Kanapka socjalna, czyli po co nam social media

Po co ci soszale?

Parę dni temu mój przyjaciel zadał mi właśnie takie pytanie. Po co mi konta w social media?

Tak to jest, nam wydaje się coś oczywiste, dla innych jest dziwne i nagle nad oczywistością następuje cała masa refleksji i właśnie bardzo fajnie.

Zresztą nie tylko mój skąd inąd młodszy i zanurzony w rzeczywistości internetowej przyjaciel zadaje takie pytanie. Znam też VIP-ów zaznajomionych z online’owymi biznesami wykładających kawę na ławę, że ale po co nam Facebook i inne jakieś tam kanały. Social media nie generują przecież istotnych i krociowych zysków (uhm, może u nas w Polsce;]) dla firm. Mogą lekko podrasować wizerunek czy wesprzeć Biura Obsługi Klienta stając się pierwszym kręgiem piekieł Departamentu Wylewania Żalów i Hejtów Wszelakich. No to ewentualnie. Ale generalnie są i biznesowo i życiowo zbędne i niekonieczne.

Nie jest to tekst mający na celu zaistnienie na łamach Nowego Marketingu czy Socialpressa, dlatego nie będę rozwodzić się nad tym, że duże budżety, relokacja środków z tradycyjnych nośników reklam jak telewizja, outdoory, prasa czy ulotki są w stanie niezwykle spektakularnie wzmocnić sprzedaż czegokolwiek za pomocą kilku nietrudnych sztuczek znanych osobom zajmującym się tworzeniem stron www i ludziom obsługującym reklamowe panele największej dziś platformy marketingowej tak naprawdę, czyli facebooka. Jeśli umiejętnie skoreluje się kampanie na różnych kanałach socialowych można skutecznie sprzedać dziś wszystko, i pokazać światu, zaistnieć też. To jest temat szalenie istotny, ale nie o tym dziś chciałam. Na innej części dyskursu o zasadności sosziali niż biznesowe chciałam się dziś – jak to modnie się nazywa – sfokusować;]

A więc, co mówią na ogół kontestatorzy social mediów:

  • ja tam wolę żyć niż postować o tym na Facebooku (cokolwiek zresztą znaczy to „żyć”)
  • ja wolę przeżywać (znowu to słowo wytrych) niż robić ciągle zdjęcia, nakładać na nie filtry, potem godzinę wpisywać hasztagi, a tymczasem coś mi przecież umyka, taaak??
  • trzeba się zwrócić ku REALNEMU życiu (jaka jest definicja realności?) a nie wirtualnemu, zamkniętemu w smartfonie hasztag iphoneonly, bo traci się kontakt z otoczeniem i z ludźmi, którzy są obok (czyżby? a może już wcześniej był stracony?)
  • a jak tak filtrujesz te zdjęcia, to przecież zakłamujesz swoją rzeczywistość, wcale rano nie wyglądasz jak spowita we mgłę, tylko masz kaca i wory pod oczami kretynko

Zresztą faktycznie, jak tak sobie idziemy z przyjacielem moim i tłumaczę mu, na czym polega zajebizm posiadania snapchata posiłkując się argumentem: „ale wiesz, możesz np. zobaczyć jak idę” – to brzmi to trochę absurdalnie, ale nie jest to case tak do końca tylko podpadający pod kategorię „z dupy”.

Zdecydowanie skłaniam się ku opinii mojej znajomej – osoby niezwykle obeznanej w świecie nowych mediów, marketingu digitalowego i socialowego, która twierdzi, że

ten, kto nie korzysta z sociali – coś traci.

Zanim rozwinę tę myśl, to słowo dygresji i wyjaśnienia zarazem.

Rozumiem i poważam, kiedy ktoś nie czuje potrzeby dzielenia się swoim światem i myślami z innymi znajomymi, obcymi za pomocą obrazów i fancy postów. Totalnie ogarniam to, że tego rodzaju komunikacja nie jest oczywistym narzędziem w oswajaniu świata. Mimo że są to narzędzia dostępne powszechnie, to nie każdy musi umieć i lubić się tymi narzędziami posługiwać. Nie dyskutuję z tym, tak jak bez sensu byłaby dyskusja o tym, że ładne są tylko włosy długie a nie krótkie.

Ale bezdennie drażni mnie to, kiedy ktoś nie czujący potrzeby na coś poszerza tę skłonność na całą rzeczywistość i kreuje własne widzenie jako coś co winno być powszechnie obowiązującym zwyczajem. Otóż takiemu „bucyzmowi” mówię stanowcze NIE, bo NIE 🙂

Wracając do głównego tematu zaś

Po co nam soszale?

Na początek oczywistości: konektują nas z ludźmi, znajomymi z zamierzchłych czasów i tych z wczoraj, z nieznajomymi też i nie mam tu na myśli Tindera, z wydarzeniami, które mogą nas zainteresować, w końcu wall to taka spersonalizowana prasówka, podaje tylko wyselekcjonowane informacje, dla jednych o prezydencie Dudzie, dla innych o kotach do adopcji, no i tak dalej. Oczywistości, oczywistości.

Ale! tak mi się przypomniało. Znam ludzi, którzy mówią, że Facebook jest nudny (!) i nic TAM się nie dzieje. Tacy ludzie na ogół nie widzą, że sami po prostu są nudni, niczym się nie interesują prócz samym sobą, ale w tym złym kontekście, w związku z czym nie szukają, nie trafiają na ciekawe fan strony, wydarzenia itp. bo jak mają wpadać skoro nic ich nie ciekawi. Zatem, kiedy wpadają na Facebooka widzą w nim swoje własne oblicze, czyli nudę.

Facebook to też po prawdzie temat na inne story. Zmiana algorytmów, które wyrzuciły treści niegdyś przez nas lubiane na rzecz tych, za które bogate korporacje płacą dużo pieniędzy, żebyśmy je zobaczyli, zmiana sposobu funkcjonowania tej platformy społecznej w całym obszarze social mediów – o tym może kiedy indziej.

I teraz kwestie mniej oczywiste.

Wrzucam na snapa, instagrama zdjęcia, video, że oto – idę, doszłam, siedzę, jem, zjadłam, leżę, na prawym boku, a tu na lewym. Pytanie przyjaciela – a kogo to obchodzi – wydaje się zasadne.

Można to podpiąć pod kwestię, że usiłuję nadać ważności mojemu w gruncie rzeczy nudnemu życiu, bo gdyby było jedną niekończącą się przygodą w górach w warunkach atmosferycznych ciężkich, to nie miałabym potrzeby tego uwieczniać na instagramie (akurat!)

W moim mniemaniu zaś wiąże się to ze zjawiskiem UWAŻNOŚCI.

Nie każdy ma talent jak Knausgard i może napisać 6 tomową epopeję o detalach swojego życia jak kolor sznurówek zimowych butów, jakie miał na kinderballu w 92 roku czy o eseju o butelce, torebce foliowej, krześle ogrodowym czy jabłku. Mając deficyt talentu narratorskiego, ale za to dysponując nowym smartfonem z czynnym AppStorem może sobie i innym taki fragment rzeczywistości pokazać nie tylko „takim jakim on jest”, ale tak, jak on sam to widzi. A sposobów na to setki. Filtrów, ramek, znaczków, cięć, blurowań. Nie trzeba być mistrzem photoshopa i znamienitym fotografem z aparatem fotograficznym o wartości samochodu. Wystarczy telefon, soszale i można dzielić się z innymi faktem, że widzi się trawę, albo butelkę, albo śliwki na bazarku. I nagle, patrząc przez pryzmat swojego telefonu, można dostrzec, że to co nas otacza jest dość warte uwagi, ciekawe a może nawet i coś warte, choć pozornie wartości materialnej może nie mieć żadnej.

Może w ten sposób nadaje się pozornym błahostkom i oczywistościom z otoczenia jakiś meta – sens.

Moim zdaniem to niepozorne dość zjawisko może mieć zbawienne i długofalowe skutki. W czasach, kiedy dobrze oznacza więcej i więcej, można skupić się na tym co już jest. Koło mnie, obok mnie, za mną, przy mnie. Może to zmierzać ku szerzej zakrojonej akcji – zauważania tego, co się ma a nie wiecznego pragnienia tego, czego się akurat nie posiada.

Uważam, że obmyśliłam to sprytnie.

Na koniec taka dywagacja.

Nie lubię w socialach takiego trendu fotografowania zabytków czy rzeczy uchodzących za piękne (noo za wyjątkiem może zachodów słońca i kotów 🙂 ). Piękno jest trudne do opowiedzenia. Tylko nadawanie rzeczom niepozornym ważności i uczynienie ich wartymi uwagi ma moim zdaniem sens. Dlatego nudzą mnie widoki pięknych budowli, pięknych kobiet i stylizacje porannych kaw. Lubię za to oglądać coś, na co nie zwróciłabym uwagi a czyjaś perspektywa widzenia ściąga moją uwagę ku czemuś co jest obok a dla mnie było dotąd niewidzialne. Patrzę na takie zjawiska i następuje efekt WOW.

Żeby nie być gołosłowną, to prócz mojego super ekstra profilu na instagramie, chciałabym polecić dwa inne, które ostatnio zrobiły na mnie silne wrażenie i oglądam je z niekłamaną lubością:

  1. to jest profil szybki_wiesiek, który nazywa siebie Januszem fotografii, ale chyba trochę przewrotnie. Robi zdjęcia, widoczki Warszawy, ale nie tej pięknej niby, chociaż Pałac Kultury zawsze spoko jako obiekt o milionach twarzy. Pan uwiecznia bloczki, blokowiska, dziwne zjawiska architektoniczne Warszawy a źródło tego w tym mieście wydaje się niewyczerpane. Okrasza to zawsze dowcipnym komentarzem i patrząc na jego zdjęcia śmiać mi się chce a zaraz potem płakać, ale dzięki tym zdjęciom jeszcze bardziej lubię miasto, w którym żyję. I o to chodzi, prawda?
    kilka przykładów z jego profilu
  2. drugi profil należy do graficzki z Polski, ale de facto obywatelki świata  –Alicji Białej. Swój ewidentny talent promuje oczywiście za pomocą kanałów social mediowych i moje wielkie zainteresowanie wzbudzają tyleż same jej prace jak i sama ich autorka, to jak rozgrywa samą siebie. Jak podnosi kieliszek czerwonego wina do ust albo przeczesuje grzywkę ogrywa tak, jakby to samo w  sobie było aktem sztuki. I ma rację. Poprzez sposób, w jaki pokazuje fragmenty swojej prywatności, zwykłe czynności mogą okazać się sztuką:) To takie krzepiące, że mieszanie jedzenia w garnku nie musi być nudną, pospolitą męką:)
    przykłady z jej profilu

Prawda, nie każdy też będzie potrafił tak jak oni. Ale myślę, że można znaleźć sposób na swoje sposoby wyrazu. Na szczęście soszale to nie literatura. Nie są tak hermetyczne. I dla wybrańców. Są totalnie demokratyczne i dzięki nim wszystko wokół nas może nabrać nowych znaczeń.

Amen