Kanapka w Stanach

Mój  były mąż nazywał mnie onegdaj „babą z poduchą na parapecie”, co miało nawiązywać do tego, że byłam wścibska i zawsze lubiłam wiedzieć o ludziach dużo.
Trudno stwierdzić, czy to podpada pod elegancki „voyeryzm” czy jest zwykłym byciem gossip girl, niemniej jednak, kiedy Tomasz Wasilewski – reżyser filmu „Zjednoczone Stany Miłości” powiedział w jednym z wywiadów, że chciał otworzyć drzwi do mieszkań w blokowiskach w czasach przełomu lat 80 i 90-tych, to wiedziałam, że nie ma opcji, ja tam zajrzeć muszę.

Zapewne dla wielu z tych, których cudze życie niezabytnio interesuje, wiele obrazków pokazanych w tym filmie może być szokujących. Dywagujmy, czy to jest kwestia tego, że sceny z naszych żyć w naszych mieszkaniach mniejszych, większych, na bogato czy przeciętno są szokujące, czy też to kwestia tego, że właśnie TAK się je pokazuje, na szokująco a nie np. na romantyczno. Czy wszystko jest kwestią tego, że jest, czy kwestią tego JAK ktoś to widzi?

Ja nie wiem. Ale przypuszczam, że nie ma jednej formy bycia czegokolwiek. wszystko zależy w sumie od tego, którą nogą wstanie się z łóżka.

W każdym razie, kiedy parę miesięcy zobaczyłam trailer tego filmu – wiedziałam, że muszę go zobaczyć i bardzo czekałam, żeby wpakować się na te imieniny przy stole w jakimś ciasnym dusznym mieszkanku z paniami w welurowych kreacjach.

Zwiastuny, zdjęcia do filmu, który nota bene miał świetnie zorganizowaną promocję w social mediach, wskazywały potencjalnemu widzowi od razu – helo, to nie będzie łatwy film!

Dominowały zimne odpychające barwy, ziemiste albo przywołujące na myśl atmosferę prosektorium. Żadnego ocieplającego światła, tylko takie, które cięło bohaterów, ich ciała i dusze jak skalpel. Nie było nad nimi żadnej litości. Mało co mnie szokuje w kinie, pornosów przeróżnych się naoglądałam, ale to widok ciał starych kobiet w basenowej przebieralni wywołał we mnie okrzyk. Przerażenia. Podsunięto mi pod nos to, od czego się ucieka i czego się panicznie boi – od brzydoty, nie takiej wystylizowanej, ale takiej naturalistycznej, przygnębiającej, codziennej, która jest w każdym z nas jak się nas źle doświetli.

W którymś momencie cały ekran przez kilka sekund zdominowała dupa Andrzeja Chyry (też niedoskonała zresztą) i można by rzec, po co, czy bez tego nie można opowiedzieć o czymś?  Zresztą sporo jest głosów o filmie, że przekombinowany i za dużo golizny. Nie zgadzam się. Ta scena z gołą dupą Chyry, który wstaje i szybko się oddala pozostawiając w łóżku z pościelą z kory Magdę Cielecką zwiniętą w jakieś dziwne kombinacje mówi widzowi od razu – dupa z tego będzie nie związek. Tak właśnie dosadnie to mówi. Żadnych tam subtelności, nie i już.

Cała warstwa wizualna filmu jest szalenie istotna. Nie pozostawia widzowi wątpliwości, że będzie miał do czynienia ze światem, który pozbawiony jest nadziei, który jest szarzyzną, wydeptanymi trawnikami, betonowymi kościołami, starymi boazeriami, małymi klitkami, w których usiłuje dziać się życie.

Autorem zdjęć do tego filmu jest Oleg Mutu – Mołdawianin, który robił też zdjęcia do rumuńskiego filmu nagrodzonego w Cannes kiedyś „4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni” o studentce, która w czasach komunizmu w Rumunii usiłowała dokonać nielegalnej aborcji. Do dziś nie obejrzałam tego filmu. Ze strachu, że brzydota rumuńskiego losu przygnębi mnie i zdołuje do cna. I sądzę, że Mutu tu też mógł dać z siebie wszystko, dlatego ten film nie będzie się podobał wszystkim.

Barierę w miłym odbiorze filmu tworzy też fakt, że obrazu nie uzupełnia muzyka.

Zero podpowiedzi ze strony ścieżki dźwiękowej co mamy czuć patrząc na to, co podsuwa reżyser. A radź se widzu sam, myśl sam, sam zdecyduj jak jest. To trudne, bo w kinie woli się na ogół być trzymanym za rączkę. A tu znikąd pomocy. Szara rzeczywistość polskich miasteczek, blokowisk i takich samych osiedli z betonu i ludzie z ich paprotkami.

Trochę mi się początkowo ten film kojarzył z klimatem „Dekalogu” Kieślowskiego, te blokowiska, te światła w oknach jak płomyki rozpaczliwej nadziei, że jeszcze będzie wspaniale, jeszcze będzie świetliście. Ale Kieślowski trochę ten dramat ocieplał, tam gdzieś w rogach brzydkich mieszkań czaiła się odpowiedź na wszystkie zadane pytania. W tym filmie nie ma nadziei żadnej.

W tej całej prosektoryjnej scenerii reżyser umościł 4 kobiety: mężatkę niekochającą swojego prostego męża i marzącą o seksie z przystojnym księdzem, dyrektorkę szkoły singielkę graną przez posągową Magdę Cielecką, która zaklinała rzeczywistość krwistą szminką na ustach i pomalowanymi na czerwono paznokciami, siostrę dyrektorki młodą instruktorkę – jak to się wtedy mówiło – aerobiku, której mąż wyjechał do Niemiec na saksy a ona czekała i próbowała robić karierę w modelingu i nauczycielkę rosyjskiego też singielkę, która hodowała kanarki.

stany

fot. za profil Magdaleny Cieleckiej na Facebooku

Są też mężczyżni – prosty mąż, uduchowiony ksiądz, lekarz, czyli Chyra. Stanowią oni tło, na którym mocno i wyraźnie widać paradę niespełnień bohaterek.

Ich losy ładnie się zazębiają, przeplatają ze sobą, przenikają, następuje kombinacja sekwencji ich pragnień i marzeń o wielkiej miłości i spełnieniu, które nie nadchodzi i zapewne nie nadejdzie nigdy.

Każda z nich desperacko pożąda swoich obiektów, które według nich dałyby im satysfakcję i każda rozgrywa swój pochód ku spełnieniu w najgłupszy sposób, jaki tylko istnieje. Tylko, że prawda jest taka, że tak właśnie postępuje większość z nas, kiedy czegoś chce a nie może tego mieć. Pokazane babki podejmują wysiłki w realizacji swoich pragnień, ale kończą z głową w misce na rzygi, w dworcowym kiblu z przygodnym seksem z byle kim albo leżąc nago na wersalce (!) poruszając nieznacznie spuchniętym palcem u stopy. To wszystko co może się zdarzyć. Kurtyna. I cisza.

Wrócę jeszcze do Kieślowskiego.

Jest w tym filmie taka scena, kiedy dyrektorka szkoły nagabuje córkę kochanka. Nie wiemy co jej mówi wioząc ją samochodem gdzieś nie wiadomo gdzie. Ale poruszona córka wybiega z auta i biegnie na zamarznięte jezioro chcąc uciec jak najdalej. Oczywiście lód załamuje się a dziecko wpada w przerębel. Cielecka stoi na brudnym brzegu. Cisza. Nic się nie dzieje.

Ta scena ma w sobie coś groteskowego.Nastąpiło jakieś mocne zdarzenie, śmierć prawdopodobnie, ale nie dodaje się do tego, żadnej wartości dodanej. U Kieślowskiego zapewne byłaby zaraz cała parada dywagacji o moralności tej babki, o tragizmie losu, zresztą był taki odcinek „Dekalogu”, w którym chłopiec też utopił się w przeręblu a tam zaraz cała masa myśli podsuwających nam wyjaśnienie zagadki sensu życia. Tam reżyser nie zostawił nas samych. A tu owszem.

I dlatego ten film może się nie podobać.

Mnie, owszem podobał. Bo uważam, że Wasilewski nas nie oszukuje. Każe nam się konfrontować z tym co jest, czyli, że nie ma nic prócz chęci i niemożności. A już na pewno nie ma nadziei, ani nie istnieje coś takiego jak spełnienie. Jak się to pojmie to paradoksalnie naprawdę łatwiej jest to wszystko ogarniać.

Świetny film uważam o naszej kondycji, o naszym wiecznym miotaniu się, poszukiwaniu, o rozziewie między tym, kim chcemy być a kim jesteśmy. Że droga od głowy w chmurach do głowy w misce na wymiociny – niedaleka.