Kanapka świstaka, czyli czy śpiewasz Poranne zorze

Jest kilka powszechnych mniemań na temat zmian.

że jedyną stałą rzeczą w życiu ludzi są zmiany
że nic nie trwa wiecznie
że ludzie na ogół nie lubią zmian, bo powtarzalność daje im (złudne, ale co tam) poczucie bezpieczeństwa
że zmiany to stres
że zmiany to challenge, który demaskuje nasze tchórzostwo i kunktatorstwo.

Ale przychodzi, nawet w życiu zagorzałego wielbiciela codziennych rytuałów swojego życia, taki moment, i nie bez powodu jest to morderczy przednówek, że ma się dosyć. Że dopada myśl – jak przed ołtarzem z nie do końca przemyślanem wybrankiem – „ale jak to, i tak już będzie zawsze?” W tle rozpacz i zawodzenie, lament.

Nie bardzo tylko wiadomo, czy poddać się i przeczekać, aż „samo coś przyjdzie”, czy podjąć jakieś ryzyko w kierunku zmian, nawet jeśli nie za bardzo się wie, czy chce się zdobywać szczyty czy też mieszkać na pustyni w Libanie jedząc korzonki i pisząc pamiętniki o dzieciństwie w PRL-u.

Na razie nie ma odpowiedzi na pytanie „co robić”, póki co wiadomo tylko, że jest się w punkcie krytycznym. To jest taki moment, kiedy nie odczuwa się niczego innego jak permanentne zmęczenie, kiedy lajkuje się na facebooku memy o wrednym poniedziałku i kiedy uważa się, że koty mają lepiej. To jest ten moment zwątpienia we wszystko i przekonania, że nic, ale to zupełnie nic już w życiu się nie wydarzy prócz poniedziałków, szybko mijających weekendów, zmiennych pór roku, nienawistnego Bożego Narodzenia, wakacji z korkami na Pomorze, spadających liści i tym podobnych powtarzalnych atrakcji. A życie płynie, nieubłaganie, każda sekunda tej rozpaczy przybliża nas coraz bardziej ku niczemu.

Pytanie „co robić” nadal pozostaje retoryczne.

Tymczasem zaczyna się kontredans ośmiotaktowych faz codzienności.

Na początek ze słabo skrywaną niechęcią konstatuje się, że jest się już tak wyćwiczonym i przywykłym do pruskiego drylu dzwonka, że się wstaje przed nim.

m6

Ciemna noc, czarna dupa, tylko koty się cieszą, kolejni niewolnicy rytuałów, tyle, że oni akurat z nich wielce zadowoleni, bo rytuał znaczy micha. Krótkie podrapanie się po tyłku, ogląd i stwierdzenie, że wczesne ranki nie są czasem, kiedy powinno wprowadzać się zmiany, zwłaszcza, kiedy nie wygląda się za specjalnie ładnie. Warto poczekać aż zejdzie opuchlizna z oczu, z nosa i z mózgu.

Ponieważ od dawna trzeba ubierać się w to samo, bo nie ma za bardzo wyjścia, to wybiera się między czarnym i czarnym i ląduje na przystanku z innymi ziomkami w takiej samej czarnej dupie, ale to oczywiście nie polepsza samopoczucia, że ma się współwięźniów, raczej pozostaje się na to obojętnym.

m

Ale jakby chciało nas wziąć politowanie na widok tych wysiadających przystanek wcześniej zapylających do swoich biurek robiących masę rzeczy do 16 czy 17, które w gruncie rzeczy nie mają żadnego znaczenia dla świata, nikogo nie zbawiają, nie przydają ani nie pozbawiają życia, ani go nie umilają ani nie czynią gorszym, to przepraszam, wystarczy spojrzeć na siebie. W końcu wysiada się tylko przystanek dalej i przez pola błota i dziur w jezdni zmierza się ku swojej Ziemi Obiecanej. My lud, ze wsi i miasteczek i miast, wleczemy się słuchać naszych Borowieckich, nigdy nie stając się Hornem, któremu, jak się nie podobało, to wstał, pokrzyczał i wyszedł. Póki co tego nie robimy, bo to nie jest ten kierunek zmian, na którym nam zależy.

Zasiadamy, wkładamy zarękawki, Buholtz jeszcze nie umarł, kominy wydalają pełną parą energię tych wszystkich, którzy przybyli tramwajami, autobusami, fordami fiestami a czasami nawet terenową KIĄ. I działamy.

Pierwsze działanie to śniadanie.

m4

Po konsumpcji śniadania, trzeba zrobić kawę. Potem czas mija, dupa przyrasta do siedzenia, outlook się powoli oczyszcza z zaległości, ale nie na długo.

Krótkie rozbieganie przy obiedzie, chwila zadumy z cyklu Kim jestem? Dokąd zmierzam? jak zwykle bez wniosków przerwana zawezwaniem na spotkanie z serii „musimy to przegadać”.

16-17, wkłada się pióra do kałamarzy, ściąga zarękawki, pakuje graty i odchodzi w noc mówiąc ochroniarzowi smętne do widzenia, na znak, że jeszcze coś się chce, że ma się jeszcze proszę pana te maniery.

W domu działa się wedle tych samych zasad powtarzalności, musi być coś, co przyniesie ulgę – kąpiel? wino? święty spokój? nowy odcinek You Can Dance? Robi się plan na jutro, a potem przychodzi 21 i życie zamiera, nie dzieje się nic, nie może się dziać coś, w końcu o 6 trzeba być zwartym gotowym i śpiewać Poranne Zorze.

Dzieci nie płaczą, nie ma zagrożeń, wszystko w zasadzie jest dobrze, a jednak wcale nie jest dobrze, tak jak nie jest dobrze być zakładnikiem samego siebie i swoich własnych mniemań o wszystkim.

W tym momencie przypomina mi się film z Billem Murrayem i Andy MacDowell pt. „Dzień Świstaka”. 

Bill Murray jest tam zgorzkniałym, niesympatycznym i wrednym prezenterem pogody, który corocznie przyjeżdża z ekipą telewizyjną do małej miejscowości w Pensylwanii na Święto Świstaka, kiedy to przepowiadają nadejście (albo nie) wiosny.

Bill, filmowy Phill, nie jest niegodziwcem, czarnym charakterem, ale ma takie usposobienie, że nikt go nie znosi. Nie lubi tego, co robi i uważa, że jest przeznaczony do wyższych celów. Innych ma oczywiście za idiotów. Za ten rodzaj ćwokowatości (skąd my to znamy) wobec bliźnich zostaje ukarany przez tajemne moce.

Kara polega na tym, że Bill- Phill budzi się co rano, zawsze o 6.00, zawsze 2 lutego i przeżywa od nowa ten sam dzień, spotyka tych samych ludzi, uczestniczy w tych samych sytuacjach.

Na początku strasznie się złości, ale kiedy widzi, że nie ma ucieczki, zaczyna kombinować – na czym polega ta zasadzka. I odkrywa, że kluczem do wyjścia jest sposób odnoszenia się do ludzi, których spotyka na swojej drodze, z którymi mniej lub więcej współdziała. Próbuje więc modyfikować swoje nastawienie do rozmówców, przypadkowych ludzi, ale okazuje się to wciąż za mało, bo nadal budzi się o 6 rano 2 lutego i wchodzi w ten sam dzień. Dopiero, kiedy udaje mu się wzbudzić prawdziwy entuzjazm do czegoś, kiedy udaje mu się otworzyć i się uwiarygodnić, zakochuje się w nim sama Andy MacDowell i ten case staje się tym, co otwiera mu drzwi do zmian i przełamuje rytuał Dnia Świstaka.

Odpowiedź nasuwa się dość banalna, że jeśli nie wiesz co, nie wiesz jak, to może odpowiedzią jest miłość? Ale taka do wszystkich, do czegokolwiek.

Może do siebie samego.

Może  kurs wędkowania? Szybkiego czytania? Języka koreańskiego? Może powiedz tak?
Może jeszcze kalendarzu pojawi się wreszcie 3 luty?