poruszyć teraz (tu miejsce na domysł, czym jest to moje teraz, jakiż wiek i jakaż mądrość za tym „teraz” stoi. Otóż obawiam się, że żadna, ale mówię też jak jest) – że tak nieskromnie się nad sobą użalę.
Ale ostatnio natrafiłam na dwie książki, które w jakiś sposób powiązały się ze sobą, nieprzypadkowo przypadkowo. Na pewno łączy je to, że obie zostały wydane niedawno i napisali je Francuzi. Jest też dość zbliżona tematyka, chociaż perspektywy całkiem inne, co czyni tę koincydencję jeszcze bardziej interesującą.

Houellebecq

Pierwsza z powieści, oczekiwana przez mnie, „Serotonina” Michaela Houellebecq’a wymienionych przez mnie na wstępie kryteriów nie spełnia. Ale mimo to (nie tylko ze względu na to, że jestem wierna pisarzom, których kiedyś uznałam za odkrywczych) przeczytałam ją, szybko i od deski do deski, nie bez pewnej perwersyjnej przyjemności. Perwersyjnej, dlatego, że przyjemność z czytania nie była właściwie niczym umotywowana. To, o czym pisze Houellebecq w „Serotoninie” – to wszystko już było we wcześniejszych jego utworach, trzeba strawić dużo tłustych, banalnych zdanek, stwierdzeń podawanych w formie nonszalanckich prawd objawionych zanim się dojdzie do jakichś sensownych konkluzji. Przykład: „(…) miałem wtedy rację, dziewczyny to kurwy, można i tak na to spojrzeć, ale życie zawodowe to jeszcze większa kurwa, która na dodatek nie przynosi żadnej przyjemności.” Aha.  W przypadku tak wytrawnego pisarza, to jednak zgrzyta.
Ale mimo to mam słabość do tego francuskiego zrzędzącego marudy. Kiedy zdarza mi się zapominać o buddyjskich wyznacznikach czyniących życie szczęśliwym, mam tendencje do zapadania się w bardzo podobne stany jak houellebeq’owski bohater. Polegają one mniej więcej na przekonaniu, że w pewnym wieku (jestem już w wieku, kiedy właśnie wiek tak się określa!) i tak nic już nam się nie przydarzy, na miłość, relacje, jakieś ekscytacje jest już za późno i wszystko zmierza do nikąd, więc trzeba się urwać z systemu i doczekać na czilu do końca w jakimś miłym domku na południu na przykład Hiszpanii. Mnie różni od niego to, że z systemu urwać się nie mogę, bo nie dziedziczę spadku ani nie miałam okazji odłożyć tyle kasy, żeby mi starczyło na jakieś 30 lat nic nierobienia.

Tak więc jak w większości jego utworów, tak w „Serotoninie” mamy bohatera, który przedstawia się jako „(…) zachodni mężczyzna w kwiecie wieku, bez większych trosk finansowych przez najbliższych klika lat, bez bliskich czy przyjaciół, pozbawiony zarówno osobistych planów, jak i rzeczywistych zainteresowań, głęboko rozczarowany dotychczasowym życiem zawodowym, mający za sobą sporo różnych doświadczeń na polu uczuciowym, których jedynym punktem wspólnym był fakt, że się skończyły – w  sumie pozbawiony jakiejkolwiek racji życia i racji śmierci.”
Mam na instagramie ustawione motto, „adventures in going nowhere” i kiedy nie jestem pod zbawiennym wpływem medytacji, niestety niemal kompletnie utożsamiam się ze statusem houellebecq’owskiego bohatera. I to jest dość jasny powód, dla którego lubię czytać jego powieści. Lubię wiedzieć, że ktoś ma tak samo, nawet jeśli nie dostanę żadnej recepty na to, „jak żyć”, tylko raczej zostanie utrwalone moje przekonanie, że wszystko jest na nic.

W „Serotoninie” Houellebecq punktem wyjścia do swoich słynnych analiz społecznych, które  francuscy krytycy traktują świątobliwie niemal jak przepowiednie naszego zachodniego losu, uczynił oczywiście swoje miłosne i erotyczne związki. Te wszystkie jego damsko męskie przygody, z których jedna czy dwie miały nawet skończyć się przytulnym małżeństwem, ale tak się nie stało z banalnej przyczyny, bo bohater nie był w stanie na dłuższą metę myśleć o życiu w kategoriach „my”, te opisy seksu, zoofilii nawet z założenia szokujące, a tym razem raczej banalne i przewidywalne zostały rzucone na tło społeczne w rozpiętości czasowej od jakichś 90 lat do obecnych czasów.

Nasz nie taki jeszcze stary, ale lubiący uważać się za człowieka zmierzchu, Houellebecq patrzy na przemiany społeczne we Francji jako na nieustający pochód ku zagładzie systemu. Z jego prognoz wynika, że zaraz wszystkie urządzenia, systemy prawne, gospodarcze, unijne, lokalne, polityczne pokażą wkrótce ERROR. Na sieć przemian patrzy z perspektywy człowieka z klasy średniej wyższej mając oczywiście świadomość bycia rzadkim przykładem uprzywilejowanego członka społeczeństwa. Pokazuje jednak, że coraz niklejsze szanse na przetrwanie mają także arystokratyczni ziemscy posiadacze, że powikłane, coraz bardziej absurdalne unijne systemy regulujące sztucznie gospodarkami wielu krajów skazują na ubożenie i tych z klas wyższych i biją mocno w tych z klas niższych. Rzecz jasna ci uprzywilejowani mogą być kompletnie leniwymi beztalenciami, ale niech no mają jakąś nieruchomość kupioną w dawnych latach czy tłuściutki spadeczek po rodzicu, który zrobił jeden deal, który potem okazał się żyłą złota. Czy te spostrzeżenia są odkrywcze? Nie bardzo. Może we francuskim dyskursie silniej uderza to, że pisarze mówią o klasowości społeczeństw i jawnie o różnych nierównościach, w Polsce wciąż w szerszym dyskursie społecznym udaje się, że podziałów klasowych nie ma i wszyscy jesteśmy sobie równi, panuje neoliberalna propaganda z haseł tanich kołczów „Możesz wszystko” i sky is the limit, panuje wciąż krzywdzące i kłamliwe przekonanie, że jeśli nie masz wystarczająco dużo dóbr, które czynią cię kimś toś łajza i leń, i to twoja wina. Houellebecq mówi o tym tak: „(…) pieniądze nigdy nie wynagradzały pracy, jedno z drugim nie miało nic wspólnego, żadne społeczeństwo ludzkie nigdy nie zostało zbudowane na wynagradzaniu za pracę.” I te dywagacje społeczne rozbudziły moją ekscytację tym, jaka to mocna acz bolesna jest prawda, po czym losik wepchnął mi w ręce książkę Didiera Eribona i już w trakcie jej lektury czułam, że dotykam miękkiej, różowej tkanki przykrego sedna.

Ale to już jest osobna historia do opowiedzenia.

Eribon

Pisząc o książce Eribona „Powrót do Reims” tak naprawdę nie wiem od czego zacząć. Jest ona objętościowo mało imponująca, ale jej lektura była dla mnie rodzajem jakiegoś inicjacyjnego momentu, tak jak 6 tomów „Mojej walki” Knausgarda kiedyś. Dodała bowiem kolejny element do mojej układanki. Wyobrażam sobie, że nasze życia są takimi obrazkami z puzzlami, które w chwili przyjścia na świat są rozwalone w pudełku a potem, latami, z mozołem dostawiamy jeden do drugiego. Czasem ktoś ułoży je szybciej, czasem komuś wiecznie jakiś fragment nie styka, czasem układanka na zawsze pozostanie w rozsypce a czasem udaje się mozolnie dokładać element po elemencie, żeby pasowały i choć prawdy tych fragmentów układanki są znane albo przykre, to złożenie ich w całość jest jakimś rodzajem poznawczej radości.

O co chodzi w tym powrocie? Eribon jest 66 letnim francuskim filozofem, socjologiem i pisarzem, zrobił karierę uniwersytecką i wydał kilka książek, niby nothing special, no bywają naukowcy, myśliciele i pisarze, lecz cóż z tego dla nas wynika? Otóż dla mnie wyniknęło całkiem sporo.
Eribon zrobił tę karierę nie bez trudu, opisuje mozolną ku temu drogę analizując jaki wpływ na dochodzenie do uniwersyteckich katedr miało jego pochodzenie, a pochodził z biednej, robotniczej rodziny, środowiska, w którym nigdy się nie odnalazł i z którego już na etapie liceum uciekł, by nigdy tam nie powrócić. Jawnie opisuje, że nie czuł żadnego związku z rodziną, która nazywała go dziwakiem, nie kochał rodziców, bracia byli dla niego jak obcy. Studiując Sartre’a, Foucolta, mocno dążył do nie kończenia swojej edukacji na szkole podstawowej i można by zakończyć radosnym peanem na cześć maksymy – jak się chce, to można, proszę bardzo, gdyby nie to, że Eribon wskazuje jak mocno uwarunkowani społecznie jesteśmy nawet w tych swoich rzekomych karierach, uwarunkowani pochodzeniem, które silniej determinuje nasz los i nasze wybory niż lubimy to sobie wyobrażać. Niby nic odkrywczego, ale siła emocji, jakie włożył w opis tego swojego społecznego habitusa Eribon jest powalająca. Habitus – pojęcie ukute przez przyjaciela Eribona – ikonicznego socjologa Pierre’a Bourdieu, czyli zespół stałych i nabytych dyspozycji, które stają się nie tylko dyspozycjami działania, ale też określonymi systemami postrzegania i myślenia. Eribon chciał od tego zbiec, ale jak sam zauważa: „ To, z czego nas wyrwano, bądź skąd sami chcieliśmy się wyrwać, nadal stanowi integralną część tego, kim jesteśmy. (…) powrót do środowiska, z którego pochodzimy i z którego wyszliśmy w każdym sensie tego słowa, zawsze jest powrotem do siebie, odnalezieniem zarówno zachowanego, jak i zanegowanego ja.”
Kiedy myśleliśmy o sobie w kategoriach pochodzenia klasowego?
Klasy społeczne zostały wyparte z dyskursu wraz z wyparciem ery komunizmu, kiedy to pojęcie klasowości kojarzyło nam się z partyjną znienawidzoną nowomową, kierowniczą rolą klasy robotniczej, co oczywiście było jakimś tam fasadowym przekłamaniem, ta kierownicza rola, ale odium pozostało. Klasa społeczna? O tym się nie mówi. Mamy nowe czasy, coachów, szkolenia i możemy wszystko, a jeśli nie możemy, to nasza wina. Lubimy wierzyć, że społeczeństwo jest bezklasowe i każdemu daje równe  szanse. Czy na pewno?

Czy nie jest tak, że wraz z kolejnymi falami kryzysów ekonomicznych, których niepostrzeżenie, ale konsekwentnie padamy ofiarą, kryzysów wywoływanych przez garstkę światowych banksterów, zaczyna pojawiać się pytanie skąd się wzięliśmy na tym miejscu społecznej drabiny, w jakim jesteśmy? Czy to miejsce jest faktycznie tym, jakie chcieliśmy zająć i czy mieliśmy rzeczywiście tak wielki osobisty wpływ na to, gdzie się teraz jesteśmy?

Otumanieni rynkowymi, liberalnymi obietnicami naszej wersji american dream zapomnieliśmy, że w większości nasz rdzeń jest też robotniczy i chłopski, że większość z nas siedząc w tych miejskich osiedlach wznoszonych po taniości z przydomkiem „prestige”, ciułając swoje raty na niespłacalne kredyty wpadliśmy w pułapkę, nasz habitus nas schwytał i pokazuje, że nie ma ucieczki z klinczu pochodzenia. Jeśli rdzeń nasz wywodzi się z błotnych pól Mazowsza czy wschodnich kresów, nie staniemy się zacnymi mieszczanami, którzy mogą po 50 – tce żyć sobie z odsetek po sprzedaży odziedziczonej po przodkach drobnej nieruchomości w centrum miasta. Nasze wykształcenie, które pokoleniu obecnych 50 latków dała jeszcze socjalistyczna ojczyzna  w założeniu wyrównało jakoś szanse społeczne, ale nie na długo, bo wystarczy spojrzeć jakie możliwości mają obecni potomkowie wsi i małych miasteczek. Czy takie samo jak ci z dobrym habitusem w zacnych miejscówek centrów naszych miast?

Na te klasowe pułapki czyhające na członków społeczności chcących wybić się ponad własny stan – zwraca właśnie uwagę Eribon, przywołując jako przykład swój jednostkowy los.

Wyjaśnia też jak długą drogę i walkę z samym sobą musiał przebyć, żeby dać sobie przyzwolenie na uczestniczenie w byciu w tej klasie społecznie wyższej, na pisanie książek chociażby, bo społecznie nie czuł się do tego uprawniony. Wyjaśniał dlaczego jednym przychodzi coś od niechcenia a inni jakieś działanie muszą okupić mocnym zmaganiem się ze sobą, jak trudne jest wejście o schodek wyżej, jak bardzo zapał i zdolności nie są wystarczające, jak pozostaje się w pułapce własnego myślenia, że jest się klasowo gorszym i słabiej predestynowanym do wygłaszania jakichś opinii niż załóżmy kolega należący do klasy wyższej. Czy my zastanawiamy się nad tym dziś? Bo mnie to dużo przypomina. Cała seria wspomnień z młodości czy dzieciństwa wskazuje mi na szereg takich zonków społecznych, które warte są osobnej i już mojej własnej opowieści.

Książka Eribona może też wskazać proste wyjaśnienie, dlaczego w Polsce kolejne wybory znowu wygra PiS i narodowa prawica będzie miała się świetnie. Cóż się okazuje, że zamożne, mocno umocowane społeczeństwa zachodnie, takie jak francuskie, są całkiem podobne do naszego, tyle że z mocniejszymi podziałami klasowymi niż u nas. Eribon wskazuje dlaczego robotnicy, w tym jego matka przestali głosować na lewicę, a stali się najsilniejszym elektoratem Frontu Narodowego, skrajnej, nacjonalistycznej prawicy. Wyjaśnienie jest proste – z postępującej biedy, z rozgoryczenia, że ciężka praca nic nie przynosi a sociał jest rozdawany na emigrantów żyjących nie z pracy a z zasiłków na zakładane tam rodziny itd. Gniew ubożejących robotników czy przedstawicieli klasy średniej niższej nie jest jeszcze wymierzany w tę garstkę, która za to stale i zawsze się wzbogaca, ale właśnie w tych, których kosztem może polepszyć się mniemanie ubożejących, których praca zniszczyła nie dając nic w zamian. Klasyczne dowartościowywanie się przez dewaloryzowanie innych, obcych, dziwnych,  na czym elity polityczne i społeczne skutecznie żerują tak we Francji, jak i u nas.

A więc czy można uciec od systemu, od społecznej przynależności? Jakie są koszty potencjalnie udanej ucieczki, co zyskujemy, co tracimy, co daje świadomość społeczna?

Mnie wydaje się, że akceptacja własnej inności, tego, że możemy mówić o czymś bez poczucia, że jesteśmy słabo predestynowani do zabierania głosu, świadomość, że społeczne dyrektywy, prawa i opinie są arbitralne i absurdalne i że dzięki tym wszystkim świadomościom możemy żyć nie obijając się po tym życiu po omacku i nie wierząc w głupoty sprzedawane przez tanich sprzedawców kolorowych mrzonek o potędze płynącej z siły naszego umysłu – to wszystko jest nie do przecenienia, jest czymś co ustawia mnie osobiście bardziej otwarcie wobec mojego habitusu i mojego osobnego acz społecznego dziedzictwa.

Książkę Eribona, niezależnie od tego kto z jakiej klasy społecznej się wywodzi, uważam dobrze, gdyby poczytał każdy. Emocjonalnej i społecznej świadomości nigdy dość, a patrząc na to co się dzieje dookoła, wciąż za mało.

kategorie : zjedz to