Kanapka z Norwegii, czyli Knausgard po raz piąty.

Zakończyć czytanie kolejnego, 5 tomu „Mojej walki” Knausgarda, to nie tak jak po prostu zakończyć czytanie książki. To jest uczucie porównywalne do odczucia z dzieciństwa, kiedy na coś bardzo się czekało, potem doczekało a potem to się skończyło.

Zostaje jakiś rodzaj poczucia opuszczenia, straty, ale też świadomość, że szło się przez te 800 stron nie tylko w towarzystwie konkretnej postaci, w tym przypadku Karla Ove Knausgarda, ale w towarzystwie swojej własnej osoby, swoich osobistych emocji, doznań, spostrzeżeń, przywołanych znowu przykrości i przyjemności, jakie niesie  własne, osobiste życie.

Tak, że sporo tego.

Fenomen popularności

Biorę do ręki kolejny opasły tom osobistych wynurzeń Karla Ovego i za każdym kolejnym razem wiem, dlaczego ten cykl osiągnął światowy sukces i że nie jest to tylko kwestia dobrego marketingu, choć potencjał marketingowy zdecydowanie i autor, i cykl mają.
Fenomen popularności moim zdaniem leży w tym, że Knausgard pisze o sobie, ale z piwnic naszych zapomnień wywleka to, co na ogół chcemy wmieść pod dywan, ale z czym w zasadzie borykamy się i zmagamy każdego dnia. Te setki tysięcy czytelników ma historie utkane na innych osnowach, ale zasadnicze emocje myślę pozostają dla wszystkich wspólne, czyli:

– poczucie wstydu
– poczucie, że jest się do niczego
– poczucie, że inni są fajniejsi
– poczucie, że inni mają nas za głupszych
– poczucie, że inni się z nas śmieją w duchu albo za plecami
– poczucie rozczarowań innymi ludźmi, sytuacjami
– poczucie krzywdy doznanej od innych
– poczucie niezrozumienia
– poczucie obcości w tłumie
– poczucie pożądania samotności i walka z tym jako próba dostosowania się do społecznych oczekiwań co do tego, jakie rolę powinniśmy odgrywać
– poczucie, że nie spełniamy oczekiwań innych i swoich własnych
– poczucie braku bezpieczeństwa w świecie i w relacjach z innymi
– poczucie, że jest się złym i nic nie wartym człowiekiem
– poczucie, że wszyscy inni są pracowici i zdolni a my leniwi i miałcy
– poczucie, że inni mają lepiej a my zawsze pod górkę
– poczucie winy
– poczucie rozpaczy
– poczucie chęci bycia gdzie indziej niż się jest
– poczucie bycia ocenianym negatywnie
– poczucie wiecznego lęku, strachu przed demaskacją i blamażem

To tak na szybko, co mi przyszło do głowy odnośnie wspólnoty odczuć z tym, o czym pisze Knausgard. I myślę, że każdy, nie zależnie od tego, w jakiej rodzinie się wychował, w jakim miejscu, jak działał, jak mu wychodziło – zetknął się, jeśli nie ze wszystkimi, to z niektórymi z wyżej wymienionymi odczuciami. Dlatego może czytać o norweskiej rzeczywistości obecnie 48 letniego faceta i może powiedzieć sobie jak Flaubert

Pani Bovary to ja.

W przypadku 5 tomu takie stwierdzenie było dla mnie wyjątkowo łatwe.
800 stronicowa opowieść obejmuje tym razem okres od 1988 roku do ok. 2001, od czasu, kiedy Knausgard wybrał się do Bergen studiować rok na Akademii Pisania do czasu aż minęło parę lat od jego pierwszego debiutu prozatorskiego. A więc studia, poszukiwania, nowe twórcze znajomości, prace dorywcze w szpitalach psychiatrycznych, praca w studenckiej rozgłośni radiowej, kampusy, kluby, granie w kapeli, imprezy, upijanie się, dziewuchy, pierwsze poważniejsze związki, zazdrość, że komuś już się udało, rozpacz z powodu poczucia, że jemu się nie uda, że nie ma nic do powiedzenia, zauroczenia, wnikanie w swój świat, odgradzanie się od reszty za pomocą przemieszczania się z miejsca na miejsce.

W tym samym czasie wybrałam się z małego miasta do dużego miasta i ja. Studia o podobnym wydźwięku, choć do głowy nie przyszłoby mi, że mogę być pisarką:) Czegoś takiego w komunistycznej Polsce się nie planowało, ale studiowało się na pewno łatwiej niż teraz bazując na systemach stypendiów i świadczeń dla studentów, co po 89′ roku przestało funkcjonować zamieniając się w seledynowo buraczany wilczy kapitalizm.

Knausgard w tej Norwegii miał z pewnością łatwiej, i choć mimo wiecznie padającego w Bergen deszczu – zdaje się dość doceniał swoje warunki w kraju. Wolał raczej nienarzucający się społeczny porządek swojej przaśnej Norwegii niż chaos i brud angielskich miasteczek czy słoneczną, ale niezborną rzeczywistość krajów śródziemnomorskich.
Knausgard nie ma zacięcia polityczno społecznego w pisaniu, ale łatwo da się wyśledzić w jego książce tę nieuchwytną łatwość bytu każdego Skandynawa w porównaniu z tym, z czym musiał kiedyś/musi dziś borykać się przeciętny Polak.
Jedyną pociechą jak dotąd musi dla nas pozostać to, że nie żyjemy w Bangladeszu.
Cóż.

W każdym razie wszystko co robił, myślał i czuł Knausgard – było moim robieniem i odczuwaniem. Cofnęłam się w swoim własnym czasie wgryzając się jednocześnie zachłannie w opowieści Kanusgarda o jego własnych perypetiach. Niezwykły to przykład dopasowania uważam.

Ja, pisarz

Dużo miejsca w 5 tomie jest poświęcone tematowi narodzin Knausgarda jako pisarza. Mnie akurat proces twórczy interesuje szalenie, często zastanawiam się, jak to jest – napisać książkę, zrobić film, wyprodukować siłą swojego umysłu coś, co ludzie oglądają, czytają, co ich potem bawi, wzrusza i w jakiś sposób buduje. To trudne. I lubię dowiadywać się, jak ludzie się do tego zabierają.
Knausgard to pięknie pokazuje, te swoje rozterki, że nie umie, że to złe, to się nie nadaje, pokazuje jak zamyka się na długie tygodnie, próbuje pisać a tworzy 3 zdania na 3 miesiące, które potem lądują w koszu, pokazuje jak zmaga się z zazdrością, że innym przyjaciołom się udało a jemu wciąż nie i boi się, że będzie wiecznie pisał recenzje cudzych utworów.
Pokazuje, jakim kosztem osiąga w końcu cel, wydaje książkę, debiutuje, zostaje dobrzy przyjęty, ale już nie umie się cieszyć, kiedy to osiąga.
Pokazuje wszystkie twórcze lęki i emocje związane z nauką pisania, kiedy wydaje mu się, że wszyscy umieją, a on wciąż nie jest wystarczająco cool.

Nie waha się obnażyć swojej małości w ocenach, tego, że osądza po ubraniu, po gestach, że w gruncie rzeczy nic o ludziach nie wie, ale ocenia, szufladkuje a jednocześnie boi się tego, co ludzie powiedzą na jego gesty, jego ubiór i jego zachowania.
Tysiące małych bitew i wielkich przegranych każdego dnia i uśmierzanie tych nastrojów hektolitrami alkoholu.

Kto pierwszy rzuci kamieniem?

Damsko męskie sprawy

Jak to u Kanusgarda, jednym z ważniejszych wątków są kwestie – czy będę miał dziewczynę i czy nie skończę w niej za wcześnie.
To, że był przystojny, dobrze wiedział, bo często ludzie mu o tym mówili, ale jakimś dziwnym trafem, rzadko, w zasadzie nigdy, nie bazował na poczuciu pewności płynącym z przekonania, że wygląda super. Po prostu, uważał się za wysokiego i tyle.
Lubię czytać o jego rozterkach co do babek. Zawsze próbuję znaleźć jakąś regułę na to, dlaczego jedne go pociągały a inne nie, z czego to wynikało, czy da się z tego wyknuć jakiś uniwersalny wzorzec.

Otóż niestety – nie da się.

Zawsze jego zakochania przebiegały na zasadzie deus ex machina. Po prostu. Przytrafiała się dziewczyna i coś, nie wiadomo co, on sam też nie wiedział, sprawiało, że przeżywał katusze i męki związane z lękiem przed odrzuceniem a  czasem zdarzało się tak, że trafiała się dziewczyna i zaciągał ją jedynie do łóżka na jednorazowy seks. Nigdy nie było wiadomo, dlaczego tak się działo i jakie reguły tym rządzą, że ta na jeden seks a ta na wielką miłość.

Zatem jeśli ktoś się zakochuje, albo nie może się zakochać, albo ponosi porażkę w temacie – nie powinien chyba analizować kwestii „co ze mną jest nie tak”, tylko wiedzieć, że coś po prostu się zdarza albo się nie zdarza.
That’s all.

Niby mało to odkrywcze, ale iluż kwasów można zaoszczędzić, kiedy się coś nie uda w relacjach. Zamiast myśleć – a może byłam za gruba, a może za chuda, a może źle powiedziałam to zdanie w 2013, a może powinnam była wrócić zamiast wyjechać, pójść do Galerii Mokotów zamiast do Arkadii, włożyć zielone buty zamiast czarnych – to wystarczy przywołać te szczegółowe rozpisane knausgardowe historie i wiedzieć, że nie ma reguł. Nie ma i już.

To jest tylko kwestia przypadku i szczęścia lub jego braku, że trafiamy tak lub inaczej albo, że nie trafiamy.

Coś tam oczywiście z dawnych lat, z dzieciństwa nakłada się jak ksero na nasze losy w tej kwestii, to nie ulega wątpliwości i to na pewno warto mieć na uwadze i sobie z tym radzić, ale to temat na inną rzekę.

Co do samego Knausgarda chyba wiem, dlaczego udało mu się z jego obecną żoną Lindą, z którą ma już 4 dzieci, a która skrajnie mnie irytowała w 2 tomie i nie mogłam dociec dlaczego on jest z taką trudną babą.
Ale po przeczytaniu 5 tomu, wiem dlaczego.

Generalnie Knausgard jako syn mamusi, mający bliskie i dobre relacje z matką, bardzo dobrze czuł się w towarzystwie kobiet, lubił tworzyć z nimi relacje i domy, czuł się w tym dobrze i bezpiecznie, ale jak sam stwierdził w opisie relacji z jedną dobrą dziewczyną z tych studenckich czasów, jej troska i czułość dla niego były tyleż przyjemne co upokarzające.
Dlatego dobre, zgodne, na wszystko mu pozwalające, wyrozumiałe dziewczyny na dłuższą metę go nudziły. Ewidentnie potrzebował wyzwań. Linda z pewnością jest kobietą, która swoje wie i mocno go dociska stawianymi przed nim wyzwaniami czy to w postaci rodzenia kolejnych dzieci i domagania się współopieki nad nimi czy też respektu dla własnych twórczych zapędów, przestrzeni dla własnych problemów nie mniej ważnych od knausgardowych. Innymi słowy – nie daje sobie w kaszę dmuchać i jak jej nie pasi akcja, to się stawia. I to go trzyma przy niej według mnie.

Ale to nie jest przecież reguła dla każdego. Jeden będzie wolał to, a drugi co innego. to jedyna złota myśl na temat związków i relacji, jaką z lektury życia Knausgarda wyniosłam. A jest to aforyzm wielce cenny, bo nie pozwala mi zagrzebywać się w poczuciu, że jak coś nie wychodzi, to jest to moja wina.
Mówię sobie wtedy jak Vonnegut, ale nie pamiętam gdzie – zdarza się. Nie znalazł się amator jabłek, może znajdzie się amator gruszek. Will see.

Aforyzm o relacjach

Jest już prawie 8 tysięcy znaków, ale recenzja książki liczącej 800 stron, zobowiązuje i tak to sobie tłumaczę nie mogąc przestać pisać o tym dalej.

Wiele stron w książce zajmują opisy rozterek Knausgarda co do tego, jak widzą go inni. Nieustająco rozmyśla o tym, jak go oceniają, co o nim myślą, skłonny przypisywać spotykanym ludziom jak najgorsze opinie o sobie, że mruk, że nudny, że nieciekawy. Większość czasu schodzi mu więc na nie odzywaniu się i zdziwieniu, że komuś coś się w nim podoba, cokolwiek.
Te wszystkie akcje składają się na jeden wniosek, że totalnie nie mamy wpływu na to, w jaki sposób odbierają nas inni. Można zakładać – kurde, tak niewiele wiem, pewnie jestem nudny, nie będę się odzywał, po czym zjawia się osoba, która nas podziwia, bo to i tamto. Knausgard super pokazuje, że to co chcemy, aby o nas sądzono a to co się dzieje w głowach innych ludzi jest tak totalnie nie do zaplanowania, nie do ogarnięcia, że przychodzi taki moment w życiu, że nie ma wyjścia – trzeba sobie to odpuścić. I ta świadomość jest mega uwalniająca. Ja przynajmniej czuję się tak, jakby ktoś spuścił mnie ze smyczy tych wszystkich lęków co do powinności.

Nagle okazuje się,że bycie sobą jest wystarczające, choć tak się śmiejemy zawsze, że jak chcemy cokolwiek zniszczyć w relacjach to właśnie emanujmy byciem sobą, mamy gwarancję, że wszystko się popsuje, żeby nie powiedzieć – spierdoli. A tu okazuje się, że wcale niekoniecznie.

To też oczywiście temat na osobną rzekę, ba nawet na morze, ale jako wniosek z lektury uważam godny do zapisania w moleskinie, do wdrukowania w nawyki myślowe.

Jak on to napisał?

że wyszła mu znowu taka cegła? No ująć kilkanaście lat w szczegółowy zapis – prosto nie jest i Knausgard przyjął tu strategię niekonsekwentnego rozkładania akcentów.

Wśród zarzutów mniejszych entuzjastów pisarstwa Knausgarda (przeważnie są to panowie) pojawia się coś takiego, że kogo obchodzi jaki kolor butów, ba sznurówek, miał Knausgard na przyjęciu dla dzieci w 2011. Albo kogo interesują parostronicowe opisy jak on gdzieś tam idzie z pokoju do łazienki.

W 5 tomie Knausgard też stawia akcenty nierównomiernie. Potrafi rzeczywiście parę stron poświęcić na opis wizyty jakiejś mało znaczącej postaci w jego domu, na opis w co była ubrana, jak potem wychodziła i jak wkładała rękę do kurtki, zaciskając pięść przy wkładaniu do rękawa:)
Ale już skrzętnie pomija wyczekiwane przecież opisy także wyczekiwanego przez niego seksu z dziewczyną, z którą chodził. To wydaje się dziwne jak na takiego ekshibicjonistę.
Albo przytacza szczegółowo telefoniczne rozmowy z bratem na tak ważkie tematy jak umówienie się do knajpy na piwo wieczorem, a pod koniec Yngve (brat) nagle ma dwoje dzieci, nie mieszka ani w Bergen, ani nawet w Stavanger tylko w Vass i ma żonę. A my tacy niedoinformowani.

Mnie akurat podoba się to, że nie idzie ta proza według klucza – przytaczamy tylko wzniosłości, że jest fokus na zdawałoby się nieistotny detal jak to, jak ktoś wkłada kurtkę i jest to gest osoby, która nie ma większego znaczenia. Lubię, jak on mnie tak zaskakuje. Że często mega ważkie tematy są podane w sosie totalnie sprawozdawczym, jak relacja z sejmu albo o ruchu drogowym. Zero emocji w dobranych słowach i zdaniach, ale wydźwięk jest o sile ciężkości transatlantyckiego tankowca.

Oto przykład, jak można powiedzieć o sobie, że jest się człowiekiem z gruntu nieszczęśliwym nie mówiąc tego wprost: Knausgard wraca z podróży, nie ma pieniędzy na powrót, kilka dni nic nie jadł i nie ma za co dostać się do domu:

„(…) wróciłem na dworzec autobusowy, skąd zadzwoniłem do taty. Rozzłościł się, był nieprzyjemny, oświadczył, że moja wizyta w ogóle mu nie pasuje, mają przecież maleńkie dziecko i nie mogą przyjmować gości bez uprzedzenia. Powinienem był zadzwonić wcześniej, wtedy byłoby inaczej. Niedługo mieli ich odwiedzić babcia i kolega z pracy. Powiedziałem, że rozumiem, przeprosiłem, że nie zadzwoniłem wcześniej i się rozłączyłem”.

Koniec historii kontaktu z papą.
Słabo?

Te wszystkie zdawałoby się drobiazgowe, nieistotne z pozoru opisy nadają temu utworowi wymiar dzieła, przyszpilają nas do naszych własnych zwykłości każąc spostrzec, że my też wkładamy ręce do kurtek, przeprowadzamy rozmowy przez telefon o niczym, robimy sobie śniadanie, myślimy o kimś i o czymś i że to jest ciekawe. Taka różnica, że nie umiemy o tym TAK opowiedzieć a on umie.

Mielizny

Żeby nie było, że nie widzę mielizn. Bo bywają. Oczywiście w całym tym oceanie świetnych konstrukcji takie niewielkie łachy to nic, ale czuję się w obowiązku powiadomienia, że i geniuszom zdarzają się wpadki.
Jego wpadki mnie rozczulają, np. takie sformułowania jak to:

Bo wszystko się zmieniło, wiedziałem. Serce mi to mówiło. A serce nigdy się nie myli.
Nigdy przenigdy nie myli się serce”.

ekhm

Taki Saint Exupery, taki Lis, taki Coelho. Ale jak widać, wobec emocji, które pojawiają się nagle i przeważnie znikąd – nawet taki pisarz jak Knausgard pozostaje bezradny:)

6 tom

Znowu czekanie.

Podejrzewam, że 6 tom będzie już o nim jako człowieku wykonującym zawód pisarza i pozostaję niezmiennie ciekawa jakie tym razem problemy z tym związane nam pokaże. Bo to, że żona upierdliwa a środowisko literackie Norwegii nudne – to już wiemy z tomu 2.
Ale może będzie o tym, jak doszedł do tego, że pewnego dnia usiadł i napisał longiem praktycznie 6 cegieł zajebistej powieści niby o sobie, ale o każdym z nas, która zwala z nóg ekshibicjonistyczną wręcz szczerością, prawdziwością i smutkiem zawartym w każdej części naszego życia, nawet jeśli na daną chwilę jest przyjemnie, to zawsze z wyzierającym tym smutkiem niespełnienia, rozczarowania i przemijania wszystkiego, smutkiem wyrażonym tak, że wnika aż do kości, ale wcale nie zniechęca a właśnie wręcz przeciwnie.