Kanapka z autografem, czyli książka, targi i seks po 60 – tce

Nie wiem, czy chce mi się rozpisywać o kondycji książki i czytelnictwa w polskim społeczeństwie, dołączać do ubolewaczy, że nie czytamy, narzekaczy, że nie ma co czytać, bo wydają się i sprzedają same czytadła dla gospodyń, a jeśli coś ciekawszego – to drogie.

Ale jeśli miałabym postawić jakąś tezę na temat zjawiska „książka w Polsce”  na podstawie tegorocznych Targów Książki w Warszawie – to brzmiałaby ona – nie jest dobrze, źle właściwie moim zdaniem jest.

Książka na Stadionie

Sama osobiście jestem wielką admiratorką i wielbicielką książek, które uważam za byty niematerialne i duchowe. W moim domu zajmują poczesne miejsca i są moimi ziomkami. Mam z nimi wspomnienia, niektórych nie dałam rady przeczytać 20 lat temu, bo byłam za głupia, teraz nadrabiam, ale okazuje się, że nie stałam się za wiele mądrzejsza na nie. Takie to są książki, zawsze ci powiedzą, kim jesteś.

Dlatego też uważam, że spektakularna, z wielką pompą impreza książkom, wydawcom, autorom i czytelnikom się należy.

Co roku miasto, organizator starają się sprostać temu wyzwaniu organizując w środku najfajniejszego miesiąca roku 4 dniowe Targi. Zawsze uwielbiałam na nie chodzić, ale prawda jest taka, że odkąd imprezę przeniesiono z Pałacu Kultury na Stadion Narodowy ta impreza straciła cały swój urok.

Ja zdaję sobie sprawę, że zorganizowanie straganu z książkami, poważnego wydawnictwa specjalizującego się dajmy na to w filozofii, pod schodami, wciśniętego między przejścia, olbrzymie schody donikąd i monumentalne balustrady mogło nie być komfortowe ani dla wystawców ani dla odwiedzających, ale gubienie się w labiryntach korytarzy tych ekspozycji targowych zawsze było dla mnie nieodłącznym elementem fanu z tej imprezy. Zapach książek połączony z nieodgadnionymi ścieżkami i labiryntami Pałacu Kultury zawsze mnie szalenie ekscytowały. Książki w tamtej scenerii nabierały czegoś nierzeczywistego, jak ten cały Pałac, czegoś nieodgadnionego, lepszego. Mimo niewygód, panującej tam duchoty i ciasnoty spędzałam tam długie godziny łażąc, gubiąc się, przystając, słuchając, kupując, macając. W ogóle macanie było kluczowe.

Przeniesienie tego na Stadion uczyniło z imprezy jedną z wielu ludycznych imprez o zabarwieniu plebejsko wiejskim. Widok miliona tych krzesełek, które wypełniają kibice jakichś legii albo wielbiciele motocorsowych eventów, podczas których panowie robią fikołki ma motorach, kłóci się moim zdaniem z elitarnością i ekskluzywnością czegoś takiego jak książka.

Książka niby powinna być dla każdego. Jak może w Skandynawii, gdzie ponoć na każdej islandzkiej czy norweskiej czy duńskiej wysepce z 300 mieszkańcami zawsze jest księgarnia. No ale my nie jesteśmy jednak Skandynawią, pod żadnym względem, więc bez sensu to porównanie.

W każdym razie książka ma według mnie charakter elitarny. Choćby z tego względu, że trzeba mieć:

  • czas, żeby ją skonsumować
  • olej w głowie, żeby jej konsumpcję spożytkować, a to wiadomo, deficytowa sprawa
  • kasę, żeby sobie taki zakup luksusowy sprawić. Sorry, ale 50 zł za przeciętną książkę to nie jest mało dla przeciętnego rodaka zarabiającego powiedzmy 2500 miesięcznie. A ci, którzy zarabiają więcej i tak nie mają czasu na czytanie, więc wychodzi, że to jednak towar wysoce ekslusive.

Jak przetrwać na stadionie oglądając książki

Kiedy już ustalone, że elitarny towar za sprawą jakichś decydentów trafia pod strzechy, czyli na płytę siermiężnego stadionu służącego rozrywkom masowym – trzeba stwierdzić, że ustrzechowienie luksusu na siłę nie sprawi wcale, że książka stanie się przystępniejsza dla przeciętnego człowieka. Na tym stadionie wytrwają najwytrwalsi, a ja podpowiem, jak można sobie w tym wytrwaniu pomóc.

Case jest taki teraz, że trzeba wcisnąć się na poziom 2 i tam jest taka alejka, która ciągnie się w nieskończoność. Po obu stronach cisną się wystawcy, ci bogaci na bogato, są lustra, przestrzeń i bajery, ci biedni przycupnięci w kąciku. I tak należy iść tą wąską alejką przepychając się przez tłum:

  • rozdawaczy ulotek o zdarzeniach, które nie mają godziny
  • tłumu dzieciorów na wózkach, w plecakach, na nogach, dla których organizowany jest tam cały cyrk z malowaniem buziek włącznie
  • wycieczek cioć, babć, rodzin, które się gubią, szukają i negocjują, gdzie teraz, a to może chodźmy na sernik

Aby to przetrwać dzielnie ten zmasowany atak obcych i wyciągnąć z tego jednak coś dla siebie warto:

  • wybrać się tam w pojedynkę, bez asysty, co daje gwarancję, że: nie trzeba będzie czekać aż druga osoba coś sobie wykmini przy dziale, który nas nie obchodzi, nie wpadnie się w poczucie winy, że stoi się przy dziale, który drugiej osoby nie obchodzi, nie trzeba będzie się godzinami szukać ani ustalać, gdzie się spotykamy, uff
  • słuchać muzyki idąc w trakcie i udawać, że bierze się udział w filmie dokumentalnym o książce i jest się narratorem. Fajna sprawa, naprawdę polecam, można dzięki temu przeżyć to jakoś po swojemu.

Po przebrnięciu kilometrów jednej strony wystaw, nie chce się już skrupulatnie oglądać drugiej strony, a kiedy jednak się to robi, boli wszystko i oczywiście wychodzi nie tym wyjściem, którym się weszło i trzeba obejść koronę stadionu naokoło, a kiedy się to zrobi, ma się naprawdę dość.

Potem jest pomysł – a może Francuska, jakieś miłe dańko w miłej cozy knajpie. Nic z tych rzeczy, ruch jak na promenadzie w Międzyzdrojach w lipcu, gofry, lody, wata cukrowa, podniesione kołnierzyki różowych koszulek polo panów i odświętne cekiny pań plus rozwrzeszczane dzieci.

Nie.

Czy stanie w kolejce po autograf jest normalne?

W trakcie mozolnego przedzierania się przez wystawy zauważam oczywiście niebotycznie długie kolejki do literackich gwiazd a to po to, żeby autor dał autograf. W sobotę branie miała Grochola i Filip Springer.

Ja się tak zastanawiam, czy nie sądzicie, że stanie w kolejce po to, żeby jakiś człowiek się podpisał na książce z dedykacją „Dla Wojtka”, nie jest trochę absurdalne?

W ogóle zbieranie autografów, ma w sobie coś z absurdu. Przypomina mi to trochę rodzaj błogosławieństwa dla nas od kogoś, kogo uważamy za wyższego od nas duchem, bo stworzył coś, co dla nas jest nieosiągalne – muzykę, utwór taki czy inny i zarobił na tym hajsy zamiast siedzieć w nudym offisie i klepać maile to robi co lubi i jeszcze jest sławny. A my nie umiemy, jesteśmy przeciętni, ale jak pisarz da nam autograf, to … no właśnie, to co?

Nie, nie jestem tu bez skazy. Sama parę lat temu wzięłam autograf Masłowskiej, jak wydała „Pawia Królowej”, bo nigdy nie ukrywałam, że mam do jej talentu i osobowości stosunek bałgochwalczy. Więc może coś jest w tej tezie, którą postawiłam, że to jest rodzaj błogosławieństwa, jakby papież talentu mówił – idź dziecko biedne beztalencie przeciętne, do niczego takie w ogóle, ja ci tu napiszę długopisem, swoje piętno odcisnę, niech cię owionie odrobina mej wielkości.

Tak czy owak, trochę się tego wstydzę, ale nie powiem, sama bym takie autografy rozdawała, choć zapewnie nie bez poczucia żenady i strachu, że zaraz mnie ktoś zdemaskuje, że jestem tylko Agatą Becher i co z tego, że napisałam książkę, każdy może. Ale póki co nie napisałam, więc problemem tym dłużej zajmować się tu nie będę.

Wielkość a rzeczywistość

Idę sobie idę, słucham monumentalnych smutków z mojej playlisty aż tu wtem widzę znaną postać. Wygląda tak samo pretensjonalnie jak ostatnio pretensjonalne są jej książki, tak to Olga Tokarczuk. Wielka Pisarka, którą nota bene kiedyś bardzo  lubiłam i wypisywałam sobie cytaty z jej „Dom dzienny, dom nocny”. Ma na sobie wszystko czarne, co jest jakby oczywiste dla każdej poetessy, zamaszysta spódnica, sportowe dziwne buty, plecaczek dziwny i dziwna fryzura, taki wielki kok rasta na głowie. Ale nie to mnie dziwi. Dziwi mnie, że jest… taka malutka!

targi2

fot. ja

Sama nie jestem jakaś specjalnie rosła, ale ona sięga mi gdzieś do ramienia. Serio! A potem zastanawiam się, czemu się dziwę, przecież nigdzie nie było mówione, ile Tokarczuk ma wzrostu. Chyba nie jest to istotne. Bo nie jest.

Ale to, że mnie zdziwiło jej 150 w koku, jest znamienne i pokazuje prosty mechanizm, że znanym utalentowanym ludziom przypisujemy dodatkowe lepsze cechy, więc czemu nie wzrost? Mądrzy i znani wydają nam się więksi. Zawsze pojawia się taki element rozczarowania, kiedy osobę znaną z tv widzi się na żywo, że oesu, takie przeciętne, jak ja… a w TV to ho ho!

No więc taka przygoda poznawcza mi się przytrafiła.

Odchodzę do lamusa

Wstrząsającym kolejnym odkryciem dla mnie było nawet nie to, że „Bunt mas„ Ortegi y Gasseta wydanie z końca lat 80 tych pan wycenił na 150 zł, ale to, że okładki książek, które pamiętam, a niektóre nawet mam, z czasów mojej młodości, liceum czy studiów są już towarem antykwarycznym..

To są już skruszałe i zażółcone księgi, nobliwie spoglądające na fanów mocnych evergreenów w stylu – antologia utworów Dostojewskiego, Ulisses czy W poszukiwaniu straconego czasu.

Co tu kryć, choć się staram i udaję, też już kruszeję i żółknę jak te książki. jedyna nadzieja, że jeszcze mogą drogo się sprzedać.
(piszą, że trzeba mieć marzenia, to się stosuję)

Starsze kobiety

Zauważam, że dużo wokół książek ciekawie ubranych, dobrze utrzymanych i super modnie ostrzyżonych starszych kobiet w wieku około 60 lat.

Bardzo mnie to cieszy. Pretenduje do bycia starszą panią w dobrej fryzurze. Cieszy mnie, że będąc starszą można wyglądać dobrze, mieć zmarszczki i myślącą twarz, nie jakąś zgorzkniałą przygnębioną gotowaniem kapusty dla zgnuśniałego męża i niewdzięcznych dzieci.

Te kobiety łączyło coś jeszcze, otóż wszystkie miały usta pomalowane czerwoną szminką. Jakby dawały tym znak, że są jeszcze seksualnie dostępne i gotowe na seks oralny. Taki sygnał wysłany do ziemi z kosmosu menopauzy, że hej, owszem, mam zwiędnięte cycki, ale poza tym jestem ciekawa i może z tobą porozmawiam, jak mnie nie znudzisz w pierwszych słowach konwersacji. Takie wyniosłe, mądre panie krzątające się  wokół tematów luksusowych.

pryszczate nastolatki

I na koniec historia związana z Targami tylko tym, że ją zaobserwowałam, kiedy jechałam w stronę stadionu. Bo tak to nie ma nic wspólnego z książkami, ale za to ma ze wzruszeniem, więc ją przytoczę.

Stałam na przejściu dla pieszych czekając na zielone światło i kątem oka, zza latarni zauważyłam parę, na oko 16 letni, ona i on. Oboje tak strasznie przeciętni i nawet nieładni, że w życiu nie poświęciłabym im sekundy uwagi, On niski pryszczaty, ona niska tęgawa. Ale zobaczyłam coś, co totalnie mną poruszyło i wskazało, że mam organiczne skłonności do kiczu. To są takie zjawiska jak piękny zachód słońca, piękna góra, piękna fala. Po prostu człowiek to widzi i bez zastanawiania się – wpada po prostu w oniemienie z zachwytu. Takich zjawisk nie obejmuje się wydumaną refleksją.

Tak było i teraz.

Tych dwoje nie bacząc w ogóle na nic i na nikogo, ani na ludzi wokół ani na sytuację jakaś zwyczajną, do bólu banalną dotykało nawzajem swoim swoich dłoni, unosili je lekko w górę, tak na wysokość klatki piersiowej i dotykali, potem chłopak dotykał dłonią jej twarzy i ten dzieciak zrobił to tak, że tam zawarte było wszystko. Coś, o co w życiu bym nie posądzała 16 letnich ludzi, że to mają, potężna czułość, totalny szacunek, podziw, bliskość. Nie umiem tego nawet inaczej opisać. To trudne, zwłaszcza jeśli nigdy nie miało się z takim doświadczeniem do czynienia osobiście, ale każdy nosi w sobie jakiś obraz takich zjawisk, więc je nieudolnie przedstawiłam.

Ale nie, że spłonęłam z zazdrości. Uśmiechnęłam się tak szeroko, jak nie ja zupełnie i ucieszyłam, że tak można.

Bo można prawda?:) być czułym, nie tylko dla książek na nieudanych targach:)

ps. na koniec złośliwa ciekawosteczka

targi5

fot. mój snap