Wallace, Lynch i disco polo w Kobylnicy, czyli kanapka do pociągu na Hel

Moja przygoda z Davidem Fosterem Wallace jest tego typu, że pierwsze zakupione „Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi” nie dotarły do mnie, więc następnym jego publikacjom się opierałam, dopiero magazyn „Książki” jakoś mnie przekonał, takim odkryciem, że Wallace był fanem Derridy i się dziwił, że ktoś mógł go nie czytać. Urocze. Ja nie czytałam w każdym razie Derridy, ale kupiłam „Rzekomo fajną rzecz, której nigdy nie zrobię”, bo:

  • podobał mi się tytuł
  • trzeba dawać szansę i walczyć

Sympatia nie przyszła od razu. Zbiór esejów i rozważań pod tym atrakcyjnym tytułem nie należy do lektur łatwych i możecie być pewni, że nie omieszkam wspomnieć, dlaczego.

Więc podczytywałam, odkładałam, aż w końcu, kiedy przebrnęłam przez esej o tenisie, o wyliczaniu trajektorii piłki na kortach wietrznego stanu Illinois i dotarłam do rozważań o tym, dlaczego telewizja jest medium ogłupiającym i na czym to polega – wiedziałam, że zrobiłam dobrze nie ulegając zniechęceniu za szybko.

Potem to już było autentyczne wzruszenie, uciecha, międlenie rogów kartek z zapałem i takie fajne uczucie, jakie się miewa w rzadkich chwilach jakiejś jedności z dziełem literackim lub filmowym, czyli innymi słowy – odczucie euforii, kiedy można przy konsumpcji dzieła stwierdzić:

MAM TAK SAMO!

Bo mam tak samo, jak on, podobne bardzo odczucia obcości wobec powszechnych trendów obowiązujących co do spędzania czasu, zabawy, wakacyjnych mód, co do odczuwania jakichś dzieł filmowych. Nie jestem aż tak wyrafinowanie oczytana i biegła w dziełach Heideggera, Derridy i im podobnych, aby móc żonglować różnymi teoriami na udowodnienie geniuszu własnych przemyśleń, ale miałam nieopisaną frajdę, że ja to rozumiem! że to do mnie trafia! że to jest o mnie! Wallace i jego eseje pozwoliły mi na różne sposoby odczuć własną wyjątkowość, a to jest naprawdę bardzo fajne odczucie czuć się wyjątkowym 🙂

Jest to oczywiście nieco przewrotna teza, co śpieszę objaśnić tym, którzy wzięli te słowa na totalnie serio. Chociaż może w sumie powinni.

W każdym razie dzięki lekturze esejów Wallace’a przypomniałam sobie, że w czasach liceum jedną z moich ulubionych lektur był Słownik Wyrazów Obcych. Zgadałyśmy się w tym temacie ostatnio z koleżanką, bo okazało się, że ona miała tak samo (ach ta wspólnotowość). Stwierdziła, że fascynowało ją, że są jakieś obco brzmiące słowa, które ukazują nowe obszary znaczeń, do tej pory niedostępne.

Otóż Wallace bardzo stara się, aby te obszary były w jego książce naprawdę bezkresne. Tu nawet moje zapamiętane, wypisywane w notesach wyrazy obce to było za mało. Człowiek z wiekiem jednak idiocieje, więc poprzestaje w sumie na tym, czego się nauczył do matury, potem tylko powiela. A Wallace naszpikował swój tekst wieloma minami.  Trzeba zmierzyć się z takimi słowami jak przykładowo:
inwolucja
Gestalt nienawiści
dialektyka elizji
rewerencja
infirmeria
definiowalny ostensywnie
terminalna idiosynkrazja
solipsyzm antyemaptyczny
quod vide, bona fide

i tak dalej.

No nie jest łatwo. Ale pokonałam te trudności płonąc z radości, że nie ma tam konstrukcji narracyjnych o tym, co powiedział bohater, co ona odpowiedziała jak on pomyślał i zrobił coś tam, bo kompletnie mnie nie obchodzi. Mam tu na myśli beletrystyczne książki ze zmyślonymi postaciami, których działania są mi kompletnie obojętne. Ja sama odpowiadam i myślę i robię coś tam i to mi zupełnie wystarczy. Teraz potrzebne są wyzwania, opis tego, co się działo naprawdę, nie sztuczne wymysły i powoływanie światów zbędnych. Nowej Anny Kareniny czy Pani Bovary i tak już nikt nie napisze.

Teraz rozmyślam o tym, jak by tu ująć sprawę, żeby kogokolwiek w ogóle zachęcić do tej lektury, bo jak dotąd wydaje mi się, że próbuję zniechęcić. Więc wyszło trochę głupio, ale może to ja jestem taką ignorantką, a wszyscy znają wiele trudnych słów i odnośników i mówią takim językiem jak Wallace przy śniadaniu do swoich domowników, a nawet do kotów.

Ale spróbuję opisać, dlaczego tak mnie podbudowała ta lektura i dlaczego dała mi tyle radości, prócz radości poznania słowa infirmeria.

esej o telewizji

Nie będę się za zbytnio o tym rozpisywać, bo wydaje mi się, że era telewizji powoli odchodzi do historii. Pakiety, jakie oferują kablówki, platformy cyfrowe są coraz tańsze a zawartość kanałów, jakie w nich są – jest coraz głupsza, na coraz niższym, podlejszym poziomie. Jazgot reklam i dżingli wydobywających się z odbiornika telewizyjnego jest czymś co wprawia mnie w jakiś dziwny stupor, w stan katatonii i niedowierzania, że naprawdę? ktoś to jeszcze ogląda?

Ale Wallace pisał esej w 1995 roku, kiedy TV miała się jeszcze dobrze i na warsztat wziął pętające się do dziś w telewizjach reality show, music show i wszystkie show. Zastanawia się, dlaczego ludzie to oglądają i udowadnia na jakiej ściemie jest to wszystko osadzone.

Niemniej wtedy czy dziś w czasach rozwoju mediów cyfrowych, socialowych nadal obowiązuje podobna zasada – im głupiej i prościej, tym szybciej i lepiej się to sprzeda. Tak jak w tv tak samo dziś w mediach socialowych najlepiej oglądają się a więc sprzedają cycki, dupa i kawa z serduszkiem na kocyku z croissantem. Musi być spektakularnie. Nieważne, że głupio, albo że wszyscy tak robią. Im bardziej wszyscy – tym większa szansa na powodzenie.

Wallace stwierdził też, że tv najchętniej oglądają ludzie samotni. To można też przełożyć na to, kto konsumuje dziś sociale od rana do wieczora, platformy streamingowe w poszukiwaniu nowych seriali, gry komputerowe. To jest ten sam rodzaj eksapizmu, bo Wallace, nie bez racji zauważył, czym w ogóle jest samotność :

 „Ludzie samotni są samotni raczej dlatego, że odmawiają ponoszenia psychicznych kosztów przebywania wśród ludzi. Mają na nich alergię. Ludzie zbyt silnie na nich działają.”

Kto pierwszy podniesie palec chcąc zaanonsować „to o mnie!”?

No więc właśnie. Analiza zjawiska i takie po drodze aforystyczne prawdy, które  nie noszą znamion nieznośnego stylu dydaktyzujących nauczycieli życia. Walllace akurat na pewno do tego nie pretendował. Chociaż zdarza się, że pisze o pewnych zjawiskach nie bez poczucia wyższości wobec ludzi, którzy w tych zjawiskach biorą udział, ale się do tego przyznaje, że tak ma jako biały mieszkaniec Środkowego Wschodu z zamożnej rodziny. Taką miał  perspektywę, więc co miał się przebierać w nieswoje buty.

esej o autorze dzieła literackiego

Mało jest rzeczy, które potrafią mnie ująć w rozmowie, sprawić, że czuję się niemal szczęśliwa. Ale jest taki temat – autor jako kategoria dzieła literackiego.

Powód jest tyleż prosty co sentymentalny, pisałam na ten dokładnie temat pracę magisterką i choć wtedy błądziłam po omacku kompilując myśli Barthesa, Szkłowskiego czy Chomskiego, to czułam, że tak pozornie nieistotna rzecz, może w sumie mieć znaczenie.

W rozmowach towarzyskich zdarzył mi się ten wątek może raz, i to całkiem niedawno, kiedy dyskutowałam z nowo poznanym kolegą o filmie Jarmusha „Paterson”, kiedy spieraliśmy się, czy osobowość twórcy powinna być figurą interpretacyjną jego dzieła i czy dzieło nie powinno mówić jednak samo za siebie. Spór nie został rozstrzygnięty.

Ten sam wątek porusza Wallace. Zastanawia się zupełnie na poważnie, czy dzieło interpretuje się poprzez biografię twórcy, jaka jest istota języka literackiego jako narzędzia, jak zdefiniować autora, rację ma Wordsworth czy Barthes?

Może się to wydawać totalnie nieistotne, dumania oderwanego od życia gościa, ale możecie wierzyć lub nie, jak bardzo ożywczo wpływa to na mózg po lekturze tych wszystkich poradników „jak byćsuper w 5 krokach”. To tak jakby wylać sobie litr tonicu niwelującego wypryski na mózg.

esej o Targach Stanu Illinois

Te rozważania Wallace tytułuje bardzo znamiennie, jako – „oddalanie się od bycia już dosyć oddalonym od wszystkiego”.

I znowu okazuje się, że na tym polu konweniujemy na procent 100.
Chciałabym też, jako klasyczny, niesklejony z obrzędami introwertyk móc kiedyś pojechać na tak zwany reportaż, Ale koniecznie do miejsca dziwnego, obcego mojemu życiu, jak przykładowo dożynki albo festiwal disco polo w Kobylnicy. Chciałabym umieć wychwycić, albo raczej opisać ten poziom absurdu, jaki towarzyszy takim imprezom.

Wallace’a wysłano jako reportera pisma „Harper’s Magazine”, wszyscy czcili go nabożnie, bo myśleli, że jest wysłannikiem „Harper’s Bazaar”. Miał za zadanie zrobić reportaż z targów stanowych, w Illinois. Wallace nie potraktował bohaterów tego przedziwnego wydarzenia jak typowy nowojorski obśmiewacz facetów, którzy noszą skarpety do sandałów jezusków. Owszem, zauważył, że ten typ ludzi, gustujących w tak specyficznie absurdalnych rozrywkach ma cechy wspólne, jak tanie ubrania z poliestru, grube brzuchy, wąsy, ogłupiałe od nadmiaru wrażeń dzieci ciągle strofowane przez rodziców. Nazwał ich trash people, Kmartpeople. Wiedział, że to nie brzmi za dobrze, jest wywyższaniem się, ale co poradzić, nie chodziło tu o bycie poprawnym politycznie.

W czym gustują Kmartpeople?
Więc przede wszystkim w tym, żeby było tłumnie, im ludniej, im głośniej, tym ciekawiej.
Bardzo w cenie są też wystawy, tuż po Zapleczu Trwałych Struktur (???) zwiedzający przechodzą do kompleksu końskiego, świńskiego, bydlęcego, drobiarskiego, potem do domu Rzemiosła, Domu Illinois, Centrum Seniora i przez Wesoły Dołek, czyli rodzaj wesołego miasteczka, w którym udział może grozić prawdziwym kalectwem, przechodzi się na Finał Zawodów Żonglowania Batutami.
Nie sposób pominąć Konkursu Przywoływania Męża oraz Budki Kościoła Boga oferującego skomputeryzowany quiz biblijny.

Wallace pokazuje afirmację wspólnotowości i absurdalnych rytuałów, których on nie jest w stanie pojąć i myślę, że eseju tego nie pojmą ludzie brodzący po polach openera czy znajdujący upodobanie w imprezach na setki ludzi, podczas których można zrobić sobie śmieszne zdjęcie, dostać za darmo mentosa, wystać w kolejce ciepłe piwo, czy wdychać wonie toi toiów, ale znajdą w tym fragmencie uciechę ci, dla których przepychanie się w tłumach w upałach w poszukiwaniu kolejnej rozrywki typu pani udająca kiełbasę stanowi żródło prawdziwych udręk i pytań bez odpowiedzi – po co ludzie sobie to robią. Dlaczego dążenie do uśmierzenia wyobcowania, samotności na pustym polu takiego choćby Illinois musi być załatwiane w taki właśnie sposób, z czego to wynika? Nie żeby wszyscy mieli od razu zatapiać się w lekturze Heideggera, ale Wallace bardzo mocno stawia ludzkie przejawy kultury i rozrywki w świetle tak jaskrawo upierdliwym, że człowiek zastanawia się na serio nad własną kondycją jako homo ludens, bo ostatecznie każdy z nas jakoś tam lubi się czasem bawić i to w dodatku w tłumie.

esej na temat Lyncha i jego filmów

Lektura tego eseju zbiegła się akurat z powrotem do HBO po 25 latach „Miasteczka Twin Peaks”. Więc super było sobie przypomnieć, co nas tak właściwie wtedy, w latach 90-tych tak zachwycało w  I części tego serialu, no i w filmach Lyncha w ogóle, choć nie we wszystkich.

Wallace diagnozuje to w taki sposób, że czytam, ciągle się uśmiecham i opada mi szczęka. Wiedza filmowa ogromna, podawana z taką swadą, tak totalnie swobodne żonglowanie gruntowną kinową wiedzą, że czuję się malutkim laikiem, jakąś pańcią, której coś tam dzwoni, ale nie wiadomo w którym kościele. Samo czytanie sposobu, w jaki Laura Dern trafiła do obsady „Dzikości serca” przyprawia mnie o zawrót głowy, że to takie szkatułkowe, nieprzypadkowe, że coś z czegoś wynikało tylko po to, że zagrała Lulę właśnie Laura.

Wallace analizuje karierę i filmy Lyncha też za pomocą pretekstu. Wysłano go na plan filmu „Zaginiona autostrada” i robi reportaż. Sposób, w jaki opisuje świat garderobianych, oświetleniowców, szwenkierów, asystentów, to jak zawsze przydzieloną komuś rolę na planie rozpoznaje po ubraniu – rozkłada mnie na łopatki. Nie czytałam nigdy tak skonstruowanej opowieści o tym, jak powstaje film, że oświetleniowcy zawsze są bladzi i w bojówkach, asystentki sfochowane, bo mogły osiągnąć więcej, a są tu jako asysta i tak dalej. Sam Lynch opisany jest tak, że nie bez odczucia tryumfu rozpoznaję w nim siebie. No, przynajmniej w kwestii stylówki:) Akurat w ten dzień ubrałam się identycznie jak Wallace go opisał, w czarną koszulę zapiętą na ostani guzik i za krótkie majtające się przy kostce czarne spodnie chinosy. Brakuje mi jednak istotnego elementu, jaki posiadał Lynch wg Wallace, tj. godności każącej mu mieć totalnie w dupie wszystkie cudze potencjalne opinie na swój temat, i dobrodusznej miny, i spokoju związanych z tym odczuciem tajemnej pewności siebie jaki mają tylko ludzie tacy jak Lynch.

Wallace na podstawie analiz filmów Lyncha zdiagnozował jego fenomen w Hollywood, opowiedział, dlaczego tak zbanalizowana i przewidywalna fabryka  pozwala Lynchowi robić filmy tak dziwne, które nie dają widzowi odetchnąć w kinie, tylko każą płacić za to, że się w tym kinie widz wysila.
Lynch dokonał paru wolt i śmiałych poczynań, które zezwoliły mu na bycie artystą w fabryce snów i na dopasowywanie filmów do jego własnych marzeń sennych.
Dlatego dziś oglądamy te jego ekstrawagancko nieatrakcyjne postaci, z „glazurowaną przezroczystością twarzy”, oglądamy hybrydę ekspresjonizmu, postmodernizmu, psychoanalitycznych banałów i popkulturowej ikonografii. Oglądają to i aspirujący do wyżej, i ci mające takie aspiracje głęboko gdzieś. I to jest prawdziwy sukces.

I jeszcze sprawa Boba i Miasteczka Twin Peaks. Mnie ta twarz prześladowała kiedyś i wiedziałam, że Laura Palmer nie ma jednego zabójcy, że mnóstwo kogoś i czegoś ginie przez zło, po prostu. Wallace wskazuje istotę tego lynchiańskiego pojęcia zła, wskazuje, że wg Lyncha zło jest siłą, jest zawarte w dobru, jest w nim zakodowane.

Za takie przekonanie oczywiście płaci jakąś cenę. Nie będą oglądać go ludzie, którzy wolą widzieć na ekranie schludny, uporządkowany i moralnie wygodny świat, gdzie będą wiedzieć, kto ten dobry a kto ten zły. U Lyncha tego nie ma. Ze świadomością, że zło po prostu jest i koniec, że stanowi siłę nie do okiełznania widz musi się mierzyć. Jak ktoś da radę to obejrzeć,  na pewno zyska poczucie, że życie to naprawdę nie 567 odcinek „Na Wspólnej”.

esej o rejsie na pokładzie 47 tonowego luksusowego statku Celebrity Cruiser po Karaibach

Nie wiem jak wy, ale jako dziecko nie znosiłam brać udziału w tak zwanych wypoczynkach zorganizowanych, koloniach, półkoloniach, wycieczkach. Samo to, że ktoś gospodaruje moim osobistym wolnym czasem, wie lepiej, jak mam go spędzić – wydawało mi się nieznośne.

Niemniej z jakichś powodów ludzie lubią, kiedy organizuje im się czas, wyobrażają to sobie jako ulgę, kiedy nie muszą o niczym myśleć i ktoś robi to za nich. Dlatego bezwiednie wpadają w te pułapki, i co więcej, często dość gorliwie biorą w tym udział.

Fenomen tego zjawiska opisał Wallace na bardzo spektakularnym przykładzie rejsu luksusowym statkiem po Karaibach. Wallace pisze, że chociaż wakacje to odpoczynek od rzeczy niemiłych, to w tych masowo sprzedawanych luksusowych rejsach jest coś nieznośnie smutnego. Choćby ta absurdalna wymiana – zamiast ciężkiej pracy – ciężka zabawa, „rozpieszczanie siłowe”:

„Będą nadzorować co do joty twoją opcję przyjemnościową, tak, żeby żadna korozyjna siła twojej dorosłej świadomości i lęku nie spieprzyła ci uciechy”.

Zorganizowany wypoczynek za jakieś absurdalnie duże pieniądze jako narzędzie opresji.

Opresywność masowych imprez, uciech, form wypoczynku jest zjawiskiem, które Wallace próbuje zrozumieć, ale odpowiedzi, dlaczego ludzie sobie to robią, nie znajduje. Są to tylko przypuszczenia. Może to jakaś forma ucieczki przed myśleniem, że jesteśmy śmiertelni, samotni? Więc dlatego jakoś desperacko próbujemy to uśmierzyć spadając tak naprawdę z deszczu pod rynnę, z jednego zmęczenia w inne. Jednak bierzemy udział w tym festiwalu samozakłamań.

Wciąż trzymamy się za ręce i podążamy razem z korowodem.

Zastanawiam się, czy fakt, że Wallace widział to wszystko tak wyraźnie zarysowane, że ogarniał to rodzajem myśli dla większości przeciętnych ludzi niedostępnych, doprowadziło go do tego, że przedwcześnie sam wypisał się z tego korowodu?

Nie wiem tego.

Nie wiem też, jak można być w tym wszystkim, a przy okazji nie wygłupiać się biorąc udział w tych schizofrenicznych zjawiskach życia mas, kulturowych wymogów, naleciałości i schematów?

Jakieś pomysły?