Springer, Springer, ile można zachwycać się Springerem?

Nowy Springer to od jakiegoś czasu już zawsze jest wydarzenie. Przekornie chciałam temu zaprzeczyć i widząc zajawki na instagramie czy czytając wyrywki recenzji oznajmiających, że „Dwunaste: nie myśl, że uciekniesz” jest nieco inaczej formalnie skonstruowane pod względem narracji niż poprzednie jego książki – potajemnie liczyłam, że uda mi się tę książkę znielubić i powiedzieć – a nie wyszło! Serio? Springer, Springer, ileż można się zachwycać Springerem.

No ale okazało się, że można, nawet trzeba, choć tę książkę czyta się trudniej niż chociażby „Źle urodzone” (przeczytałam w dwa dni) czy „Miasto Archipelag.Polska mniejszych miast”. Powody tego są co najmniej w moim odczuciu dwa:

dlaczego jest trudno

pierwszy to forma, całość jest niejako zbiorem niby luźno powiązanych obserwacji związanych z miejscami, architekturą, mostami. Dużo jest historii z przeszłości dotyczących ludzi związanych z poszczególnymi miejscami, dużo zmian perspektywy mówiącego oraz formy przekazu, od relacji, snucia zasłyszanych opowieści, po formę listu czy zmianę osoby narratora. Żeby się w tym nie pogubić, trzeba się skupić, żeby chwycić mocno wątek i mieć stale w głowie przewodnią myśl. Mnie nie było łatwo. Może też dlatego, że przez uzależnienia od telefonu i internetu coraz trudniej jest mi się skoncentrować i przyznaję się do tego jak alkoholik na zebraniu AA, więc kiedy ktoś wymaga ode mnie skupienia, to przychodzi mi to z pewną trudnością. Ale szłam w to dalej, bo kiedy domykała się tam jedna historia, wiedziałam, że za chwilę będzie kolejna, zapewne nieoczekiwanie zaskakująca. I w rzeczy samej tak było.

W ogóle całość przywiodła mi skojarzenie z Kodem da Vinci Dana Browna i z panem Samochodzikiem Nienackiego, serio. Podobieństwa polegają na tym, że mamy tu tajemnicę i osobę, która stara się dociec, na czym polega złożoność tej tajemnicy, więc wplątuje się w różne historie, węszy, nagabuje ludzi, wyciąga od nich szczegóły i stara się złożyć w całość odpowiedź na pytanie – czym jest prawo Jante w Danii, o co w tym chodzi i dlaczego osnuwa ten kraj mrokiem, który dla ludzi otumanionych marketingowym hygge i statystykami na temat tego, że Dania to najszczęśliwszy kraj na świecie, jest niedostrzegalny. A on go dostrzegł i wymyślił sobie, że zgłębi jego istotę.

I to jest drugi powód, dlaczego trudno czytało się tę książkę. Bo prawo Jante, na fasadach którego oparte jest życie duńskiego społeczeństwa, jest dość mroczne i opresywne i to w sposób, którego naprawdę człowiek by się po miłych Duńczykach nie spodziewał.

gdzie jest moc

Ale jako się rzekło, nie są to trudności z kategorii zniechęcenie. To jest raczej jakaś wartość dodana. Narracja Springera ma ogólnie taką moc, że czyta się o miejscach tak zwanych nieoczywistych, którymi nie są błękitne Malediwy, przereklamowane uliczki Barcelony czy egzotyczne resorty na Sri Lance, jak o destynacjach nad wyraz właśnie atrakcyjnych. Moim zdaniem to Springer zapoczątkował swoimi reportażami modę czy trend na odkrywanie zapomnianych, dziwnych i niepozornych miejsc, przywracał należne miejsca w pamięci socrealistycznym budynkom w Polsce, zapomnianym miejscom  gdzieś na końcu świata, zaczęliśmy trochę „myśleć i widzieć Springerem”, odnajdywać w pozornie błahej codzienności – coś niezwykłego. Myślę, że jemu zawdzięcza się zwrot uwagi ku pozornie niepozornym obiektom, do starania się, aby zobaczyć to, co umyka  nam w codziennej roszczeniowości wobec rzeczywistości, która musi być koniecznie jakaś instagramowa, podkręcona i spektakularna, aby przykuła naszą uwagę. A Springer handluje rzeczami totalnie nie stuningowanymi, wygrzebuje ze szczelin rzeczywistości wątki, które umykają naszej przekarmionej uwadze.

Tym razem prawu Jante i miejscom, gdzie to się wykluło poświęcił 4 lata pracy i poszukiwań i kiedy się czyta o tym wysiłku warsztatowym, to robi się w głowie solidne „wow”. Że zasiada się do pisania bazując na tak pieczołowicie zebranym materiale, po pokonaniu mnóstwa niedogodności i trudności z tym związanych, bo okazało się, że Duńczycy wcale o tym Jante nie chcieli gadać, zbywali go i udawali, że nie wiedzą o co chodzi. Jak się okazało te obawy były słuszne, bo to całe prawo Jante skrywa pod sobą naprawdę sporo przykrych mroczności.
Chociaż w sumie ciężko stwierdzić, czy natura ludzka sama z siebie skłonna jest do nikczemności czy też zasady plemiennego współżycia potrafią tę nikczemność jeszcze mocniej podkręcić lub zniwelować. Trudno mi stwierdzić jak to jest. Wydaje mi się, że wszystkie prawa, jakie ludzie ludziom spisują, żeby określić normy współżycia społecznego są w jakiś sposób opresywne, począwszy od dekalogu skończywszy na tych 13 zasadach prawa Jante.

Jante versus hygge

W każdym razie Springer podjął wysiłek, żeby pokazać, aby nie wierzyć fasadom. Szczęśliwość Danii i jej obywateli to nie są wcale cozy wełniane skarpetki, ciepły sweter i siedzenie w oknie z kubkiem kawy i patrzenie w dal ze świadomością, że państwo ogarnia mi życie i nie muszę się martwić za bardzo jak przeżyć do 1-go, bo wszystko jakoś tam mi się należy z nadania bycia duńskim obywatelem.

No a tu się okazuje, że ci Duńczycy wcale nie są ani tacy szczególnie szczęśliwi, ani sympatyczni. Za fasadą miłych, nordyckich twarzy kryją się wsobność, ksenofobia, nacjonalizm, niechęć do innych, niechęć do zmian, jakiś rodzaj fatalizmu. To wszystko umieszczone jest w głównej zasadzie, że czucie się lepszym od innych duńskich pobratymców, chęć wyróżnienia się to obciach, to coś niedopuszczalnego. Dla lepszego zobrazowania – to coś takiego, że kiedy w Polsce ktoś kupował auto, wszyscy mu zazdrościli, zaś w Danii uważali to za zbędną błazenadę i odnosili się do takich chętnych na posiadanie spektakularnych rzeczy czy osiągnięć, za szczyt złego gustu. Uważali i uważają, że podstawą szczęśliwości jest zasada, że nieszczęście i szczęście powinno przypadać każdemu członkowie narodu po równo, to czyni wszystkich szczęśliwymi, że nikt się zanadto nie pogrąży w tej społeczności ani też nikt nie będzie zanadto szczęśliwy. Według tego, co udało się Springerowi zbadać w ciągu tych 4 lat, Duńczycy wcale się do tego nie chcą przyznawać. Wygodne dla nich jest, że większość ludzi myśli, że prawo Jante to taki tam nieszkodliwy folklor.

Tymczasem Springer uporczywie przesiaduje na odległych, wyludnionych wyspach na północy Danii, wciśniętych w mało przyjazne fiordy i drąży, o co chodzi. Robi to tak, że chce się doświadczyć szarej, ołowianej mgły nad fiordem na wyspie Mors czy kupować piwo w wyludnionym supermarkecie na wyspie Fo.I to jest właśnie wielkość takiego pisania, że nie cudownie hipsterska przyjazna Kopenhaga, nawet nie Aarhus czy Aalborg, tylko duńskie zadupia i co tam oni, ci Duńczycy, kryją za tymi swoimi oknami, kiedy spokojnie piją sobie kawkę w sobotę siedząc w pidżamie i patrząc przed siebie z mocnym przekonaniem, że takie jest życie i tak trzeba. Pić co sobota tę kawę na prowincji i cieszyć się, że zmrok zawsze zapada tam za wcześnie i na długo.

Mnie uderzyło jeszcze jedno odkrycie podczas lektury, takie prywatne.

Jante a …buddyzm

Czytając wykładnię prawa Jante na tabliczce pożegnalnej dla robotników fabryki produkującej artykuły żelazne skojarzyłam te życzenia z zaleceniami …lamy Ole Nydhala, który krzewi, uwaga!, tybetański buddyzm na terenach krajów Europy Środkowej i Zachodniej starając się buddyjskie idee przetransponować na umysły i sposoby pojmowania ludzi zachodu. Tak się składa, że Ole Nydhal jest Duńczykiem, co bardzo często w wywiadach i swoich książkach podkreśla i z czego jest ewidentnie dumny. I to, co on propaguje, czego naucza, moim zdaniem jest ściśle powiązane a prawem Jante właśnie. Otóż wg niego w buddyzmie najważniejsze jest, aby pozbyć się przeszkadzających emocji, prócz gniewu są nimi pycha, wywyższanie się, duma, roszczeniowość a jedynym sensem naszego życia, które mija i minie jest działanie dla dobra innych, bo tylko tak można stać się umysłem oświeconym, kiedy uczyni się pożytek ze swojego ciała i umysłu. Jedyną hierarchią jest to, ile dobrego zrobiło się dla innych. I to samo wypisane na tabliczkach dostali ci duńscy robotnicy, kiedy zamknięto im fabrykę i podziękowano za pracę. „Musisz wiedzieć, że twoje życie i istnienie naszego społeczeństwa w wielkim stopniu zależą od twoich starań. My, ty i ja, możemy wspólnie rozwiązywać problemy. Musisz wiedzieć, że jest w tobie coś dobrego i wartościowego, coś czego potrzebujemy, Musisz wiedzieć, że masz cechy, które lubimy”. I tak dalej. Tak więc oto duńska zasada kolektywizmu  i nie wywyższania się ponad innych przenika do propagowanego w Europie buddyzmu, bo choć umysły nasze są nieskończone i pełne siły, to tylko po to, żeby czynić dobro na rzecz innych. Wtedy nasz duch będzie przenikał uniwersum nawet kiedy fizycznie nie będziemy istnieć.

Nie oceniam czy to dobrze dla buddyzmu w Europie czy też nie. Po prostu  wychwyciłam pewne korelacje i to przywiodło mi na myśl, że ludzkie potrzeby, aby jakoś uporządkować swoją egzystencję to wielki tygiel, w którym gotują się przeróżne wpływy. Chociaż buddyzm z pewnością ma na celu uczynienie nas bardziej zadowolonymi z życia, natomiast prawo Jante ma bardziej na celu zadbanie, aby nikt się nie wychylał, robił swoje i siedział cicho. Tylko jak wyśledził Springer takie wyparcie się pragnień pociąga za sobą dość niemiłe skutki, dużo rzeczy niefajnych tam dzieje za oknami duńskich schludnych domków.

Oczywiście nie rzecz w tym, żeby odpowiadać sobie na pytanie, kto winien, czy jak żyć. Rzecz chyba bardziej w tym, że nic nie jest takie jak się zrazu wydaje i to głównie o tym jest dla mnie ta książka, o poszukiwaniu świadomości, dlaczego pewne rzeczy układają się tak a nie inaczej, czy można to zmienić i przed tym uciec, czy jesteśmy zdolni do tego, żeby przestawiać wajchy naszych narodowych losów. Otóż okazuje się, że nie bardzo, ale mimo to ja bym się nie zniechęcała, nie dlatego, że widzę nadzieję na zmianę swojego z góry jakoś tam zaplanowanego losu, ale mogę sobie pojechać na wsypę Mors i popatrzeć na ołowianą mgłę nad fiordem, albo za własnym nawet oknem i pomyśleć: aha, więc w ten sposób.