Nie tylko „Stranger Things”, czyli w kanapce masz ściągę

Zazdroszczę ludziom, którzy nie mają kont w social mediach i nie korzystają z Netflixa. Ich czas na pewno nie kurczy się tak beznadziejnie jak mój i w czasie, kiedy ja scrolluję i zaliczam kolejny sezon serialu  – inni np. piszą do tego scenariusze. Kiedy godzę się już z tym, że przegrałam życie, to postanawiam, że przynajmniej podpowiem jak przetrwać zimę, nudne święta albo samotnego sylwestra. Sposobem na to jest wspomniany Netflix i seriale, dzięki którym pocieszyłam się, że inni mają lepiej albo są odważniejsi niż ja i miewają ciekawszą pracę. W sumie, żeby o tym się przekonać nie trzeba aż wydawać kasy na nietanią subskrybcję serwisu streamingowego, ale muszę jakoś móc uzasadniać swoją jesienno – zimową abnegację.

Zacznę paradoksalnie od tego co nie urzekło mnie najbardziej tej jesieni, tj. od „Stranger Things”.

fot. za comicbook.com

Na pierwszych odcinkach rozziewałam się okropnie, a odruch ten był tym potężniejszy im bardziej spektakularny był marketing i promocja II sezonu. To było mocne, to było wszędzie, to był efekt wow. Nie mam zaufania do takich efektów, więc z przekory podeszłam do tego na nie, co jak wiadomo rzutuje na percepcję. Ale oglądam, bo to bardzo przyjemnie się ogląda a potem wpadałam na to, że jest tam zamysł, na który Hollywood wydaje zyliardy, żeby nas kupić.

Na początku obraziłam się na II sezon, bo wtórny. Wtórny wobec pierwszego. Żadnej zaskoczki, czegoś extra, tylko to co było. Jak w I sezonie chłopcy fascynowali się Gwiezdnymi wojnami, to w II – Pogromcami duchów, jak w I poróżniła ich dziewczyna, tak w II też dziewczyna, jak Nancy pokłóciła się z fancy boyem i pocieszała w towarzystwie nieśmiałego protoplasty hipsterów Johnatana, tak w II sezonie wpadała na ten sam pomysł, jak w I sezonie Will został wciągnięty w jakieś zaświaty, tak w II zaświaty miał w głowie. Po prostu – ten sam schemat. No więc trzeba było iść w ślady Kayah i zapytać ”Po co”. Po co ja to oglądam.

Ale posiedziałam, pomyślałam i wpadłam, że kluczem do tego, że tak to ludzie łykają jest sentyment, nostalgia za „dawnymi czasami”, gadżety z lat 80-tych, neurotyczna Winona Ryder, dobro zwycięża, chłopackie sztamy i filmy Spielberga. Tęsknimy za tym co minęło, lubimy to mitologizować.

Ale trzeba zadać sobie pytanie – dlaczego tak się dzieje? Przecież nie wszyscy są tacy starzy jak ja i czują nostalgię za młodością, ten serial fascynuje też dużo młodszych ludzi. Więc skąd ta fala, którą tak umiejętnie eksploatuje Fabryka Snów?

Ja myślę, że to dlatego, że niezależnie od wieku, czas nas wszystkich się przykurczył. Kiedyś był niemal bezkresny, ciągnął się i ciągnął na 2 programach w TV, telefonie na korbkę, na analogowej łączności, potem internecie dostępnym dla garstki geeków, na wszystko trzeba było odpowiednio długo odczekać i można było też tym odpowiednio długo się cieszyć. Dzisiaj nie ma takiego komfortu, nowość zjada nowość, nie ma czasu ani przestrzeni, żeby wybrzmieć w naszych umysłach, w szalonym tempie następuje update począwszy od telefonu skończywszy na poglądach, które wczoraj miałam takie a dziś zupełnie inne. Nie jesteśmy w stanie tego przetwarzać, włączamy więc hamulec. Pozbywamy się nadmiaru rzeczy, opieramy konsumpcji i chronimy w swoją pamięć, w czas, kiedy „wszystko było jakieś inne”. Pamięć pozwala utrzymać własną tożsamość, Will ze Stranger Things też jest tym, kim pamięta, że jest, pamięć go tworzy i chroni. I dlatego jest szał na ten miły serialik zbudowany na nostalgii. Nostalgia to dziś przemysł. Też warto o tym pamiętać i nie dawać sobie wmówić, że to arcydzieło, ale ogląda się to dość miło jak pozbędzie się uprzedzeń takich jak moje.

Dopisawszy ideologię do serialu, który podobał mi się tak 6/10 mogę przystąpić do zachęcenia do włączenia takiego, który dla odmiany wprawił mnie w radość, że nie tylko te hollywodzkie hity, nie tylko na Wspólnej i że przeżyjemy w tym domku z kart nawet bez Kevina Spacy.

A to za sprawą seriali skandynawskich.

Latem byłam pod wrażeniem duńskich 2 sezonów „Rity”, ale nie, nie o seryjnej zabójczyni, dla odmiany o zwykłej nauczycielce z Kopenhagi. A teraz urzekła mnie „Rodzina Plus” ze Szwecji.

fot za nflix.pl

Uwielbiam obyczajówkę, kocham zaglądać ludziom w okna. W Skandynawii o tyle łatwiej, że nie mają dziwnego zwyczaju z firankami w oknach. Można sobie odetchnąć podglądając skandynawską codzienność, czyli parzenie kawy, rodzinne uroczystości, kłopoty z rozwydrzonymi dziećmi, fakapy w relacjach, próby dogadania się, pęd ku własnemu szczęściu i próby pogodzenia tego z wymogiem, aby dogodzić wszystkim, zazdrośni exowie, relacje pracowe, dzieci na głowie, byli kochankowie, starzy rodzice, pierdzenie przy śniadaniu, uroczystości związane z porami roku, celebry, świeczki z ikei, modne hygge i lagom, zwyczajność. I też ukłucie, że w Szwecji nauczyciela z podstawówki stać na kupno całkiem dużego domu, że przeciętny pracownik przeciętnego czegoś żyje sobie tak totalnie spokojnie, że może poświęcić się ciekawszym rozkminom niż to, że ma kredyt w walucie jakiej nie widział na oczy.

Dziwnym trafem uważam, że najciekawsze książki „o życiu” piszą Skandynawowie, bo przecież Kanusgard i ostatnio Agneta Pleijel – moje odkrycie. Mają oni spojrzenie na codzienność, na rodzinne traumy nie skażone jakimiś głupotami jak walka o byt. Pracują to mają i w wolnym czasie zajmują się udanym pokazywaniem nam, jak to wygląda, czy życie w bogatym kraju to szczęście, czy terapeuci są tam bezrobotni, co kryje się pod paczworkowymi kołderkami w ich sypialniach.

Tak więc mocne 8/10.

„Glow”

fot. za vulture.com

już jakiś czas temu Netlix zapodał nam w newsletterach sporą podjarkę tą nowością, ale ja, że w życiu nie będę oglądać serialu o wrestlingu. No nie po prostu, bo nie ma według mnie wiele głupszych widowisk niż udawane MMA w cekinach i to jeszcze w wykonaniu lasek. Ale obejrzałam wszystkie serialowe topy i przyszła koza do woza, to znaczy przystąpiłam do ogarniania rzeczy pominiętych i mówię, że dobra, damy temu szansę.

I cóż się okazało?

Warto było.

Bohaterki, grupa z trudem wyłonionych do występów na ringu wrestlingowym, też uważały, że to idiotyczne zajęcie, ale zbiegi różnych okoliczności życiowych o charakterze niesprzyjającym nie pozwoliły im zanadto grymasić. Wbrew pozorom nie jest to serial o wrestlingu.

Ogólnie ujmując jest tu pokazana uniwersalna na każdej szerokości geograficznej i w każdych czasach aktualna sprawa wychodzenia ze swojej strefy komfortu.

I tak oto wzięta aktorka serialowa nagle bez męża i pracy za to z małym dzieckiem musi przemóc się, włożyć cekiny i udawać zadawanie ciosów, rzuty i skoki. Inna – mało wzięta, więc bez kasy aktorka gustująca w sztukach Strindberga z dwuosobową publicznością musi zmierzyć się z tym, że wcale nie jest taka fajna jak myśli, unieść antypatię koleżanek i zejść z hipsterskiego stołka na dół. Jak to w dobrze skrojonych scenariuszach tak i w  tym wszystkie bohaterki są wyraziste, dwie antagonistyczne, każda ma jakiś powód, aby działać wbrew swoim dotychczasowym nawykom, każda jakoś tam walczy bardziej ze sobą, ze swoimi lękami, fobiami niż w udawanych zapasach w telewizyjnym show.

Jest też postać zawiedzionego, zgorzkniałego artysty reżysera, który swoją scyniczniałością umiejętnie stopuje wszystkie fochy kobiet. Pokazuję mój ulubiony dialog z tego serialu.

fot. screen z ekranu, kolaż mój

Postać reżysera jest też skrojona tak, że widz nie ma wątpliwości, że nie da się jednoznacznie go zakwalifikować, raz jest dobry, raz zły, a na koniec okazuje się, że raczej tacy jak wszyscy, w sumie miły pan z traumami. Klasyk.

Jest też fajnie pokazana pewna glofryfikacja dziewczyńskości. Widzimy, że love między kobietami nie jest sprawą łatwą, ale jak już się dostatecznie oswoją i obwąchają wystąpi pewnego rodzaju niepowtarzalna solidarność.

W tej grupie przypadkowych freaków, są kulisy show biznesu w Hollywood w latach 80-tych, są błędy ludzi, są potknięcia, cała ich masa i oczywiście pokaz wstawania z kolan. Czyli typowa historia motywacyjna pokazująca, że czasem nawet projekty wydające nam się głupie mogą nas odmienić bezpowrotnie. Na lepsze. Jeśli się zechce oczywiście.

Tak więc werstling – a utożsamić się można, potencjał na powiedzenie sobie „to o mnie” albo „coś w tym jest” – naprawdę spory. Tak bez problemu 9/10. Mało grzebałam w telefonie oglądając to. To najlepsza rekomendacja.

„Mindhunter”

fot. za denofgeek.com

Stoi za tym David Fincher. Jest to serial kryminalny. Panuje szał na punkcie lat 80 -tych, więc i ten dzieje się wtedy. Kolejny świetnie rozpisany scenariusz. Wyraziste postaci i ich rozterki, które nas obchodzą, mimo że wcale nie dzieją się w Polsce w 2017 roku w Warszawie czy na plebanii. Rzecz jest o dwóch gościach z FBI, którzy zrządzeniem przypadku zaczynają pracować nad projektem, który dał podwaliny pod zawód „profiler”. W skrócie –  jeździli po aresztach karnych i przeprowadzali rozmowy z seryjnymi mordercami starali się stworzyć profil mordercy po to, żeby potem policja miała się na czym opierać poszukując wytrychów do dziwnych zbrodni bez klucza. Jeden bohater –  młody, początkujący oficer, zajmujący się bardziej naukowymi tematami, wykładami niż operacyjnymi kwestiami i drugi starszy – typowo operacyjny, a więc klasyczna opozycja – serce i rozum, młody z pasją i doświadczony, ale sceptyczny. Żaden z nich nie miał siły ułożyć sobie zorganizowanego fajnego życia po robocie. Wysłuchując i patrząc co dzień na ogrom zła, jakie może wyrządzić jeden człowiek drugiemu i że dzieje się to często bez konkretnej przyczyny – powodowało u nich dość spore zagubienie we własnych emocjach.

Zastanawiałam się też jak to jest mieć taką pracę nie od 9 do 17, kiedy wychodzi się z biura i żegnam, ale taką, która jest życiem, że nie ma znaczenia jaka jest godzina jaka pora roku jaki czas, wystarcza, żeby zmienić koszule i coś przegryźć, a poza tym całe życie to praca. No więc nie wiem jak to jest, ale ciekawa jestem.

Pierwszy sezon pokazał, że obu gości taki tryb nieco wykończył, że chyba jakiś worklifebalance jest wskazany, ale chyba nie zawsze się da. No nie każdy mieszka w Szwecji. Przynajmniej panowie mieli pewność, bo mieli, że biorą udział w tworzeniu czegoś istotnego, wiedzieli, że to jest ważne, a to już coś. Można zejść na zawał, ale jak w słusznej sprawie, to zawsze jakoś tak lżej. Spokojnie, bohater przeżył i dlatego wyczekuję sezonu 2 dając 8/10, ze dwa razy jakiś skrolik mały uskuteczniłam, bo serial ma czasem dłużyzny.

Ale seriale serialami, ja się trochę obawiam, że medialne wytwory współczesności mnie pożerają, to się dzieje, rozwija w tak zawrotnym tempie, że zanim wysmażyłam ten tekst, zdążyłam obejrzeć już kolejne dwa fascynujące seriale każdy po 2 sezony. Dokąd to zmierza – zdiagnozował już genialny „Black Mirror”, który ma w sobie tak potężny ładunek znaczeń, przesłań, przestróg, dystopii mogących stać się za chwilę rzeczywistością, że nie miałam dość sił, żeby to nawet opisać.

Ale kiedy wydaje nam się, że wszystko już zostało opisane, pokazane, otwierasz laptopa, odpalasz Netflixa a tam kolejny, nowy, odkrywczy, genialny, świetnie zrobiony materiał „o nas”, nas, którym już trzeba mówić z offu kim jesteśmy.